środa, 23 grudnia 2015

Rozdział 22

Ledwo co otwieram oczy, a już słyszę jego pytanie jak się czuję. Mówię, że jest okej, ale tego nie łyka. Ja też. Zauważam, że siedzi przy łóżku na którym leżę i głaszcze moją dłoń. Jego wyraz twarzy jest inny. Widzę, że się martwi, ale nie potrzebnie. Kto by się mną przejmował? Z drugiej strony nigdy go takiego nie widziałam. Nie wiem czy mam się bać czy nie.Czy to cisza przed burzą, czy nie? Jak na zawołanie burczy mi w brzuchu. Lekko się za niego chwytam.
- Jesteś głodna. - stwierdza niż pyta. Kiwam przecząco głową, ale i tak na marne. Wychodzi z pokoju mówiąc, żebym za pół godziny zeszła do kuchni na kolację.
Próbuję wstać, ale od razu opadam na plecy. Ból jak widać nie ustępuje, a ciało nie chce ze mną współpracować. Cicho jęczę i przeklinam za każdym razem, gdy czuję pieczenie poprzez nawet najmniejszy ruch. Muszę iść do tej kuchni. Nie chcę go zdenerwować, a wiadomo jak to się kończy u takich osób jak on czy jego szef. Do moich uszu dociera dźwięk kroków, bez fatygowania się usiłuję wstać. W momencie, gdy drzwi się otwierają, upadam na podłogę. Styles szybko się przy mnie znajduje i pomaga mi wstać. Wolę go w wersji 'nie podchodź bo cię zabiję' niż 'nic ci się nie stało? dobrze się czujesz?'.
- Nic ci się nie stało? Dobrze się czujesz? - o ironio - Zaniosę cię do kuchni tylko musisz się ubrać. - podchodzi do szafy z której wyjmuje wełniany, cienki sweter z długimi rękawami i jakieś jeansowe spodenki. Z innej szuflady wyciąga świeżą bieliznę i z tym wszystkim idzie do mnie. Kładzie i mówi, żebym się przebrała. On sam jednak nie zamierza stąd wyjść. Odwraca się do mnie tyłem i gestem ręki ponagla mnie. Porównuję bieliznę, którą mam na sobie z tamtą. Moja jest cała we krwi, a tamta zapewne czysta i pachnąca. Skąd on może wiedzieć jaki ma rozmiar stanika?
- Sugerowałem się swoją pamięcią, więc nie wiem czy będzie pasował. - to tak jakby czytał mi w myślach - Już? - cicho mamroczę, że tak. Penetruje mnie od góry do dołu i lekko się krzywi - Zanim się ubierzesz, musimy opatrzyć ci te rany. - ciągnie mnie do łazienki.
Usadawia mnie na umywalce i zaczyna szukać odpowiednich rzeczy do dezynfekcji. Po chwili znajduje się przede mną. Waciki namacza wodą utlenioną. Od razu zaciskam pięści, usta formuję w wąską linię i zamykam oczy. Gdy tylko wacik dotyka jednej z ran na brzuchu, wydobywam z siebie głośny jęk. I tak za każdym razem. Im głębsza rana tym bardziej piecze.
Gdy lekko otwieram oczy, widzę, że wszystkie świeże nacięcia i te, które nie zdążyły się się jeszcze zagoić są w pianie.
- Zaraz przestanie boleć i szczypać. - szepcze kompletnie skupiony na tym co robi. Nie żeby co, ale wolę go takiego. Wtedy mogę się czuć inaczej, ale nie potrafię tego nazwać.
- Mmam kilka ppytań. - spuszczam wzrok na podłogę.
- Zaraz mi je zadasz. Teraz możesz iść się przebrać. Czekam w kuchni. - wychodzi, a ja chwilę po nim. Ubieram wybrane przez niego ubrania. Szkoda, że nie wybrał dłuższych spodni. Mam całe nogi w plastrach i bandażach, ale nie zakrył pewnych ran. Nacięć zrobionych przeze mnie. Co prawda są stare, ale zawsze mogą się odnowić. Nie jestem chora, po prostu to od dawna jest moim uzależnieniem. Głupie, wiem. Nie mogę tego powstrzymać, to jest silniejsze ode mnie.
Gdy znajduję się w kuchni, siadam jak najdalej od niego. Podaje mi talerz pełen kanapek i herbatę. O dziwo wraca na swoje miejsce, nie zamierza zmieniać dystansu między nami. Lekko odsuwam jedzenie. Nie jestem przekonana co do tego jedzenia i ogółem.
