piątek, 13 stycznia 2017

Rozdział 27

Cały poranek jak i wczorajszy dzień chodzę z kąta w kąt i się niecierpliwię. Nawet nie wiem czemu! Powinna tu być tego samego dnia, w którym tu przyjechałem i co? Nie ma jej! Chociaż patrząc tak na to z drugiej strony, po raz pierwszy mogę się przyznać, że to przeze mnie. Tak, ludzie! Ja, Harry Styles przyznaję się do winy, że źle zrobiłem zostawiając dwa dni temu Dianę zdaną tylko na siebie. Jednakże zanim ją wywaliłem perfidnie z samochodu, mówiłem w którą stronę ma iść i ile jej to zajmie. Skoro autem było pięćdziesiąt minut, spacerkiem bądź szybszym tempem zajęłoby jej to około... dziesięciu godzin... No tak, Dla mnie jazda samochodem wydaje się łatwiejsza, bo jest szybsza, a ona? Ona mogła gdzieś zasłabnąć, poddać się, zakopać w krzakach i czekać na śmierć w każdej możliwej postaci. Równie dobrze ktoś mógł ją znaleźć i zawieźć do szpitala, do najbliższego motelu czy...
- Dlaczego czasami muszę być taki głupi? - bez zastanowienia biorę kluczyki od samochodu i z prędkością światła biegnę do niego nie fatygując się, żeby zamknąć za sobą motelowy pokój. Wszystkie rzeczy znajdują się w aucie, ponieważ dzisiejszego wieczoru mamy mieć samolot z Kalifornii na Malediwy, ale czy zdążymy? Wątpię.
Wsiadam do pojazdu i z piskiem opon wyjeżdżam z parkingu nie trudząc się zapłacić za mój pobyt tutaj. Ledwie przejeżdżam jeden kilometr, a o mało co nie potrącam jakiejś osoby, która leży centralnie na środku drogi. Hamuję gwałtownie i skręcam w prawo tym samym sprawiając, że wjeżdżam w rów. Zdenerwowany wysiadam z samochodu i podchodzę do tej ofiary. Włosy stają mi dęba, kiedy uświadamiam sobie, że to nie byle jaka osoba tylko Diana. Jakieś dziwne, niezidentyfikowane uczucie ogarnia całe moje ciało, ale staram się to zignorować.
- Ej, wstawaj. Słyszysz mnie? Wstawaj! - szturcham noga jej ciało. Cichy jęk jest  jedyną odpowiedzią, ale przynajmniej wiem, że żyje. Wzdycham cicho i podnoszę ją nie zwracając zbytnio uwagi na fakt, że mogę robić jej krzywdę. Z jednej strony jestem zły na siebie, że tak łatwo ta osoba potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, a z drugiej jestem zły na Dianę. Jakby nie mogła czasami zamknąć tej swojej jadaczki, byłby wtedy święty spokój.
- Gdzie... Gdzie mnie zabierasz?
- Trzeba cię doprowadzić do porządku dziennego. Za 5 godzin mamy samolot.
- Gdzie..?
- Do Wiel.. Zobaczysz. - nie wiem czemu chciałem powiedzieć, że do Wielkiej Brytanii. Może mam jej już dosyć? Tak czy owak nie chcę, aby się dowiedziała, gdzie konkretnie się wybieramy. Można to uznać za małą niespodziankę. Czy mięknę? Nie, raczej nie. Will dał mi trochę do myślenia jeżeli chodzi o święta.
Sadzam ją na tyłach samochodu sam zajmując miejsce kierowcy. Teraz muszę tylko zdążyć na lotnisko mniej więcej trzy godziny przed odlotem, żeby Diana miała czas ogarnąć się, co w jej przypadku jest trudne. Musi jeszcze coś zjeść, bo lisa to pewnie nie upolowała i nie spożyła. Na samą myśl, że przez te dwa dni chodziła o głodzie i być może nie spała, coś po raz drugi ściska mnie w żołądku. Jak ja mogłem być tak głupi? Nawet nie przemyślałem konsekwencji tego, co mogłoby być, gdyby bla, bla, bla. Muszę być jeszcze bardziej ostrożny niż dotychczas.
*** Diana ***
Jestem przerażona tym wszystkim. Dwa dni bez dachu nad głową, jedzenia, picia, czystych ubrań.. Dziwię się, że jeszcze żyję. Może jeszcze jeden dzień i bym była po drugiej stronie? Albo..
- Prześpij się, bo pewnie nie zmrużyłaś oka. Jak będziemy na lotnisku to cię obudzę. - mój wewnętrzny monolog przerywa głos Stylesa. Dlaczego mnie szukał? Mógł jechać na lotnisko beze mnie. Po co jestem mu potrzebna? Do czego? Do ciągłego wyśmiewania, poniżania i kto wie czego jeszcze? Tyle pytań, zero odpowiedzi.
Odwracam głowę w stronę szyby. Usiłuję się nad czymś skupić, ale obecnie w mojej głowie jest totalna pustka. Nawet próbuję zasnąć, ale nie wychodzi mi to za bardzo pomimo wielkiego zmęczenia. Sam fakt, że mam na sobie brudne ubrania mnie przeraża i nie pozwala choćby na chwilę spokojnie odpłynąć do krainy snów, gdzie wszystko jest piękne.
- Za siedem dni są święta.. - na jego słowa dostaję chyba chwilowego paraliżu ciała. Ostatnio, gdy to ja mu oznajmiłam, że za niedługo święta, nawrzeszczał na mnie i wiadomo jak to się skończyło później. Perfidnie mnie wyrzucił z samochodu. Niestety jestem w takiej sytuacji, że nie mogę mu nic wypomnieć, bo boje się do czego jeszcze się posunie. Tak więc, dziwi mnie nagła wzmianka o świętach.
- To co z tego... - kątem oka dostrzegam jak zaciska mocno ręce na kierownicy. Traci cierpliwość.
- Nie chciałabyś ich spędzić jakoś... Wyjątkowo? - pyta po czym zerka w moją stronę na dłuższą chwilę, ale zaraz potem wzrok przenosi na jezdnię - A może chciałabyś dostać jakiś prezent? W końcu święta to czas magiczny, pełny troski, miłości, ciepła, tej wyjątkowej atmosfery..
- Oddasz mi ojca to wtedy będę miała udane święta. - tym sposobem schodzę na niewygodny jak dla mnie temat. Boję się chyba usłyszeć odpowiedzi.
- Twój ojciec nie żyje. - mówi bez mrugnięcia okiem, a mnie aż przechodzi dziwny dreszcz. To nie tak, że nie dopuszczałam do siebie takiej myśli. Jak szybko się pojawiały, tak szybko znikały, bo nie chciałam w to wierzyć. Wolałam żyć ze złudną świadomością, że mój ojciec jest gdzieś na tym świecie i żyje, że przeżył i teraz stara się jak może, aby mnie odnaleziono, albo mógłby o mnie zapomnieć i założyć nową, szczęśliwszą rodzinkę.
Wypuszczam głośno wstrzymywane w płucach powietrze. Coś mocno ściska mnie w żołądku i tylko tyle. Czuję tylko ścisk wszystkich moich wnętrzności, a to dziwne, bo zdarza mi się dość często wspomnieć matkę i zanoszę się wielkim płaczem, a teraz? Nawet oczy mi się nie zaszkliły! Czy to oznacza, że ojciec nigdy nie był dla mnie aż tak ważną osobą? Nie, to niemożliwe. Może mu nie wierzę i gdzieś tam we mnie jest płomyk nadziei, że to tylko kłamstwo? Jest jeszcze trzecia opcja, że to Jego wina. On w niewyjaśniony i dziwny sposób na mnie działa, że nie czuję tego, co powinnam. Tego, co dawna ja czułaby. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że na początku tej całej szopki nie byłam w stanie pisnąć chociażby jednego słówka w jego kierunku, a teraz słowa wychodzą mi z ust łatwiej niż wcześniej. On mnie zmienia. Na lepsze czy na gorsze?
- Przykro mi. - cichym głosem przerywa niezręczna ciszę w aucie. Nie reaguję na jego wyznania. Jemu wcale nie jest przykro. Pewnie teraz się szczyci tym, że nie mam już nikogo, do kogo mogłabym uciec, pójść, gdy to wszystko się skończy, o ile się skończy - Jak wyglądają święta w twojej rodzinie?
- Ja już nie mam rodziny.
- Ma.. Miałem na myśli jak wyglądały? Było tak jak w tych wszystkich filmach? Rodzinna atmosfera? - chwilę się zastanawiam, czy wdawać się w rozmowę z nim, aż w końcu odpowiadam.
- Pewnie były jak byłam małym, nic nierozumiejącym dzieckiem, a z czasem... Z czasem wszystko się zmieniało. Tyle.
- A prezenty?
- Co prezenty? Nie jestem materialistką, żeby myśleć o tym, co w tym roku dostanę pod choinkę. To co dostawałam, to brałam. - w tym roku może pomodlę się za wolność od ciebie, dopowiadam w myślach i uśmiecham się delikatnie na tą myśl - A u ciebie?
- Co u mnie? - marszczy lekko brwi. Wygląda teraz słodko.
- Jak u ciebie wyglądały święta? - sama nie wierzę, że o to zapytałam, ale coś mi mówi, że.. Nie, nieważne. Nawet tak nie myśl, Diana. On jest potworem.
- Były całkiem znośne.
- Tylko tyle?
- A co ci mam więcej mówić? Że dopóki moi rodzice byli razem, wszystko było na porządku dziennym, a gdy się rozwiedli, mam wpadła w alkoholizm, a ojciec przepadł i do dzisiaj nie wiem czy żyje, czy może założył nową, lepszą rodzinkę? - niemalże syczy nie spuszczając wzroku z drogi. Dopiero po kilku minutach dociera do niego to, co przed chwila powiedział, ponieważ usta zaciska w wąska linię i nie ciągnie tematu dalej. Wzdycham cicho przymykając oczy. Może spróbuję się przespać.
***
- Tak, jesteśmy na miejscu... Tak, obydwoje. Cali i zdrowi.... Nie, nie wdawałem się w żadne bójki, nikogo podejrzanego nie było... Wspominałem, ale nie w... Zapomnij! Muszę już kończyć, czas mnie goni. Cześć. - zbytnio nie przysłuchiwałam się jego rozmowie. I tak wiem, że rozmawiał z Willem. Zauważyłam, że tylko jemu ufa, bo do nikogo innego nie dzwoni z jakąś ważną sprawą. Poza tym jestem zbyt podekscytowana tym miejscem. Nigdy nie spodziewałabym się, że wyląduję na Malediwach z kimś takim jak Styles.
Podczas lotu myślałam, że zanudzę się na śmierć i spalę ze wstydu. Niecałe półtorej godziny przed odlotem byliśmy na lotnisku. a z tego czego się domyśliłam wcześniej, Stylesowi zależało na czasie, abym mogła się umyć i ogarnąć. Niestety nie było na to czasu, tak więc było mi strasznie głupio siedzieć w pierwszej klasie pośród ludzi ubranych w garnitury bądź obcisłe sukienki. Jedynie widoki za oknem poprawiły mi humor, jednak one są niczym w porównaniu z tym, co teraz widzę. Zawsze chciałam tu przyjechać.
- Widzę, że podoba się miejsce? - słyszę rozbawiony głos za sobą i od razu tracę cały swój  entuzjazm, którego nie miałam od bardzo dawna - Ja ci tego nie wypominam. To nawet miły widok widząc, że się uśmiechasz. - stwierdza patrząc przez kilka dłużących się sekund w moje oczy po czym zabiera nasze walizki i pakuje je do taksówki. Jego spojrzenie było inne niż dotychczas. Widziałam tam ciepło, które sprawiło, że i na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech na każde wspomnienie tej chwili. Coś czuję, że ten pobyt źle na mnie wpłynie.
Mija może około dwóch godzin drogi kiedy taksówkarz zatrzymuje samochód. Wszyscy wysiadamy. Podczas gdy tych dwóch zamienia ze sobą zdania, ja rozglądam się po okolicy. Nie ma tu za wiele do podziwu, ponieważ otaczają nas drzewa liściaste, a pomiędzy nimi wypatruję żwirową dróżkę, którą zapewne pójdziemy i wcale się nie mylę.
- W razie gdyby państwo czegoś potrzebowali to proszę się ze mną skontaktować. Ma pan mój numer, więc jestem do usług. Życzę udanego wypoczynku i do zobaczenia. - żegna się z nami i odjeżdża wcześniej wyjmując walizki z bagażnika. Bez słowa bierze obydwie torby i kieruje się na ścieżkę wcześniej przeze mnie wspominaną. Mija kilkanaście minut po których czuję wyraźne zmęczenie i suchość w gardle. Plusem jest, że drzewa dają dużo cienia, ale to i tak nie sprawia, że jest nieco chłodniej. Wręcz przeciwnie. Jest bardzo gorąco. Zapatrzona w swoje poobdzierane buty nie zauważam kiedy Harry staje w miejscu i w niego uderzam.
- Jak będziemy na miejscu, pierwsze co zrobimy to doprowadzimy cię do porządku. W samolocie nic nie jadłaś, więc zapewne jesteś głodna, trzeba cię porządnie wykąpać, rozczesać ci włosy, zdezynfekować rany o ile masz. I nie chcę słyszeć sprzeciwu, bo inaczej sobie wtedy porozmawiamy, zrozumiano? - grzecznie przytakuję i ruszamy w dalszą drogę. Mija kolejne naście minut zanim znajdujemy się na miejscu. Moim oczom ukazuje się mały, drewniany domek umieszczony na plaży, a przed nim krystaliczna woda, gdzie pod nią można dojrzeć osadzony na dnie piasek. Skoro za dnia są tutaj takie widoki, muszę przyjść tu nocą. Na razie idę za Stylesem, który od razu po otwarciu drzwi każe mi iść poszukać łazienki, a on zaraz do mnie dołączy i mi pomoże, ale w czym?
Łazienkę znajduję bardzo szybko, ponieważ to są jedyne drzwi w tym domku, który jak się okazuje jest bez piętra oraz wszystko jest ze sobą połączone. Duże łóżko do spania jest umiejscowione po lewej stronie parteru tuż pod ścianą. Na przeciwko znajduje się mała, czerwona kuchnia z czarną wyspą i wysokimi, białymi stołkami. Od prawej strony kuchni są drzwi prowadzące do łazienki, a od lewej strony ogromne szklane wyjście na taras. Jeszcze między kuchnią, a wyjściem na taras umieszczona jest w kącie mała sofa, na której pewnie będę spać. Ogółem wszystko prezentuje się ciekawie, chociaż wystrój niekoniecznie pasuje do takiego domku.
Jeżeli chodzi o wygląd łazienki, różni się wszystkim. Podłoga jak i ściany są pokryte płaskimi belami z drewna, do tego duża, głęboka wanna w oprawie drewnianej pod oknem naprzeciwko wejścia. Po lewej stronie jest również prysznic, a między wanną i prysznicem wiszą ręczniki. Dalej jest jeszcze pralka i kosz na brudne ubrania. Po drugiej stronie usytuowana jest niewielka umywalka, nad nią dwie półki na czyjeś rzeczy, a nieopodal mieści się toaleta. Wszystko jest w drewnianej oprawie. Jedynie sufit został pomalowany na biało.
- Jeszcze nie jesteś rozebrana? - z zadumy wyrywa mnie zdziwiony głos bruneta. Odwracam się szybko w jego kierunku i zszokowana spoglądam na niego. To ja miałam się rozbierać? - Nie patrz tak na mnie, tylko się rozbieraj. Mówiłem ci, że trzeba będzie cię porządnie wykąpać i uwierz mi, że sama nie dasz rady. - mówi i wymija mnie, aby zacząć nalewać wody do wanny. W międzyczasie dochodzi do mnie fakt, że to JA będę MYTA przez NIEGO. Na samą tą myśl cała zaczynam się trząść i to nie przez klimatyzację.
- Jaa...
- Dobrze, w takim razie ci pomogę. - nie zdążam się odwrócić, aby stąd wyjść, a on już stoi przy drzwiach i je zamyka. Na klucz. - Nie masz się co bać, nic ci nie zrobię, dobrze? Chcę ci pomóc, zaufaj mi, tak jak wtedy.
- Wtedy...? Kiedy?
- Jak cię ratowałem z łap tego paskudnika. Możesz nie wierzyć, ale to prawda - zaufałaś mi. Byłaś zbyt przerażona tym, co się wokół ciebie działo, żeby to dostrzec. To jak będzie? Ręce będę trzymał przy sobie, obiecuję. - ręce daje do góry na znak prawdziwości jego słów. Chciałabym mu zrobić awanturę, ale boję się, że jak go rozzłoszczę to nie będzie potrzebna mu moja zgoda. Wobec tego zrobiłby to jeszcze bardziej się nakręcając, gdy zaczęłabym się sprzeciwiać. Nie chcę, żeby oglądał mnie nago, żeby widział te wszystkie blizny i wystające kości. Natomiast jest pewna część mnie, która mogłaby zrobić i oddać wszystko, aby tylko poczuć jego dłonie na moim ciele, żebym po raz kolejny poczuła to bliżej nieokreślone uczucie kiedy mnie całuje. Wariujesz, złotko. Może i wariuję, ale to jest silniejsze ode mnie. To tak jakby wpaść w nałóg, a Jego dotyk, zakazany dotyk działa na mnie pobudzająco. Nawet teraz, gdy tak sobie o tym myślę, coś dziwnie przyjemnego ląduje w moim żołądku.
- Oke.. Okej, dobrze. - nie mija sekunda, gdy czuję jego dłonie na moich ramionach, które zaraz potem wiodą wzdłuż moich bioder, aż do końca bluzki. Zaciska na niej palce i unosi do góry, po chwili rzucając ją niedbale na podłogę. Przymykam lekko oczy oddając całe swoje ciało w Jego ręce. Odwraca mnie przodem do siebie, unosi do góry i usadawia na pralce. Rozpina mój rozporek i ściąga ze mnie spodnie, po chwili też skarpetki. Czuję jak się czerwienię na twarzy, ale on zdaje się tego nie zauważyć.
- Nie boli cię jak to robisz? - pyta przerywając tym samym ciszę. Wskazuje na jedną z moich starych i większych blizn na zewnętrznej stronie uda. Uznając, że nie dostanie żadnej odpowiedzi, pomaga mi wejść do wanny co mnie dziwi zważając na bieliznę, którą mam na sobie.
- A.. Bielizna?
- Nie chciałem, żebyś czuła się jeszcze bardziej niekomfortowo, więc możesz ja ściągnąć pod wodą. Dałem dużo piany, żeby nie było widać. - oznajmia i odwraca się do mnie tyłem gestem ręki pokazując, abym zrobiła to, co przed chwilą powiedział. Niezdarnie, ale jakoś daję radę. Brudną bieliznę kładę obok wanny. Moment później znowu widzę jego skupiony wyraz twarzy. Sięga po gąbkę, moczy ją oraz nalewa dużej ilości płynu do kąpieli. Ściska ją kilka razy sprawiając, że powstaje dużo piany i patrzy na mnie.