- Zjedz to, jesteś wychudzona i osłabiona. - kręcę głową. Nie czuję potrzeby jeść i on jak to on mógł coś dodać do tych kanapek. Powoli odsuwam od siebie talerz jak i herbatę. Wolę głodować..
- Jeeeestem! - z dużego przedpokoju słychać głos Willa i trzask frontowych drzwi. Wchodzi do kuchni obładowany kolorowymi torbami - Kupiłem wszystko co dziewczynom jest potrzebne. - zwraca się do mnie pokazując mi zakupy, miło z jego strony - To ja was zostawiam... - w śmieszny sposób wychodzi z kuchni. Uśmiecham się lekko, chyba pierwszy raz od dwóch, trzech miesięcy?
- Jedz to.. - uśmiech od razu znika. Prawie niezauważalnie zaprzeczam ruchem głowy - Masz. To. Zjeść. Teraz. - syczy przez zęby robiąc sekundową przerwę pomiędzy wyrazami.
- Nnnie mmogę.. Nnie.. Nie jjestem głoddna.
- Umrzesz to nie moja sprawa. Będę miał spokój.. - mamrocze pod nosem na tyle głośno, że mogę go usłyszeć. Nie wiem czy to specjalnie robi czy faktycznie nie wie, że powiedział to za głośno.
Nie wiem jak mam się teraz zachować. Zapewne jeden niewłaściwy ruch i po mnie.
- Jakie masz pytania.. - moje usta drżą, ciało ogarnia gęsia skórka. Przed chwilą ledwo co mogłam wydusić jakieś słowo, a teraz czuję się jakby ktoś odciął mi język. Nie dam rady nic powiedzieć, nie potrafię na niego spojrzeć, chociaż doskonale wiem, że on patrzy na mnie jak w obrazek. Czuję to..
Moje ciało ogarnia jakieś dziwne uczucie, zaczyna robić mi się gorąco, pot spływa po moich plecach. Nie mogę opanować emocji, które we mnie siedzą. Rozglądam się wszędzie kłopotliwie, a po chwili mój wzrok zatrzymuje się na nim. Mogę przysiąc, że wyglądam jak jakiś strach na wróble, ale nie wiem co się ze mną dzieje. Robi dwa powolne kroki w moją stronę, na co ja reaguję ucieczką z kuchni do salonu. Staram się otworzyć wyjście na taras, ale ręce za bardzo mi się trzęsą.
- Dobrze się czu... Ej, co ty robisz?! Nie uciekaj! - gdy chwyta mnie za ramiona, już czuję się stracona. Odwraca mnie przodem do siebie i zaczyna coś mówić. Zagłuszam go moim głośnym płaczem. Łzy lecą po mojej twarzy jak jakiś wodospad.To chyba ten moment, gdzie tracę resztki tej siły, która starała się mnie podtrzymać.
Próbuję się wydostać z jego silnych rąk. Szarpię się, próbuję go kopać, lecz nadaremno. Albo on jest za silny, albo ja za słaba, lecz obstawiam obydwa.
- Uspokój się wreszcie! Nie chcę zaś znosić twoich humorków! Jeżeli chcesz żyć ze mną w zgodzie, masz się mnie słuchać, zrozumiano? - energicznie ruszam głową na znak, że się zgadzam. Patrzę z przerażeniem na niego, jak będę się go słuchała, wszystko będzie dobrze, tak? Tak mówił.. Chyba nie wierzysz w jego puste słowa? Nie wiem. Nie wiem w co mam wierzyć.
Puszcza mnie i zamyka drzwi tarasowe na klucz. To samo robi z oknami i drzwiami wejściowymi. Idzie na górę. Słyszę, że wchodzi do pokoi, coś robi, a po kilku minutach wraca na dół.