- Odwróć się do mnie plecami. - gdy wykonuję jego prośbę, mogę poczuć jak gąbka przyjemnie ociera się o moje plecy. Kieruje gąbką od karku po sam dół pleców. Po kilku kursach w górę i dół, zaczyna myć moje boki, żebra, brzuch oraz okrężnymi ruchami piersi z lekkim naciskiem. W międzyczasie czuję obce mi uczucie pod brzuchem i wcale nie mówię, że mi się to nie podoba.
Mój umysł szybko wraca do trzeźwego myślenia, kiedy czuję jego ręce oplatające moją szyję. Od razu próbuję się wyrwać, żeby nie zrobił mi krzywdy.
- Hej, hej, hej. Spokojnie, co się dzieje? Co sobie pomyślałaś? - pyta nad wyraz przejęty, co nie uchodzi mojej uwadze.
- Jaa.. N-nic. Przepr.. Przepraszam.
- Czy ty myślałaś, że zamierzam cię udusić? - śmieje się, ale widząc, że mnie to nie bawi nachyla się nad wanną, aby spojrzeć na moją twarz - Diana? Czy to pr.. - nie dokańcza, ponieważ ręka na której się podpiera, wyślizguje mu się i ląduje w wannie. Zdążam dać pod siebie kolana. Chwilę na niego patrzę, a kiedy widzę jego zdezorientowaną minę oraz mokre włosy, zaczynam się śmiać. Pierwszy raz od dawna szczerze się śmieję. Kątem oka dostrzegam, że chce coś powiedzieć, ale widząc mój obecny stan, sam zaczyna się śmiać. Nawet nie czuję skrępowania, że siedzimy razem w wannie, gdzie ja jestem naga, a jemu przemokła koszulka idealnie przylega do umięśnionego torsu przez co nie mogę oderwać wzroku od tego widoku. Dopiero jego chrząknięcie sprawia, że wracam na ziemię.
- Doprawdy myślałaś, że chce cię udusić? - pyta poważnie, a mnie bierze na łzy. Nagle przed oczami mam wszystkie artykuły o nim. Co on to zrobił, komu i jak. Zaczynając od porywania niewinnych dziewczyn takich jak ja po sprzedawanie ich aż do gwałtu i zabójstwa - Wszystko w porządku?
- Możesz... Wyjść? Z.. Łazzienki?
- Jak cię porządnie umyję. - wychodzi z wanny. Ignoruje fakt, że jest cały mokry. Szuka w wodzie gąbki, a gdy ja odnajduje zaczyna wycierać moje nogi. Próbuję nie myśleć o tym, że jego ręka jest w niebezpiecznych okolicach jak dla mnie. Nikt mnie tam nie dotykał, nikt w ogóle nie widział mnie nagą! A jednak...
- Przestań! - krzyczę rozpaczliwym głosem. Jak na początku podobało mi się to w pewnym sensie, tak teraz jego dotyk mnie wręcz parzy jak zakazany dotyk.
- Mówiłem przecież, że nie zrobię ci krzywdy.. - mówi już bardziej rozdrażnionym głosem po chwili coś sobie uświadamiając - Jesteś dziewicą?! - odskakuje ode mnie jak poparzony jakbym była pierwszą dziewicą, którą widzi na oczy. Patrzę na niego zmieszana i z niezrozumieniem. Na pewno było wiele dziewczyn przede mną, które brutalnie rozdziewiczał i porzucał.
Patrzy na mnie jeszcze przez moment po czym szybko wychodzi z łazienki. Słyszę jak drzwi frontowe otwierają się i zamykają, więc wnioskuję, że wyszedł. Nie powiem, dziwi mnie jego zachowanie i nie wiem czego mam się spodziewać po nim jak wróci.
Szybko jeszcze myję włosy jakimś szamponem kokosowym i wychodzę z wanny. Owijam się jednym z wiszących ręczników i opuszczam to pomieszczenie. Wynajduję jakieś swoje rzeczy, przebieram się, tęsknym wzrokiem patrzę na to wielkie łóżko i idę w stronę kanapy, aby po chwili móc zasnąć. Może na zawsze?


Cześć, hej i czołem! Nie będę się usprawiedliwiać i obiecywać co do tego kiedy będzie kolejny rozdział, także przyjmę wasze hejty TERAZ! Ale mam nadzieję, że chociaż długość wam odpowiada. Starałam się go przedłużyć jeszcze, ale co za dużo to niezdrowo ;)
Poza tym chciałabym przyspieszyć troszkę akcję, więc się nie zdziwcie jak w następnym poście będą już święta.
Chciałabym jeszcze podziękować dwóm anonimom, którzy czekali cierpliwie ( albo i niecierpliwie ) na nowy odcinek. Szkoda, że się nie podpisali, bo nie mam komu podziękować za komentarze. ;)
Za błędy przepraszam. x
EDIT1: chciałabym podziękować za ponad 25 tysięcy wyświetleń! <3
EDIT2: Również chcę wam życzyć wszystkiego najlepszego z okazji dwóch lat tego bloga! Pamiętam jak rok temu pisałam, że chciałabym za rok móc po raz drugi napisać wam jak strasznie się cieszę, że są tutaj osoby, które z chęcią to czytają ( widzę ile osób widziało i czytało dany post ). Może za rok znowu mnie zaszczycicie i będziemy spędzać razem trzy latka? W każdym bądź razie dziękuję, że jesteście ze mną mimo iż nie ujawniacie się. :)

sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział 26

- Ciii, spokojnie. Jesteś bezpieczna, to tylko ja. - ohh.....
Nie wiem jak mam się zachować. Czy być spokojna czy dalej panikować, chociaż z jednej strony nie mam ku temu powodu, natomiast z drugiej.. Kto chciałby być dotykany przez swojego porywacza w lesie, gdzie nie ma żadnej żywej duszy prócz nas?
- Nie bój się. Przed nami jeszcze pięć godzin jazdy, a ja tak dawno nie byłem w bliższej relacji z kobietą.. - szepcze mi prosto do ucha błądząc swoimi łapskami po moim brzuchu, lekko nami kołysząc i kontynuuje - Jakoś tak teraz wzięła mnie ochota na seks, wiesz? Sama myśl, że jesteśmy tutaj kompletnie sami, w gęstym i ciemnym lesie, gdzie nikt nas nie usłyszy i nie zobaczy, wręcz mnie podnieca. - cała się spinam, gdy jego ręka schodzi coraz niżej. Nie ma wystarczająco dużo sił, aby mu się wyrwać, ale zawsze mogę go ugryźć. Jego druga dłoń znajduje się tuz przy mojej szyi, która lekko mnie dusi. Jednak to nie zatrzymuje mnie, żeby tego nie wykorzystać. Tak jak wspominałam wcześniej, otwieram usta i bez namysłu mocno wgryzam się w jego dłoń. Gdy w końcu mogę normalnie oddychać, podejmuję kolejna próbuję wyszarpnięcia się z jego objęć i uciekam w głąb lasu. Wiem, to głupie uciekać w las przed zboczeńcem i psychopatą, ale nie zdążyłabym go wyminąć znając swoje zdolności do biegania.
Co chwilą muszę robić duże podskoki podczas biegu, żebym nie wywróciła się na gałęzie bądź do głębokiej dziury, gdzie spędziłabym resztę swojego nędznego życia. Na ułamek sekundy odwracam się, by sprawdzić, czy brunet biegnie za mną. Jak się okazuje, po nim nie ma nawet śladu. Od razu staję w miejscu i rozglądam się we wszystkie strony. Czuję się jakbym grała teraz w horrorze - wszędzie za cicho, za spokojnie, zero odgłosów ptaków bądź świerszczy, ale jest cienka nić uczucia, które mówi mi, że jestem przez kogoś obserwowana.
- Dobrze, tylko spokojnie. - zaczynam szeptać do siebie pod nosem jednocześnie robiąc małe, powolne kroki do przodu - To tylko twoja wyobraźnia. Przecież od zawsze miałaś z nią problemy. Uspokój się. Tak naprawdę nikogo tu nie ma poza tobą i szelestem liści drzew i czyimiś krokami za mną! - drugą część zdania wręcz krzyczę i nie sprawdzając czy to prawda, znowu zaczynam biec przed siebie jak najszybciej potrafię. Naoglądałam się zbyt dużo filmów akcji, gdzie przeważnie wszystko działo się w lesie. Pamiętam też jak starsi uczniowie ze szkoły dokuczali mi, że pewnego dnia także znajdę się w lesie, a wtedy...
- Hej, Pain! - słyszę za sobą głos Emanuela - lidera drużyny piłkarskiej i reprezentanta naszej szkoły.
- Odczep się ode mnie! - krzyczę przyspieszając kroku, lecz nie dane jest mi wyjść ze szkoły, gdyż blondyn mocno łapie mnie za nadgarstek pełen świeżych blizn.
- Milej, co? - syczy mi w twarz. Wolną ręką wyjmuje swój telefon z kieszeni spodni, coś w nim grzebie i po chwili odwraca ekranem w moja stronę - Przepowiem ci teraz przyszłość. Na tym wideo jest pokazane, w jakiej sytuacji się kiedyś znajdziesz. - dopiero po paru sekundach dociera do mnie treść tego filmiku. Dziewczyna ucieka w głąb lasu przed zamaskowanym mężczyzną, ale na jej pecha, potyka się o coś i upada. Niestety nie zdąża się podnieść i biec dalej, ponieważ facet ją dopada i bez żadnych ceregieli usiłuje zgwałcić. Biedna dziewczyna..
- Zatkało cię, co? - czuję jak wzbierają się łzy w moich oczach, ale nie chcę pokazywać mu, że mnie tym złamał. Wyswobodziłam swoja rękę z jego uścisku i wybiegam ze szkoły. On mnie nie złamał. On mnie po raz kolejny zniszczył od środka.