- Nie uciekniesz mi teraz. Zamknąłem wszystkie okna oraz drzwi. Nie dasz rady ich otworzyć ani z zewnątrz ani z wewnątrz. Gdy mi zwiejesz, będą jeszcze gorsze kłopoty dla ciebie i dla mnie. Mam nadzieję, że już podejmujesz właściwą decyzję. - klepie mnie lekko w policzek, siada na kanapie, włącza telewizor i jak gdyby nigdy nic ogląda, pozostawiając mnie zdezorientowaną - Siadaj. Muszę z tobą coś obgadać. - wyłącza telewizor i nastaje niezręczna cisza. Waham się przez chwilę czy usiąść czy nie. Gdy jego wzrok mógł zabijać, już dawno byłabym martwa. Usadawiam się na fotelu jak najdalej od niego. Chwilę się zastanawia, co chce powiedzieć, rozgląda się dookoła jakby chciał mieć pewność, że nie ma nikogo oprócz nas i nikt tej rozmowy nie słyszy bądź nie nagrywa. 
- Zacznijmy od twoich pytań. A więc słucham. - łokciami opiera się o kolana i czeka aż coś powiem. Nie wiem o co mam go pytać, jeszcze rano byłam zdecydowana, wiedziałam co chcę powiedzieć, a teraz to przeminęło z wiatrem. Zamykam oczy, robię głęboki wdech. 
- Dlaczego mnie uratowałeś? - pytam na wydechu i bardzo szybko. Powieki mimo że są zamknięte, to drżą tak jak usta. Boję się usłyszeć prawdy. Boję się, że powie 'Ponieważ chciałem mieć cię tylko dla siebie, dla swoich potrzeb'. Ze zdenerwowania, obracam swój łańcuszek wyczekując odpowiedzi. Coś długo myśli nad odpowiedzią.
- Kiedy indziej ci powiem. Coś jeszcze? Nie? To marsz do siebie na górę. - jego ton głosu oznajmia, że lepiej z nim nie zadzierać, więc pospiesznie idę na górę do swojego obecnego pokoju. Zamykam drzwi na zamek, opadam na łóżko i patrzę w sufit. Jego ostatnie zdanie brzmiało, jakby rozmawiał z jakimś dzieckiem, a przecież nim nie jestem.
Dlaczego muszę mieć takiego pecha w życiu? Wszystko co zrobię bądź nie zrobię, ma swoje konsekwencje. Mogłam siedzieć tamtego dnia w swoich czterech ścianach i może by do tego nie doszło? Albo to wszystko było zaplanowane? Albo raczej nie? Już nie wiem co jest prawdą, a co nie.
A co, jeśli to wszystko przez mamę? Nie! Jak śmiesz tak myśleć! Ona niczym nie zawiniła! To na pewno nie jej wina, nie jej..
***
Budzę się przez ciche chrapanie. Próbuję się odwrócić na drugi bok, ale dwie rzeczy mi przeszkadzają. Jestem cała zdrętwiała i czyjaś ręka mocno trzyma mnie za biodra.Przełykam głośno ślinę. Przecież byłam sama w pokoju, zamknęłam się na zamek z tego co pamiętam. Z wielkim bólem wyślizguję się spod kołdry i patrzę kto śpi obok mnie. Czemu mnie nie dziwi jego widok...
Wykorzystując okazję, że śpi, po cichu schodzę na dół w poszukiwaniu kluczy. Teraz liczy się tylko czas. W każdej chwili może się obudzić. Zobaczy, że mnie nie ma i się domyśli co robię. 
Staram się być jak najciszej, lecz strach, który mną włada, nie pozwala mi na to. Ręce mi się trzęsą, gdy otwieram każdą inną szufladę, bądź szafkę. W kuchni nic nie znalazłam, w przedpokoju też. Jeżeli w salonie nic nie będzie, będę musiała zebrać się na odwagę i wejść do jego pokoju, jeżeli go nie zamknął. 
Przez chwilę nasłuchuję, czy nie chodzi po pokojach. Jedyną odpowiedzią jest nic, kompletna cisza, która daje mi nieco sił.
Zaczynam przeszukiwać każdą szafkę, która znajduje się w okolicach wielkiej plazmy. Oprócz płyt, filmów i dwóch mikrofonów jak mniemam do karaoke, nic nie rzuciło mi się w oczy. Jednak, nagle natrafiam na jedną zamkniętą szafkę. Skoro nie da się jej otworzyć, znaczy to, że coś tam musi być ciekawego. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Zdaje mi się, ale chyba już mówiłam, że będę smarzyć się w piekle? 