Kiedy wspomnienie dobiega końca, potykam się o coś i upadam. Nawet nie czuję bólu. Odwracam się na plecy i tępo patrzę na drzewa. To już koniec. Nie obchodzi mnie już, kto mnie ściga, czy w ogóle ktoś mnie ściga. Oddaje się dobrowolnie nawet mojemu porywaczowi! Moja przyszłość została wypowiedziana na głos, niech się dzieje co chce!
- No, tutaj jesteś. Nie ładnie to tak uciekać przed samą grą wstępną, aczkolwiek jeżeli chcesz się pobawić w kotka i myszkę, toooo... Co ci jest? - nie reaguję na niego i jego słowa ani na dotyk ani na nic. Jeszcze w życiu nie byłam tak obojętna i bezwładna jak teraz. Może to jest ten czas, w którym wszystko do mnie dociera i uznaje, że opieranie się i próby walki są marne? Wolę się poddać i być słabeuszem, niżeli zaś walczyć i przechodzić jeszcze gorsze rzeczy.
- Może lepiej jakbym nie istniała? - zaczynam mówić sama do siebie - Może wtedy nikt nie marnowałby na mnie pieniędzy, czasu i toksycznej miłości?
- Najadłaś się grzybków halucynków, że tak gadasz czy co? - śmieje się ze mnie. Chwyta mnie lekko, ale stanowczo za nadgarstki i dźwiga do góry. Moje ciało to jeden wielki wrak, nie potrafię sama ustać w miejscu. Może faktycznie coś przez przypadek powąchałam nie będąc zupełnie świadoma?
- Zakop mnie gdzieś, o tutaj. Żywcem. Tak, żeby nikt nigdy nie znalazł moich zwłok.
- Co ty pieprzysz kobieto? Chodź do samochodu. Jak nic musisz odpocząć, zbyt dużo wrażeń masz odkąd mnie poznałaś.
- Ja cię nawet nie chciałam poznawać... - mamroczę na wpół przytomnym wzrokiem.
- Oj, gdybyś znała prawdę.. - mówi bardziej do siebie niż do mnie, ale go słyszę i rozumiem.
- Jaką prawdę-ę?
- Poznasz ją pewnego dnia, skarbie. - co się ze mną dzieje? Co on mi dał, że tak okropnie się czuję?
Usadawia mnie w aucie na miejscu pasażera, tuż obok kierowcy, zapina pas, zamyka głośno drzwi, a po chwili zajmuje miejsce przed kierownicą i ruszamy.. Gdzieś tam. Powieki same mi się zamykają, więc nie czuję potrzeby walczenia z nimi. I tak bym przegrała. Jak zwykle.
- Ciekawe czy kiedyś się jeszcze spotkamy, co? - pyta mała brunetka patrząc na zachodzące słońce za morzem.
- Na pewno! - odpowiada entuzjastycznie jej towarzysz i z wielkim uśmiechem szczęścia mówi dalej - Skoro trzy lata temu się poznaliśmy, po dwóch latach się znowu spotkaliśmy, a teraz po raz trzeci się widzimy, to to musi coś znaczyć! Nawet masz mój naszyjnik, który ci dałem ostatnio! Ładnie na tobie leży, wiesz? - policzki dziewczynki stają się czerwone z każdą kolejną sekundą na ten komplement.
- Dziękuję, przypomina mi o tobie. A wiesz, że ja tym razem mam coś dla ciebie, co będziesz mógł mieć cały czas? - chwali się dumnie dziewczynka.
- Serio? Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?
- Nie wiedziałam! - chichocze - Teraz wpadłam na pomysł, że mogę ci dać moją bransoletkę, którą dostałam od taty.
- Ale.. To twój prezent, skoro masz to po swoim tatusiu.-..
- Chcę, żebyś coś po mnie miał. - ze swojej drobnej rączki zsuwa brązową bransoletkę i zakłada na nadgarstek chłopczyka, który okręca swój prezent i patrzy jak zahipnotyzowany.
- Dziękuję. Nigdy jej nie zdejmę. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy....
Już nie śpię, ale nie chcę też otwierać oczu. Czuję się już lepiej, chociaż nadal czuję to coś. Nigdy nie umiałam tego uczucia określić. Zazwyczaj tak mam, jak dostaję szoku, a taki szok mam z wyniku zbyt szybkiego myślenia, jeżeli to myśleniem mogę nazwać. Inaczej mówiąc - za dużo sobie wmawiam i uważam, że to prawda, a w rzeczywistości tak nie jest. Cóż, jak się jest psychiczną osobą to tak już się ma. Byłoby łatwiej, gdybym wiedziała jak się wyleczyć, o ile się da.
Po paru minutach moje ciało drętwieje ze względu, że przez cały czas siedzę w jednej pozycji. Staram się zmienić pozycję tak aby wyglądało, że poprawiam się przez sen i chyba mi to wychodzi.
- Wiem, że nie śpisz od ponad piętnastu minut. - albo i nie? - Twój oddech stał się szybszy, po tym wnioskuję. Za niecałą godzinę będziemy w najbliższym motelu. Tam pozbędziemy się połowy swoich rzeczy, które mamy ze sobą.
- Za dziewięć dni są święta. - nie wiem czemu to wypowiadam. Nie sadzę, aby był z tego powodu jakoś zadowolony, ale chcę widzieć jego reakcję na ten fakt i od razu tego żałuję. Auto gwałtownie hamuje. Można nawet poczuć jak tył pojazdu lekko unosi się do góry i opada na asfalt.
- Czy ty siebie słyszysz?! - wydziera się i w tym momencie otwieram szeroko oczy ze strachu - Przejmujesz się durnymi świętami zamiast tym, że ktoś chce cię za wszelką cenę zdobyć tylko po to, aby cię za dnia traktować jak służącą z wyzywającym strojem, a w nocy, żebyś była na jego polecenia?! Co z tobą... - milknie. Widzę, jak się uspokaja, a jego oddech staje się równomierny - Albo wiesz co? Nie, zrobimy inaczej. Skoro tak bardzo zależy ci na świętach niż na własnym życiu i przy okazji moim, bo specjalnie dla ciebie narażam się na niebezpieczeństwo, wyjdź.
- C-co? - czy jednak moje wcześniejsze teorie pozostawienia mnie samej na pastwie losu się spełnią?
- To co słyszysz. - nachyla się nade mną, otwiera drzwi z mojej strony i siłą mnie wypycha. Cisze przerywa trzask zamykanych drzwi. Nawet słyszę jak zamyka się od środka, abym nie weszła. Zanim odjeżdża, opuszcza jeszcze szybę i dodaje - Pamiętaj. Idź cały czas prosto. Autem jest pięćdziesiąt minut drogi, ale tobie nie wiem ile zajmie. Do zobaczenia, skarbie. - puszcza mi oczko i z piskiem opon odjeżdża zostawiając mnie samą w lesie.
- Frajer! - krzyczę za oddalającym się samochodem, który po chwili znika mi z widoku. I co teraz? Jestem bezradna, bezsilna, nie wiem co mam robić. Zostawił mnie! Tak perfidnie mnie wyrzucił i się jeszcze nie zawahał! A mówił, że bezpiecznie wrócę do Holmes Chapel! Taa, nadzieja matką głupich..
Na chwilę obecną stoję jak ten słup na poboczu pośród głuchej ciszy, która mnie przeraża coraz bardziej. Nie wiem czy mam iść, czy zostać i czekać na jakieś zbawienie, albo że jednak zmieni zdanie i po mnie wróci? Przecież obiecywał, tak? Obiecanki cacanki. Ugh! Zanim mnie opuścił, mówił, że żeby trafić do motelu, trzeba iść cały czas prosto. Chyba innego wyboru nie mam niż spiąć tyłek i iść.
***
Już nie wiem co mam robić. Nie wiem czy idę w dobrym kierunku. Tak jak zawsze lubiłam chodzić na długie, samotne spacery, tak teraz nie mam sił i czołgam się na asfalcie. Wokoło mnie jest piasek, piasek i jeszcze raz piasek! Przebyłam z piętnaście minut w lesie, bo liczyłam czas, ale odkąd jestem na tych piaszczystych terenach, tak straciłam poczucie czasu, że nie wiem ile mam lat. Może już mi stuknęła trzydziestka? Do tego zamazuje mi się obraz, mam suchość w gardle, jestem cała spocona.
Zaprzestaję swoich ruchów i opadam plecami centralnie na środek drogi. Zamykam oczy i czekam, ale na co? Na zbawienie, którego nie dostanę? W sumie, będąc szczerą przed samą sobą, jestem obojętna na wszystko. Nie mogę pozbyć się tej obojętności odkąd Harry gonił mnie w lesie. Jeżeli coś mnie zabije - trafię do świata podziemnego i umarłych, gdzie Hades nie da mi spokoju. Albo stanie się jakiś cud i pozwoli mi chodzić nieznanymi ścieżkami? Może zobaczę mamę? I tatę? Matka nie była taka święta, chociaż na anioła wyglądała. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego nie mogę być tak samo piękna jak ona przynajmniej w jednym małym procencie. Pomimo że dla mnie liczy się bardziej wnętrze, to trochę urody by mi nie zaszkodziło, nie?
Ojciec.. Ojciec miał swoje lewe interesy, co Boga podziemi pewnie by kusiło, aby mieć go w swojej kolekcji umarłych. Dzięki zatrudnianiu ludzi na czarno, stawał się bogatszy, gdyż nie musiał płacić bankowi a kolejnego pracownika.
*** Harry ***
Czy mi jej szkoda? Niezbyt. Czy żałuję swojego zachowania? Nie za bardzo. Czy da sobie sama radę? Musiałby stać się cud! Wymięknie po godzinie, jeżeli w ogóle ruszy się z miejsca. Znając ją, nie wiem co ze sobą zrobić w danej chwili i tylko czeka na jakieś zbawienie, które nie dostanie ani ode mnie ani od nikogo innego.
Kiedy na horyzoncie ukazuje mi się mały motel złączony ze stacją paliw, uśmiecham się kpiąco na samą myśl, że ja jestem już na miejscu, a biedna Dianka musi iść piechotą samotnie przez las. Taaak mi przykro...
Samochód parkuję na tyłach budynku tak, aby w razie jakby ktoś przyjechał tutaj nieodpowiedni, móc szybko i sprawnie stąd odjechać. Wysiadam z auta przy okazji biorąc walizki. Zamykam pojazd i ruszam w stronę drzwi. Przekraczając próg motelu, do moich nozdrzy uderza nieprzyjemny zapach narkotyków. Czuję jak wszystkie moje wnętrzności skręcają się w środku. Nie minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz brałem, ale co mam na to poradzić? Potrzebuję celu w życiu, aby powstrzymać się od tego nałogu. Gdybym chciał, również mogę nie brać, ale ten moment, kiedy jesteś na haju jest nie do opisania. Fakt, ostatnio było inaczej, ale to tylko dlatego, że nie brałem narkotyku z kilka miesięcy? Nie wiem jakim cudem tyle wytrzymałem. A, no i jeszcze mogę dołożyć do tego impuls, który mnie kusił.
Z drugiej strony wystrój też nie jest za ciekawy. Na cały, mały hol jest niewielka lada po lewej stronie z napisem 'Recepcja', a po prawej stronie tuz przy oknie znajdują się dwa brązowe, skórzane fotele, które nie są zadbane i mały, porysowany, szklany stolik. Ciekawie się zapowiada..
Powstrzymując się od sięgnięcia do mojej torby w poszukaniu dawki, poschodzę do lady. Odczekuję kilka minut, a gdy nikt nie raczy przyjść, naciskam na dzwonek, który leży na ladzie. Wydaje z siebie wysoki dźwięk jak na takie przedmioty i dalej czekam. Ponawiam czynność, ale bez skutku. Tym razem co kilka sekund naciskam na dzwonek z głupawym uśmiechem. Taa, to mi się nigdy nie znudzi.
- Ekhm. - moją zabawę przerywa męski głos. Zaprzestaję i spoglądam na danego osobnika. Facet o ciemnej skórze, niby napakowany, a tak naprawdę to kupa tłuszczu. Związał sobie ten tłuszcz tu i ówdzie, żeby nie wyszedł na kozła ofiarnego - W czym mogę pomóc?
- Chciałbym zameldować siebie i partnerkę. Niestety ukochanej nie ma, ponieważ chciała rozprostować nogi po długiej jeździe, więc nie wiem kiedy się zjawi. Do wieczora powinna być. - jeżeli ktoś jej nie porwie, nie zgwałci bądź nie zabije, dopowiadam z myślach.
- Dooobrze.. Na ile dnia zamierzają państwo zostać? - przyglądam mu się z uwagą. Coś mi w nim nie pasuje, ale jeszcze nie wiem co. Niedługo się dowiem.
- Na chwilę obecną to jest nieokreślone. Przyszłość zadecyduje, ile tu będziemy. - odpowiadam tajemniczo. Niech się nagłówkuje trochę, myślenie nie boli.
- Pokój numer szesnaście. - wyrywam klucze z jego dużej dłoni, biorę walizki i idę schodami w górę. Skręcam w prawo i korytarzem zmierzam do właściwego pokoju. Gdy go odnajduję, przekręcam klucz w zamku i szybko wchodzę do środka zamykając się z wielkim hukiem. Walizki rzucam na bok i bezwładnie opadam na dwuosobowe łóżko.
Z kieszeni spodni wyciągam telefon, wybieram numer do Willa i przykładam urządzenie do ucha. Po pięciu sygnałach odbiera.
- Har...
- Nie ma czasu na pogaduchy. Musisz mi pomóc i to bardzo. Nie ma za wiele czasu, rozumiesz? - jako odpowiedź uzyskuję jego cichy śmiech. No masz się z czego śmiać, rzeczywiście.
- Stary, przecież ja zawsze ci pomagam! Kogo mam tym razem namierzyć?
- Nie tym razem, Will. Znajdź mi jakieś miejsce do ukrycia się. Najlepiej gdzieś, gdzie nie ma dużo ludzi.
- To nie wybierasz się do Holmes Chapel? - z jego głosie wyraźnie słychać zdziwienie i radość. No tak, rzadko się widujemy. Dla niego to mógłbym wcale nigdzie nie wyjeżdżać, byleby miał towarzystwo do picia i zaliczania panienek.
- Powiedzmy, że to skomplikowane, okej?
- Po prostu przyznaj się, że chodzi o Dianę.
- Nie, to n..
- Co mi ostatnio mówiłeś jak zamierzałeś ją ocalić?
- Za dużo o mnie wiesz. - stwierdzam nie dodając do tego odpowiedzi, ponieważ obydwoje wiemy jaka ona jest, więc nie widzę sensu, aby mówić to na głos po raz drugi. Tym bardziej, że ledwo co te słowa przeszłyby przez moje gardło. Wolę uniknąć upokorzenia przed samym sobą.
- I vice versa. - panuje chwila ciszy. Zapewne czeka aż ja coś powiem, ale gdy dochodzi do wniosku, że nie zamierzam nic mówić, kontynuuje - Właśnie szukam, szukam i.. O, mam! Mała posiadłość na wzgórzu góry w okolicach Hamburga w Niemczech?
- Tam jestem poszukiwany.
- Wszędzie jesteś poszukiwany. - mamrocze pewnie sam do siebie, ale doskonale go słyszę. Nie komentuję tego, żeby nie czuł się dziwnie, że myślał na głos - Podziemna komnata w stolicy Chorwacji?
- Zbyt duże ryzyko. Tam są jego ludzie. Szybko mnie namierzą. - wypuszcza głośno powietrze z płuc i stuka dalej w klawiaturę sadząc po odgłosach.
- Dobra, to chyba będzie, szlag by to trafił..
- Co jest?
- Lubisz się opalać, nie?
- Do rzeczy.
- Jestem w siedemdziesięciu procentach pewny, że na Baham...
- Zabiłem trzy rodziny, które były na wakacjach, więc mogę powiedzieć, że tam nie będę za mile widziany.
- Czy nie mógłbyś raz odpuścić? - jęczy do słuchawki - Od kiedy tak bardzo przejmujesz się tym, czy ktoś cię złapie czy nie, hm?
- Sprawdź Malediwy.
- Może od razu Atlantyda? - prycha pod nosem, ale po chwili oznajmia - Nikt cię tam nie zna? - nie czekając na moja odpowiedź, mówi dalej - Na kiedy ma być ten lot i skąd?
- Północna Kalifornia, pojutrze. - jeszcze przez chwilę ustalamy godzinę lotu i miejsca w samolocie. Już zamierzam się rozłączyć, ale zatyka mnie, gdy słyszę co mój przyjaciel mówi na sam koniec.
- Jeżeli przedłużasz wyjazd do Holmes Chapel z powodu Diany to przynajmniej spraw, abyście obydwoje byli w końcu szczęśliwi. Za niedługo gwiazdka, przekonaj ja do siebie tak, aby ci zaufała. Powiedz jej prawdę. - i bez żadnego pożegnania się rozłącza. Jeżeli on myśli, że takim gadaniem coś wskóra to się myli i to bardzo. Jednak ani na moment z mojej głowy nie opuszcza mnie to jedno zdanie Powiedz jej prawdę. Jaką prawdę? Nie mam nic do ukrycia! Skoro nie pamięta to trudno, jej problem, nie mój.
Nie wiem w którym momencie moje oczy się zamykają i zapadam w upragniony sen. Powiedz jej prawdę.

- Pomocy! Ratunku! Zostaw mnie! - coraz bardziej staje się zdesperowany, kiedy nie mogę jej znaleźć, a przecież ją słyszę, więc nie muszę być daleko!
- Will, pospiesz się! Ona tu jest! - krzyczę na chłopaka, który próbuje dorównać mi biegu.
- Uspokój się, bo w takim stanie, w którym ty jesteś to jej wcale nie znajdziemy! - szarpie mną dość mocno za rękaw tak, że upadam na trawę - Biegnij za mną, okej? W końcu to moje tereny, więc się nie zgubię i szybko ją namierzymy. - tak jak mówi mój przyjaciel, tak tez robimy. Biegnę za nim trochę nie niecierpliwiąc myśląc, że za wolno się poruszamy. Teraz każda sekunda jest dla mnie ważna. Nie wiem co zrobię, gdy okaże się, że jest za późno.
Po lesie roznosi się pisk Diany i JEGO szyderczy śmiech. Krew w moich żyłach szaleje. Jeżeli on coś jej zrobił...
- Tutaj są! - te dwa słowa sprawiają, że jakaś część mnie się uspokaja. Przeciskam się przez duże krzewy i włosy stają mi dęba. Diana, moja Diana jest przywiązana wokół bioder do pnia drzewa. Ręce jak i nogi ma także związane. Nawet ja nigdy nie miałem takich myśli co do tej dziewczyny. Ten widok jest okropny. Dostrzegam jeszcze, że jest naga, a spomiędzy jej ud spływa krew. Gdy w końcu dochodzi do mnie fakt, co on jej zrobił, rośnie we mnie nieopisany gniew. Dłonie formuję w pięści i już zamierzam ruszyć w jego stronę, aby obić mu mordę, lecz oni znikają. Tak po prostu, bez żadnego śladu. Mrugam kilka razy dla pewności, ale... Nie ma ich. Jest tylko drzewo do którego chwilę temu była przywiązana brunetka.