Kombinuję, jakby tu otworzyć tą szafkę, ale każdy pomysł od razu odrzucam. Czego bym nie zrobiła, byłby hałas, ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Potrzebuję choćby kombinerek, ale skąd je wziąć? Oh, chwila! Widziałam je gdzieś w kuchni! Może jest jakaś nadzieja w tobie? W kuchni podchodzę do szafki pod zlewem, wyjmuję potrzebny przyrząd i wracam z powrotem do salonu. Kombinerki przykładam do kłódki, odliczam od 5 i mocno oraz szybko przyciskam przyrząd do blokady. O dziwo, kłódka pęka na pół, a mnie ogarnia wielka satysfakcja, że tak łatwo sobie poradziłam. 
Biorę głęboki wdech i wydech szykując się na to, co mogę zaraz zobaczyć. Powoli otwieram szufladę i od razu czuję, jak moje ciało dostaje paraliżu. W środku znajduje się mały rewolwer, a obok niego kilka naboi. Przysięgam, że w ciągu sekundy moja twarz nabrała koloru tak bladego, że niektórzy mogliby pomylić mnie z wampirem. 
Ostrożnie podnoszę przedmiot i okręcam go w dłoniach uważając, aby nie nacisnąć spustu. Nie wiem czy jest załadowany czy też nie. 
- Co tam robisz? Co trzymasz w dłoniach? - nie wiem kiedy, Styles znajduje się przy framudze drzwi. Jak poparzona wstaję, a ręce razem z pistoletem chowam za siebie. Robi kilka kroków w przód, a ja w tył.
- Nie podchodź do mnie. - mówię stanowczo. Ten tylko się śmieje cicho i zmierza w moją stronę. Nie wytrzymuję. Wyciągam zza pleców rewolwer i celuję w Stylesa. Przez chwilę w jego oczach mogę ujrzeć zaskoczenie, ale po chwili widzę rozbawienie. 
- Oh, no proszę cię. - robi krok do przodu - Przecież obydwoje wiemy, że tego nie zrobisz. Nie masz wystarczająco dużo odwagi, aby we mnie strzelić. A poza tym, jest rozładowany. - gdy próbuje odebrać ode mnie broń, moje place, które znajdują się na na spluwie, automatycznie naciskają na nią. Przez ułamek sekundy można usłyszeć głośny dźwięk. 
Broń wypada mi z rąk. Nie mogę uwierzyć, że to zrobilam. Postrzeliłam człowieka! Nic do mnie nie dociera. Otępiałym wzrokiem patrzę na upadającego bruneta, który trzyma się za prawy bark. Przeklina, syczy z bólu, próbuje zatamować krwotok. Oczy zaczynają mnie szczypać,głowa mocno pulsuje, robi mi się nie dobrze. 
- T.. Tyyy... - nagłą ciszę przerywa jego głos. Jest inny niż zazwyczaj. A co mu sie dziwisz? Postrzeliłaś go! Ma się z tego powodu cieszyć? Lekko podnosi głowę i patrzy na mnie. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Ból, cierpienie, smutek, żal, zaskoczenie, niedowierzanie, nienawiść - to jedna czwarta emocji, które odczytuję z jego wyrazu twarzy. 
- M.. Mmówi... Mmmówiłłeś, ż-że tto nie jesttt.... Naładddowane... - czuje formującą się gule w gardle. Nie wytrzymuję tego widoku i uciekam na górę zanosząc się donośnym płaczem. Co ja najlepszego narobiłam? Skąd ta odwaga się we mnie wzięła? Przecież nawet muchy nie potrafię zabić, a co dopiero postrzelić człowieka! 
Czy mama byłaby ze mnie dumna? 
Pytanie szybko przelatuje mi przez głowę cały czas. Mogłam zrobić to co ona! Popełnić samobójstwo i może zaznałabym w końcu jakiegoś spokoju. Nienawidzę siebie! Nienawidzę swojego życia! Nienawidzę świata i losu! 
*****
Nie wiem ile czasu mija odkąd tu siedzę. Zdaje się, że wieczność. Co chwila spoglądam na zegar ścienny, który mi nic nie ułatwia. Jedyne co robi, to sprawia wrażenie, jakby sekundnik zwalniał z każdym ruchem, przez co wydaje mi się, że wszystko się wydłuża. Wzdycham cicho, zamykam na chwilę czerwone od płaczu oczy. Czuję ostre pieczenie, gdy je mocniej zaciskam. Wydzieram się na całe gardło. W ten sposób staram się w jakimś stopniu rozładować to, co siedzi we mnie, lecz nie pomaga. Prześpij się na tak długo, a żebyś już nie wstała. Podpowiada mi głos w głowie. Chciałabym. Tak bardzo bym chciała, ale zawsze stchórzę. Zawsze jest jakaś przeszkoda, która nie pozwala mi tego zrobić. Może gdybym sie upiła do stanu, w którym nie panowałabym nad sobą...
Otwieram oczy. Muszę zejść na dół czy tego chcę czy nie. Muszę wiedzieć, czy go... Czy go nie sprowadziłam na drugi świat. A co zrobię jak okaże się, że go zabiłam? Będę taka jak on, jak jego szef... Jak oni wszyscy, a tego nie chcę. 
O trzęsących się nogach i rękach, przekręcam zamek w drzwiach i po cichu schodząc na dół, nasłuchuję jakieś szmery bądź mamrotanie. Gdy odpowiedzią zdaje się być głucha cisza, moje serce zaczyna bić sto razy szybciej, w gardle mam ścisk, nie potrafię złapać powietrza. Niestety to jest niczym w porównaniu z emocjami, jakie dołączają do mnie, gdy tylko przekraczam próg salonu. Nie ma go. Nie ma żadnej krwi na podłodze. Salon wyglada tak, jakby nic się tu nie odbyło. Co najgorsze, nawet szuflada jest w idealnym stanie, w jakim była zanim próbowałam dowiedzieć się, co znajduje się w środku. A może to wszystko nie miało miejsca? Może to tylko moja zniszczona wyobraźnia płata ze mnie figle? Ale nie... To jest.. To było zbyt realistyczne na sen czy wyobraźnię. To musiało dziać się naprawdę. Lecz czy z drugiej strony dałabym radę postrzelić człowieka? Nie! On przecież nie był człowiekiem! On był potworem! Koszmarem, cieniem, czarnym kotem, który wiecznie przynosi pecha! Jednak tą grobową ciszę przerywa bardzo cichy szelest wydobywający się zza moich pleców. Przełykam głośno ślinę i obawiam się najgorszego....
Powoli odwracam się do tyłu i... Nic. Nikogo nie ma, a szelest nie ustaje. Wytężam słuch. Ostrożnie kieruję się do celu dobiegającego z jednego z pomieszczeń na parterze. Jedne drzwi są uchylone, więc ON tam musi być. Staję przy drzwiach i przez szparę patrzę w lustro, gdzie mogę dostrzec jego odbicie. Coś przeklina pod nosem, a po chwili zdejmuję swoją koszulkę. Mogę przysiąc, że mam zawał i dostaję palpitacji serca. Jego idealnie wyrzeźbiony tors jest pokryty niezliczoną ilością tatuaży, a opalenizna jest takim dodatkiem to całego obrazu, który widzę. 
- Wiem, że tam jesteś. Chodź tu do mnie. - mówi z wielkim spokojem, więc nie wiem czy mam się bać i obawiać najgorszego czy nie. Oh nie, pogratuluje ci, że do niego STRZELIŁAŚ. Niech on bynajmniej ubierze koszulkę, proszę! - Mam sam podejść? - jak poparzona wskakuję do łazienki bojąc się konsekwencji, co by było gdybym nie weszła. 
Głowę spuszczam w dół. W tej chwili oglądanie jasnych niebieskich kafelek jest chyba ciekawszym zajęciem, niż patrzenie na niego. W małym pomieszczeniu panuje cisza, że zapewne da się usłyszeć bicie mojego serca albo przełykaną ślinę. 
- Skoro ty nic nie mówisz, pozwól, że ja zacznę... A więc, po pierwsze chciałbym, abyś wiedziała, że jestem z ciebie dumny. Strzeliłaś we mnie. Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewał. Nadal nie mogę tego pojąć i uwierzyć, że Diana Pain miała tyle odwagi, aby dokonać się takiego czynu. Na twoim miejscu nie zasypiałbym już wcale, jeśli nie chciałbym mieć koszmarów. - czasami mam wrażenie, że jestem Einsteinem przy nim. Kto o zdrowych zmysłach jest dumny z drugiej osoby, która strzeliła w tą pierwszą? Oh, no tak. Tylko on.. - Druga sprawa. Zastanawiasz się jakim cudem uniknąłem śmierci? Na tą odpowiedź będziesz musiała czekać. Ile? Tego nie wiem. Może do momentu, w którym ci w pewnym stopniu zaufam? - prycha i dodaje - To nigdy nie nastanie. Trzecia i chyba ostatnia sprawa to taka, że nie pozostaniesz bez kary. - wstaje. Szybko cofam się do tyłu, cały czas mając głowę spuszczoną. Jestem na straconej pozycji, gdy plecami dotykam zimnej ściany. Jest coraz bliżej. Próbuję wcisnąć się w ścianę z nadzieją, że przeniknę przez nią jak duch. 