- Widzisz co straciłeś przez swoją głupotę? Nie chciałeś powiedzieć jej prawdy, nie próbowałeś żyć z nią w zgodzie, co chwila ją poniżałeś, więc masz teraz to, co chciałeś. - mówi Will i po chwili także znika pozostawiając mnie samego w lesie.
Upadam na kolana, a twarz chowam w dłoniach. Wszystko straciłem..

Gwałtownie podnoszę się do siadu. Oczy mam jak pięciozłotówki, ciężko i nieregularnie oddycham, a ręce i nogi się trzęsą. To był tylko sen. Nic nie znaczący zły sen, więc nie mam się niczego obawiać, prawda?


Jeżeli długość rozdziału was nie zadowala, to przepraszam, ponieważ według mnie wydaje się być jeszcze krótki, lecz z drugiej strony nie chciałam przyspieszać akcji. Wolę, abyście pomyśleli co mogłoby być dalej. Z miłą chęcią dowiedziałabym się czego się obawiacie, a co możecie przypuszczać. Kto wie, może w kolejnych postach zaczerpnęłabym waszych pomysłów? ;)
P.S. Tak się zastanawiam czy jest sens dodawać pod każdym rozdziałem zdjęcie bądź gif.. Może wam to się przejadło i uważacie, że przeszkadza?

sobota, 16 lipca 2016

Rozdział 25

*** Harry ***
Nerwowo stukam palcami w kierownicę i co chwila patrzę przez lusterko na poczynania Diany. Czy robi to tak jak trzeba czy coś jak zwykle pieprzy. W sumie, nie wiem dlaczego jej to zaproponowałem. Tak jak wcześniej mówiłem, mogłem sam uciec pozostawiając ją na pastwę losu, bądź w ogóle nie robić tego całego szumu wokół wysadzenia tunelu. Gdyby tak czysto teoretycznie ktoś odkrył zawalony tunel sądząc, że ktoś jest po drugiej stronie, zadzwoniłby na straż pożarną, policję i karetkę, a tylko tego mi jeszcze potrzeba do szczęścia...
Jednak wiem, że nie wiadomo co będzie się dziać, jakaś część mnie nie pozwoli, żeby zostawić ją z tym wszystkim samym. Jestem w stu procentach pewny, że Diana  nie da rady sama w życiu po tym wszystkim co przeszła. W sumie, odkąd pamiętam, to ona nigdy nie dawała sobie rady, nawet po jakiejś głupiej, małej błahostce sięgała po żyletkę i okaleczała sobie nadgarstki. To jest chore i głupie. W sumie, sam nie jestem lepszy spożywając narkotyki, które jeszcze mi zostały, ale mam takie odchyły jeszcze po odwyku. Niby miało mi to pomóc, a tylko pogorszyło sprawę. Poszedłem na odwyk z przymusu. Szef, który był zarazem dla mnie jak ojciec, chociaż nie starał się go zastępować, pomimo że był surowy i wymagający w wielu sprawach, to był wobec mnie nad wyraz opiekuńczy. Zawsze martwił się o mnie, gdy jechałem sam na dłuższą trasę, gdy miałem się bić o tej godzinie z tym bądź tamtym, ale najbardziej martwił się moim stanem, gdy spożywałem nieograniczone ilości alkoholu bądź, gdy byłem pod wpływem narkotyków. Na początku mało go to obchodziło, ale, gdy zauważył, że sobie z tym nie radzę, kazał mi iść na odwyk, bo inaczej stracę wszystko. Swój wysoki poziom społeczny, kasę, reputację, swój gang, a nawet i przyszywanego ojca. Zawsze wiedział jak mnie podejść, żebym wybrał właściwą decyzję. Mówiłem mu wiele razy, że ten odwyk nic nie zmieni, a jedynie pogorszy mój stan, ale wolałem już zaryzykować swoją psychiką i życiem, żeby mieć to wszystko, na co tak pracowałem odkąd skończyłem piętnaście lat. Opowiadano mi, że dzień przed moim wstąpieniem do gangu - miałem wtedy osiemnaście lat - zmarł szef mojego szefa. Mój szef widząc przez trzy lata moją ciężką pracę i jak bardzo mi zależy na tym, oddał mi swój gang w ten sposób zostając przywódcą. Nie robiło to na nim zbyt wielkiej różnicy, ponieważ ma jeszcze kilka asów w rękawie, więc oddanie jednego z kilku gangów nie było dla niego trudną decyzją. Ogółem w tamtym czasie było wszystko pomieszane, że głowa wysiadała. Chociaż jedyne co mnie do teraz dziwi to fakt, skąd ma tyle tych gangów? Czy tych samych? Albo jest zdrajcą i każdy inny gang jest naszego wroga? Nie, raczej nie. Mogę mu zarzucić wiele, że jest zboczeńcem, mordercą, gwałcicielem, pedofilem, ale nie zdrajcą. Prędzej u mnie to miano byłoby trafne - ja jestem zdrajcą. Było wiele sytuacji, w których sprzeciwiałem się ojczymowi i niestety obrywało mi się to i nie raz. Miał nade mną kontrolę, więc mógł mną pomiatać, dopóki nie odważyłem się mu postawić. To chyba zawsze będzie dla mnie niewyjaśnioną zagadką - jego zachowanie. A tamten jednorazowy incydent z narkotykiem... Niepotrzebnie Diana się wtrącała. Sam dałbym sobie radę. Tez mnie zadziwia fakt, jakim cudem ta bezsilna dziewczyna dała radę wywarzyć drzwi? Może aż tak słaba nie jest? Kogo ty oszukujesz, oczywiście, że jest! Ale pomimo że go tu po części chwalę, był bezuczuciowym dupkiem przez większość czasu. Po jego śmierci, mógłbym mieć wszystko to, co on ma teraz pod warunkiem, że będę robił jak mi zagra. Cóż, raczej to już nie jest ważna umowa. Teraz nasze stosunki nie będą należały do tych miłych. Już odkąd skończyłem siedemnaście lat i zabiłem jego dłużnika, nasze relacje się pogorszyły. Ale tak jak mówię, były momenty i te dobre.
Niestety moje dalsze myśli przerywa głośny wrzask Diany. A tak fajnie było sobie powspominać te lepsze i gorsze momenty.
Wychodzę z auta w celu nawrzeszczenia na nią, ale gdy widzę to, co mam przed oczami, nie dość, że włosy stają mi dęba, to czuję też dziwny paraliż i ukłucie gdzieś tam w żołądku. A dopiero co mówiłem, że sama sobie nie da rady!
Przede mną są wielkie płomienie ognia. Co jakiś czas mogę dostrzec wymachujące w górze ręce. Bo ja nie wiem gdzie ona jest...
- ...agam! Pomóż mi! - szczerze? Nie wiem co robić. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji, w której muszę komuś ocalić życie. Nie muszę jej ratować, ale mam do niej jakiś sentyment, który nie pozwala mi jej zostawić nawet jak coś ma mi się stać.
-  Spokojnie! Wszystko jest pod kontrolą! Zaraz cię stamtąd wydostanę! - mentalnie daje sobie w twarz. Przecież to najbardziej idiotyczne zdania jakie człowiek może wypowiedzieć w takiej sytuacji! Brawo, Styles, jesteś geniuszem. Geniuszem idiotów.
- Kpisz sobie ze mnie?! Uratuj mnie do cholery! - moje oczy robią się jak pięciozłotówki. Już wcześniej to zauważyłem, ale teraz to sobie uświadamiam - Diana pod wpływem emocji jest odważna i szczera. Może jest jakiś cień szansy, żeby ją naprawić?
Z bagażnika wyciągam średnią gaśnicę samochodową, odblokowuję ją i kierując w stronę ognia, odpalam ją. Są nikłe szanse, żeby pożar ustał, ale zawsze coś, prawda?
- Słuchaj mnie teraz uważnie! - zaczynam pospiesznie czując jak gaśnica staje się coraz to lżejsza - Musisz szybko przeskoczyć fragment ognia, który próbuję gasić, rozu...
- Nie ma mowy! Nie zrobię tego! - przestaję używać gaśnicy, gdy dostrzegam jak brunetka oddala się od ognia, odwraca się do mnie plecami i biegnie w drugą stronę. Momentalnie zalewa mnie krew i złość. Cofam się do tyłu. Gdy moje plecy dotykają samochodu, biorę rozpęd i skaczę jak najwyżej tym samym znajdując się na drugiej stronie tunelu. Nie ma zbytnio czasu, więc biegnę przed siebie. Jak na kogoś takiego, szybko biega, chociaż nie takie osoby już goniłem. Były gorsze. Zdarzało się, że byłem zmuszony biegać za uciekinierami nawet dwie godziny, ale nie mam im tego za złe. Teraz moja kondycja jest bardzo dobra, więc złapanie Diany zajmuje mi dosłownie kilka sekund. Chwytam ją mocno w pasie i obracam do siebie. Gdy zauważam jej zapłakane i wystraszone oczy, złość od razu mnie opuszcza.
- Pomyliłaś kierunki, skarbie. - unoszę ją do góry i zarzucam na swoje barki tak, że nogami zwisa z przodu mojego brzucha, a jej głowa wraz z rękami opierają się o moje plecy i dalej kontynuuje - Teraz się mnie trzymaj jak najmocniej, bo będziemy skakać. - oczywiście, gdy orientuje się, że będziemy skakać przez ogień, ponownie wpada w panikę. Już zamierzam iść, gdy...
- Tam są! Brać ich! - słyszę głosy za mną. Nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że są to ochroniarze mojego szefa. A może mam mówić, że byłego szefa? Wątpię, żeby po takim czymś znowu z nim normalnie współpracować. Biorę głęboki wdech i wydech i ruszam w stronę samochodu. Nie zastanawiając się po raz enty nad tym co robię, rzucam brunetkę na drugą stronę, a sam zatrzymuję się tuż przed skokiem. Odwracam się na pięcie i czekam, aż Olivier, Ivan i Peter przybliżą się do mnie.