Odruchowo ręce kładę na dekolcie i poprzez dotyk wyszukuje mojego łańcuszka. Zaciskam go mocno, zamykam oczy i czekam na jego jakikolwiek ruch. Mogę przysiąc, że czas zatrzymał się w miejscu. Nic mi się nie dzieje, nie czuję żadnego bólu. A może on nie chce mnie bić? Może chce na mnie nakrzyczeć jak nigdy dotąd?
Jedyne co teraz mogę poczuć to jego zimne dłonie dotykające moją rękę, w której zaciskam mały samolocik. Przez moment jego ścisk wydaje się być mocny, a po chwili siła stopniowo maleje.
- Wyjdź, proszę. Nie chcę ci zrobić krzywdy. - szepcze unikając mojej twarzy. Jednak moje oczy nie mogą oderwać się od tatuaży, które zdobią tors Stylesa. Jestem ciekawa co one oznaczają dla niego. Czy w ogóle mają jakaś historię czy zrobił sobie dziarę od tak. 
Nie panując nad sobą, wskazującym palcem dotykam dużego statku na lewym ramieniu. Wpatruję się jak zahipnotyzowana. Jestem tak skupiona na ramieniu, że nie dociera do mnie żadne słowo, które wypowiada. Palec zsuwam niżej, dotykając każdy napotkany tatuaż. Gdy trasa się kończy, wracam do góry i znowu ma dół. To tak, jakbym próbowała się nauczyć ich położenia i wielkości. Spoglądam na twarz Stylesa. Ma lekko rozchylone usta, zamknięte oczy, a miedzy brwiami robi mu się mała, śmieszna zmarszczka. Gdy przez przypadek zahaczam pazurem o jego skórę, wydaje z siebie cichy jęk. Teraz dochodzi do mnie co właśnie robię. Szybko cofam dłoń i obydwie ręce daje za siebie. 
- Dl... Dl... Idź do salonu, kuchni. Gdziekolwiek. - mamrocze robiąc mi drogę. Jestem w osiemdziesięciu procentach pewna, że nie to chciał powiedzieć, ale nie chcę mieć kłopotów, więc się zamykam i wychodzę jak najszybciej z łazienki. 
Dlaczego do licha to zrobiłam?! 


Akuku!! Po trzech miesiącach przerwy powracam do was z nowym rozdziałem, który zostawiam wam do ocenienia. ;)
Jest tu ktoś? Ktoś pamięta mnie jeszcze i ten blog? 
Rozdział 22 jest takim małym prezencikiem z okazji świat i urodzin Louisa. Nie przedłużając chciałabym wam życzyć wesołych świat, dużo prezentów, zabawy, szczęśliwego nowego roku, abyście w 2016 spełniali swoje marzenia. :)
P.S. Notkę dodaje z telefonu, wiec z góry przepraszam za inną czcionkę bądź cokolwiek. 
P.S.2. Nie wiem czemu wyświetla mi się inna data. Jest 24, a ukazuje się, że post został dodany 23. Dziękuje Bloggerze za współpracę ! 

wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 21

*** Diana ***
Budzę się w łóżku. Nie mogę się w ogóle ruszyć, nawet najmniejszy ruch sprawia mi największy ból. Od razu łzy cisną mi się do oczu. Lecz pomimo tego kłucia, za wszelką cenę próbuję się podnieść. Gdy mi się to udaje, patrzę na kołdrę - jest cała czerwona przez rany, które mi zrobiono kilka godzin temu, albo kilka dni temu? Nie mam pojęcia ile spałam, ale za krótko. Nadal czuję się śpiąca, a o bólach już nie wspomnę, bo nie ma co narzekać na to samo cały czas.
Lekko odkrywam moje ciało spod kołdry i mam drugi powód do rozpaczy. Pierwszym była krew dla ścisłości i rany, które wcale nie zamierzają się goić. Natomiast teraz mam w głowie wszystkie możliwe czarne scenariusze. Jak się okazuje, jestem kompletnie naga! Nie chcę chyba wiedzieć co się działo podczas gdy spałam, bo bym padła trupem. Dziwię się, że jeszcze tego nie zrobiłam.
- Jak się czujesz? - pyta damski głos. Niechętnie odwracam głowę i piorunuję ją wzrokiem. - Przepraszam, głupie pytanie. - macha ręką w górze i podaje mi tackę z jedzeniem - normalnym jedzeniem. Oby nie zatrutym. Przez chwilę wpatruję się w kobietę i mam dziwne ukucia i nie mówię tu o ranach. Ona przypomina mi mamę... Takie same zarysy twarzy, trochę ciemniejsza cera, duże i ciemne brązowe oczy - kolejny ideał, któremu nigdy nie dorównam.
Podciągam się do góry i chwytam talerz z jedzeniem. Niestety jestem bez sił, żeby cokolwiek zrobić, bo to, co trzymałam przed chwilą znajduje się właśnie na podłodze i kołdrze. Czuję wielkie zakłopotanie. Szybko chowam twarz w dłoniach bojąc się jej reakcji. Jestem już na wszystko przewrażliwiona i to nie wróży niczemu dobremu i fajnemu.
- Boisz się mnie? Nie masz czego, ja nie jestem taka jak on.
- To dlaczeggo się ggo słuchhasz?
- Dobrze mi płaci. - odpowiada wzruszając ramionami, a ja zbieram odwagę i siły, aby się zaśmiać.Wszystkim zależy na pieniądzach, nic nie robią bezinteresownie. Nawet Harry Styles porwał mnie i się mną po części bawił tylko dla pieniędzy. - Ale jeśli przychodzi co do czego, to pomogę. - kontynuuje.
- Pomóc? To pomóż mi stąd wyjść. - mówię już stanowczo.
- To niestety niemożliwe. - wtrąca się tyran większy niż Styles. - Możesz już iść, dość tej paplaniny.
- Już mnie nie ma. - mówi i wychodzi ze spuszczoną głową. To zabawne jak jeden człowiek może mieć władzę nad innymi.
- Jak się czujesz, księżniczko? - pyta siadając na brzegu łóżka. Od tej chwili słowo 'księżniczka' dla mnie nie istnieje, to obrzydliwe.
Gdy jego ręka wchodzi pod kołdrę, jak poparzona podskakuję w bok tym samym upadając na podłogę. Syczę z bólu, łzy cisną mi się do oczu, okropnie piecze.
- Oj głupiutka Diana. Chodź, mam dla ciebie niespodziankę. Sprawi ci przyjemność. - mocno chwyta mnie za łokieć i ciągnie w innym kierunku niż ostatnio. Co on ma na myśli mówiąc 'sprawi ci przyjemność'? Chyba nie mówi tu o TYM. On przecież nie może, nie nie nie! - Z tego co mi wiadomo, jesteś dziewicą, a co w związku z tym? Jesteś niedoświadczona w takich sprawach. - wchodzimy do jakiegoś mniejszego pomieszczenia i zapala światło, a moje serce przestaje bić. To jest sala tortur i nie tylko! - Masz 21 lat, prawda? Czy to nie jest odpowiedni wiek na znalezienie pracy, znalezieniu chłopaka, założenia rodziny, zbudowania domu? Oh, zaraz zaczekaj. Ty nie masz takiej możliwości! - śmieje się, dając teatralnie swoją rękę na brzuchu. - Gdy byłem w twoim wieku, miałem to wszystko, a teraźniejsza młodzież to co? Tylko internet im w głowie i jakieś selfie. A o stosunkach seksualnych dowiadują się albo przez internet albo od znajomych. Ja cię wszystkiego nauczę po kolei. - nic nie robię, pozwalam mu, aby związał mnie na krześle jak wcześniej. - Pięknie wyglądasz w tych bliznach i ranach i krwi. - Boże, on jest psychiczny! Ale o co mu chodzi? Skąd on to... O nie.. Nie, nie, nie! Jestem w samej bieliźnie! Nie! - Zanim przejdziemy do zabawy, opowiem ci, co do czego służy. Z biczem się zaprzyjaźniłaś ostatnio, więc was nie muszę przedstawiać.
*** Harry ***
- Czekaj, bo nic z tego nie rozumiem. - Will chwyta się za głowę, chwilę myśli i kontynuuje - Z tego co mi powiedziałeś, mam myśleć tak, że nie lubisz jej, a chcesz ją uratować, tak?
- Taa.. - odpowiadam beznamiętnie.