Pierwszy wystartował Peter, który nie przemyślał chyba swojego ruchu. Wystarczyło, abym posunął się w lewo, a już jeden z nich pali się w ogniu koszmarnie błagając o pomoc, której z mojej strony nie dostanie. Drugi chwyta mnie mocno za kark. Gdy widzę, że i Ivan zamierza dołączyć do naszej zabawy, unoszę jedna ugiętą nogę do góry i wyprostowuję ją trafiając w krocze napastnika. Upada na kolana trzymając się za obolałe miejsce. Gwałtownie spycham Oliviera na ścianę za nami, dzięki czemu uścisk na karku nieco się rozluźnił. Łokciami staram się trafiać w jego żebra. Za chwilę zaś podkładam mu nogę i wywracam na podłogę. Kopię go parę razy w brzuch zanim nie zostaje od niego odciągnięty. Chwytam którąś rękę Ivana i wykręcam do tyłu. Oprócz jego jęków bólu mogę usłyszeć także chrup w jego ręce. Usatysfakcjonowany rzucam nim na ziemię. Niestety nie dane mi jest podziwiać ten widok. Coś bardzo mocno uderza w tył mojej głowy przez chwilę mnie otumaniając. Po chwili czuję jak upadam na podłogę, a Olivier siada na mnie okrakiem i okłada pięściami moją twarz. Z każdym kolejnym ciosem słabnę, ale się nie poddaję. Jakoś udaje mi się złapać go za nadgarstki i przewrócić nas tak, że teraz to ja teraz siedzę na nim.
- Nadal jesteś taki chojrak jak przed chwilą? - mówię obijając jego twarz. Co kolejne uderzenie, wpadam w jakiś trans. Każde następne spotkania moich pięści z jego twarzą sprawiają, że zaczyna lecieć krew nie tylko moja, ale i Oliviera.
Na chwilę przestaję i ciężko oddychając wstaję. Patrzę na jego zmasakrowane ciało. Leży w wielkiej kałuży krwi i jestem pewny, że większość kości jest połamana. Co do jego twarzy, no cóż, za wiele nie muszę mówić. Nie widzę jego oczu, ponieważ są całe przepełnione czerwoną cieczą, widać jak na dłoni, że jego nos jest porządnie wykrzywiony w prawo, a usta... Jest w nich dużo krwi, więc zakładam, że za niedługo się udusi.
Kątem oka dostrzegam jak Ivan usiłuje wstać. To on jeszcze żyje? Niby nie dostał tak jak Olivier, ani nie został spalony w ogniu jak Peter, chociaż żałuję, że nie dane było mi patrzeć jak cierpi. Zanim zdążam zrobić krok w jego stronę, słyszę pisk opon, a już po sekundzie przed moimi oczami ukazuje się mój samochód, a za kierownicą siedzi wręcz zdesperowana Diana. Biedactwo nie ma pojęcia, że właśnie przejechała człowieka robiąc z siebie mordercę. Ale nie powiem, jestem w szoku i to ogromnym. Jest w tobie nadzieja, skarbie...
Z uśmiechem na twarzy pospiesznie wsiadam do pojazdu. Nawet nie zamknąłem prawidłowo drzwi od strony pasażera, a już przejeżdżamy w ogniu, by w końcu wyjechać z tunelu. W tym samym momencie, w którym opuszczamy podziemia, za nami wybucha reszta tunelu. Nie powiem, serce szybciej bije.
- Jestem z cie... - nie dokańczam, ponieważ auto gwałtownie skręca w lewo za duże skały i z taką samą siłą hamuje przez co mogę poczuć jak tył pojazdu unosi się lekko do góry i opada. W normalnych okolicznościach wściekłbym się do granic niemożliwości widząc jak traktuje MÓJ samochód, ale z drugiej strony Diana nawet nie jest teraz niczego świadoma. Wystarczy, że kiwnę palcem, a zrobi to, o co ją poproszę.
Myśli przerywa mi głośny huk zamykanych drzwi. Wkurzona dziewczyna obchodzi samochód, otwiera drzwi z mojej strony i usiłuje mnie wyciągnąć. Gdybym sam się nie podniósł, w ogóle bym się nie ruszył z miejsca. Zanim dociera do mnie co się dzieje, czuję jak policzek zaczyna mnie piec. Po chwili i drugi.
- Czy ty mnie uderzyłaś?! Jak ja ci zaraz oddam to..
- Zamknij się wreszcie! - krzyczy na tyle głośno, że aż usta formuję w wąską linię i czekam na ciąg dalszy - Dosyć! Przez ciebie o mało co nie zginęłam! Rozumiesz to? Raczej nie, bo ty byś jakoś wybrnął, ale ja nie, bo moje życie to jeden wielki pech! Ja wiem, że jestem psychiczna i mam za sobą kilka, a raczej kilkadziesiąt nieudanych prób samobójczych, ale to tylko dlatego, że sram w gacie jak tylko pomyślę o śmierci! A dzisiaj ewidentnie byłam o ty... - wywracam oczami dalej już jej nie słuchając. Chwytam ją za ramiona, przybliżam nasze twarze tak, że dzielą nas milimetry i wręcz wpycham swój język do jej ust. Muszą być jakieś sposoby, żeby była cicho, nie?
Podczas tej 'namiętnej' wymiany śliny, odwracam nas tak, aby Diana była tyłem do drzwi. Gdy mam pewność, że znowu będzie tą cichą i zawstydzoną dziewczyną jaką znam, wpycham ją na miejsce pasażera obok kierowcy. Nie zwracam najmniejszej uwagi na to, czy gdzieś się uderzy czy nie. Wsiadam na miejsce kierowcy, odpalam silnik i ruszam jak najdalej stąd. Teraz trzeba skupić się na tym pościgu, który się zaczął...
*** Diana ***
- J-jaa... J...
- Nic nie mów. Siedź cicho. Możesz jedynie oddychać i mrugać oczami, nic więcej. - jego surowy głos przyprawia mnie o dreszcze. Nawet zielonego pojęcia nie mam, czemu chcę się tłumaczyć i to jeszcze przed nim. Nawet przed sobą nie potrafię się wytłumaczyć z mojego zachowania. Kompletnie nie wiem, co mną jeszcze chwilę temu kierowało. Byłam - i nadal jestem - zła za to, że tak perfidnie wepchnął mnie w ogień! Poza tym, nie rozumiem po co było to wszystko! Żebym spaliła się żywcem, a on miałby z tego wielką satysfakcję? Mógł jechać dalej, a nie wymyślać pod pretekstem, że 'nie wolno zostawiać po sobie śladów'. Jakich śladów? I tak wyszłoby na to samo z czy bez próby zniszczenia tunelu. Będę miała koszmary i to wielkie. Jaki człowiek chciałby na własne oczy zobaczyć śmierć trzech osób z czego jeden pali się żywcem? Za dużo emocji i wrażeń jak na tak krótki czas..
Przez ten cały natłok myśli i wydarzeń, które mają co chwila miejsce, nawet nie wiem która dzisiaj godzina, który dzień, miesiąc. Nie wiem, gdzie jedziemy. Niby mówił wcześniej, że do motelu czy hotelu czy czegoś tam innego, ale teraz, gdy ktoś usiłuje nas schwytać, wszystkie dotychczasowe plany ulegają zmianie, ale czy na lepsze? Tak wiele pytań, zero odpowiedzi i pewności, że są poprawne. To się dzieje za szybko, zdecydowanie za szybko.
Biję się z samą sobą, żeby coś powiedzieć. Żeby przynajmniej znać dzisiejszą datę, ale jak zacząć? Kazał mi tylko oddychać i mrugać. Gdyby tylko mnie nie pocałował to... Aż wciągam gwałtownie powietrze do płuc na myśl, że on to zrobił po raz kolejny. Ale, za bardzo tego momentu nie mogę sobie przypomnieć. Chyba byłam zbyt przejęta tą sytuacją, że nie docierało do mnie nic innego. Gdyby mnie gwa... Nie! Nawet tak nie myśl! Przecież tego chcesz... Nie, ja tego nie chcę. To tylko moja wyobraźnia chce mnie sprowokować. Tym razem postaram się nie poddać. Jednak z drugiej strony, mogę sobie wyobrazić ten pocałunek. Odkąd mnie pierwszy raz pocałował u niego w piwnicy w celu zaspokojenia mnie, że nie przechowuje żadnych martwych ciał, jakoś nie mogę przestać myśleć o jego ustach. Jakaś część mnie chce być wiecznie całowana przez niego, natomiast druga ja broni się jak może, żeby do kolejnego razu nie doszło. Doprawdy, nie wiem czemu tak się ze mną dzieje. Akurat bycie w związku z mordercą i gwałcicielem to chyba ostatnia rzecz na mojej czarnej liście, której tak naprawdę nie ma i nie będzie.
Boże, o czym ja myślę?! O związku z tym psychopatą? Raczej podziękuję, wolę być starą panną z kotami, chociaż zakładam, że i koty ode mnie uciekną. Zostanę tylko ja wraz z moją wyobraźnią. Albo lepiej będzie, gdy w końcu się przełamię i odbiorę sobie moje nic nieznaczące życie.
- H-H-Ha...Har...
- Dla ciebie pan Harold, smarkulo. - aż spoglądam na jego twarz. Wcześniej jakoś mu to nie przeszkadzało, o ile zwracałam się do niego po imieniu.
- Co ddzisiajj jest za dzi...
- Piętnasty grudzień. - ledwo co kończę pytanie, a on wie, co odpowiedzieć. Może nie jest człowiekiem, a robotem? Półczłowiekiem , a pół maszyną? Zaraz moje teorie będą nie z tego świata, jeżeli nie przestanę.
Stop! Czy on powiedział grudzień? I do tego piętnasty? Czyli że półtora miesiąca trwa ta cała szopka? Od półtora miesiąca nie mam już nikogo? Ani mamy, ani taty, nawet o Niallu nie zapomniałam, chociaż nie mam z nim kontaktu. Wiecznie się zastanawiam co u niego słychać, czy mnie jeszcze pamięta, czy się martwi o mnie, że nie daję żadnych oznak życia. Tak bardzo chciałabym tylko usłyszeć przez moment jego cudowny, melodyjny głos. Ugh, nie wiem czemu robię sobie nadzieję, że go kiedykolwiek jeszcze zobaczę. Kto wie, co przyniosą kolejne dni?
W ostatnim momencie się powstrzymuję od podskoczenia na siedzeniu, gdy uświadamiam sobie, że za dziewięć dni są święta! Pamiętam jak pierwsze płatki śniegu zaczęły sypać w Holmes Chapel, ale to było tam, w Wielkiej Brytanii. Teraz jestem w Stanach Zjednoczonych, w Los Angeles, gdzie śnieg to rzadkość. I jak ja je spędzę? W hotelu? Albo jeszcze lepiej - w samochodzie i to z nim? Święta powinno spędzać się w ciepłym domku z rodziną przy choince, a nie w samochodzie z gwałcicielem-mordercą na którego jestem zdana. Może się okazać, że akurat w wigilię  stanie się jakiś cud i będę wolna, bądź stanie się coś złego, ale co, wolę nie myśleć. Lepiej żyć w nieświadomości.
- Słuchaj uważnie, plan jest teraz taki. - przerywa ciszę w aucie przez sekundę spoglądając na mnie i kontynuuje - Chyba zdążyłaś już zauważyć, że szef nie daje za wygraną, prawda? Musimy być teraz ostrożni, nie wiadomo gdzie obecnie się znajduje. Za wszelką cenę będzie próbował cię zdobyć, więc będzie zdolny zrobić wszystko. Niestety jest taki jeden, malutki problem, ale trzeba działać najszybciej, bo inaczej przegramy, rozumiesz? Przegramy tą wojnę, a wiem, że ani ja nie chcę tego i ani ty. - na słowa, że jest jakiś problem, sztywnieję. O co chodzi? Odda mnie jego szefowi, żeby przeżył i miał spokój już na zawsze, podczas gdy ja będę torturowana? Chyba nie chcę wiedzieć, co ma mi do powiedzenia.
- Co, co to z..
- Otóż, nie wiadomo jak szef wygląda. - mrugam kilkakrotnie oczami. Czy ja dobrze usłyszałam, czy też ze słuchem coś mi się dzieje? jak to nie wiadomo jak wygląda? Przecież go widziałam! Nie potrafię wymazać z pamięci jego okrutnej twarzy, więc jestem pewna, że go rozpoznam w tłumie.
- Al.-le prze..
- Źle mnie zrozumiałaś. - przerywa mi po raz drugi - On wcale taki głupi nie jest. Może wydawać się to niedorzeczne, ale nie wiadomo też jak się nazywa. Może i spędziłem z nim kilka lat, ale nie wiele mówił o sobie. Zazwyczaj każdy mówił do niego po prostu 'szefie' i na tym się kończyło. Co jeszcze, co je.. A, tak.. Ma dwa charaktery - czasami jest dobry dla mnie, ale dla swojej rodziny potrafi zabić nawet i mnie. Zły staje się, gdy nie ma jego żony i dzieci przy nim, wtedy wyżywa się na innych. Żeby policja go nie rozpoznała, zawsze, gdy przychodzi co do czego, zakłada jakąś specjalną maskę dzięki której nie widać jego prawdziwej twarzy. Potrafi się nieźle kamuflować.
- Jjak to? Czyli, że...?
- Czyli, że to. Nie mamy na to wpływu. Jedyne co możemy robić to uważać i nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Dlatego też pierwsze co zrobimy to zmienimy swój wygląd przynajmniej w minimalny sposób.
- Więc, jedziemy ddo sklepu?
- Jeżeli jakiś się trafi po drodze, w co wątpię. Musimy także wyrzucić swoje telefony, żeby jego ludzie nas nie wychwycili. - na tym kończy się nasza rozmowa. Odwracam głowę w stronę okna i obserwuję mijające drzewa i krzaki. Gdzieniegdzie można zauważyć duże skały.
Nie wiem ile mija czasu odkąd jedziemy tym lasem. Niby widzę różne gatunki drzew i krzaków, a wyglądają prawie identycznie. Jedne są iglaste, drugie liściaste, niektóre są szerokie i wysokie, inne chude i niskie. Jedyne czego mogę być pewna to to, że mam potrzebę pójścia w krzaki. Boje się spytać, czy mógłby zatrzymać auto na chwilę. Jest tutaj haczyk. Może odjechać, gdy ja będę załatwiała swoją potrzebę i zostawi mnie tutaj samą. Dziwię się, że jeszcze mnie nie wyrzucił na zbity pysk.
- Jeżeli chcesz się załatwić, to się zatrzymam. Ja za ten czas wyszukam na GPS jakiś najbliższy sklep i hotel. Korzystaj z mojej ulgi póki możesz. Gdy wszystko się unormuje, wszystko wróci do normy. Jak na razie ma zbyt dużo do obmyślania, więc nie mam czasu się z tobą droczyć i cię męczyć. - mówiąc to skręca w prawo w jakąś małą dróżkę, a po chwili się zatrzymuje. No nic, jak odjedzie to zjedzą mnie dziki. Będę miała pewność, że komuś się przydałam, chociażby do jedzenia.
Wychodzimy z auta równocześnie i zamykamy za sobą drzwi w tym samym czasie.
- Raczej nikogo tu nie ma. Możesz iść. - dla pewności i ja rozglądam się po okolicy. To, że jest dla mnie miły 'jak na razie' nie zmienia faktu, że mu ufam. Dla mnie i tak to wszystko było ustalone wcześniej. Oni chcą się mną zabawić, a później pójdę w szpony tego bydlaka. Przecież nikomu na mnie nie zależy, więc czemu mam się łudzić, że od tak nagle Harry stanie się moim najlepszym kumplem, a w przyszłości pomimo wzlotów i upadków będziemy szczęśliwym małżeństwem, a naszym dzieciom i wnukom będziemy opowiadać co przeszliśmy za młodu. Piękne marzenia, Diana!
Przez moją chwilową zadumę zdążam się załatwić. Gdy kończę zapinać rozporek, czuję jak czyjeś ręce szybko oplatają mnie wokół talii i ciągną do tyłu. Przerażona zaczynam się szarpać, usiłuję też kopnąć napastnika w cokolwiek, ale nie umiem wycelować. Po chwili, gdy orientuję się, że to nic nie daje, najgłośniej jak potrafię, krzyczę. Wołam o pomoc Harry'ego. Już nawet sam fakt, że wypowiedzenie jego imienia mnie przeraża, tak teraz 'Harry' ulatuje z moich ust bardzo gładko. Niestety moja druga próba także okazuje się być nieskuteczna. Nieznajomy zatyka mi usta swoją dużą dłonią. Mogę wyczuć, że na jednym z palców ma pierścień. Czemu ja zwracam uwagę na takie coś, podczas gdy ktoś usiłuje mnie porwać? Zgwałcić? Zabić? Zgwałcić i zabić?
- Ciii, spokojnie. Jesteś bezpieczna, to tylko ja. - ohh.....


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaką miałam radość, gdy czytałam wasze komentarze nie tylko pod poprzednim rozdziałem, ale i na całym blogu! Normalnie aż chciało mi się pisać i pisać i pisać i tak bez końca! Ale niestety uznałam, że na czymś trzeba skończyć no i tak jakoś wypadło na tym momencie. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie za tą końcówkę. :D
Zanim przejdę do omawiania postu, chciałam wam powiedzieć, że przeglądałam i czytałam niektóre fragmenty tego bloga od początku i aż się załamywałam, gdy widziałam jak pisałam wcześniej, a jak piszę teraz. Oczywiście wiem, że moje pisanie nie należy do perfekcji, bo są lepsi niż ja, ale tak czy owak ja jestem z siebie dumna, bo widzę, że się poprawiłam i nadal poprawiam. Płakać mi się chciało jak widziałam długość tych rozdziałów. Na Harry'ego! Dlaczego ja was tak wtedy karałam?! Muszę to nadrobić kolejnymi rozdziałami i starać się pisać je dłuższe. Zastanawiałam się też, czy nie zrobić jakiegoś 'remontu' na tym blogu. Głównie chodzi mi o poprawianie tych pierwszych rozdziałów, ale nie jestem co do tego pewna, bo gdybym je zmieniła, to - według mnie - to opowiadanie nie byłoby już takie inne. No bo chyba się ze mną zgodzicie, że widać moje postępy w pisaniu? :D
Co sądzicie o całej tej akcji, która teraz się dzieje? Jak na Harry'ego, dużo powiedział Dianie, nie uważacie? Co sądzicie o jego szefie? Próbowałam jakoś go sprostować, bo w rozdziale 19, albo 17 wspominałam o nim i chciałam jakoś wam nie mieszać pisząc coś zupełnie innego niż było wcześniej i mam nadzieję, że mi jakoś wyszło.. A jak myślicie, kto tam napada biedną Dianę?
Dziękuję wszystkim tym, którzy mnie cały czas wpierają! ❤
Oraz dziękuję i podziwiam tych, co przebrnęli przez notatkę ode mnie :D
Theme by violette