- To nie ma sensu! Skoro jej nie lubisz, po co masz ją ratować? Miej wyjebane, a będzie ci dane.
- Tylko to nie takie proste...
- Jak to nie? Styles, nie gadaj, że kapcaniejesz! Powiedziałeś mi, że szef kazał ci ją porwać, przetrzymać przez ileś tam dni czy tygodni, a potem miałeś ją oddać w jego ręce i w czym tu problem? Skoro sam ją wziął, to chyba lepiej, nie? Nie będziesz musiał się z nią użerać jeszcze trzy tygodnie. A i tak szybko o niej zapom...
- Właśnie, że nie! - wybucham nie mogąc słuchać jego zdań na ten temat - Właśnie, że o niej nie zapomnę! Ona.. Ja ... Znaczy ja ją znam... Od małego dziecka..
- Skąd ty to niby wiesz?
- Ugh.. - biorę jej fotografię i pokazuję Willowi - Spójrz. Co ona ma na szyi?
- Um... Skórę?
- Jesteś tak tępy, że nie wiem czy się śmiać czy płakać.
- Wiem. - obydwoje się śmiejemy, ale po chwili nabieramy poważne miny.
- Naszyjnik, MÓJ naszyjnik
- Twój miał wygięty czubek.
- Tak samo jak ten tu.
- Nie rozumiem, zawsze mówiłeś, że go zgubiłeś. Dlaczego?
- Bo nigdy nie przypuszczałem, że tą dziewczynkę z nad morza znajdę. Rozumiesz?
- Aaaa... Nie, nie rozumiem. - ja chyba zaraz popełnię samobójstwo...
- To jak? Pomożesz mi?
- Ty się jeszcze pytasz? No jasne, że tak! - jedno zdanie, a może wywołać u człowieka jakąś tam radość. - Ale jest jeden warunek.
- Jaki zaś warunek?
- Musisz przyznać, że..
- O nie, nie. Na pewno nie..
- Tak, tak, tak, bo inaczej się opóźnimy ze wszystkim. To jak będzie? Tylko pamiętaj, z uczuciami.
- Nienawidzę cię. - syczę przez zęby, a po chwili mój ton robi się cichszy - Lubię ją...
- Co? Bo nie słyszę?
- Lubię ją..
- Czekaj, muszę to nagrać. - z kieszeni wyjmuje telefon, włącza na nim dyktafon i mówi - Ty kogo co?
- Lubię ją.
- Kogo?
- Lubię Dianę! - warczę.
- O to mi chodziło, stary. - klepie mnie po plecach. Czasami mam ochotę się zabić za jego głupotę.
*** Diana ***
 - I jak? Podniecona większością tych zabawek? Któraś cię zainteresowała? - patrzę na niego z przerażeniem To jest totalny psychol! Niewyżyty seksoholik! Dręczyciel, wiecznie pragnący bliskości ze strony drugiej osoby i nie mówię tu o miłości tylko o sprawach łóżkowych. Nie zamierzam sobie wyobrażać co on robi z umarłymi kobietami, dziećmi, a być może i mężczyznami. Wolę, aby moim porywaczem był Harry bez dwóch zdań! On chyba nie ma takiego pokoju! Nigdy nic nie wiadomo.. Niech te głosy dadzą mi spokój, błagam...Bynajmniej raz...
- Chodź do mnie mała na kolana i baluj ze mną do samego rana! - zaczyna śpiewać. Podchodzi do mnie od tyłu i swoim kroczem ociera się o moje plecy. Znowu płaczę, nie wytrzymam tak dłużej. Niech zrobi ze mną co chce, nie będę się mu stawiać, bo i tak by zrobił to co chce, a po drugie też te moje próby obrony nic by nie dały. Muszę się pogodzić z faktem, że swoje życie skończę jak prostytutka, albo nawet i gorzej. Nigdy sobie tego nie wybaczę, mama i tata by tak nie chcieli. Gdyby któreś z nich żyło, ratowałoby mnie.
Ciszę, która tutaj panuje przerywają ciche stęki i jęki, mogę się domyślić nawet kogo. Chwyta mój podbródek i unosi całkiem do góry. Zachłannie usiłuje mnie całować. Usta ściskam w wąską linię i nie daję mu spełnić jego zachcianki.
- Tak się bawimy, co? No to zaraz twoje usta będą zmuszone pracować. Ale obawiam się, że włosy będą ci przeszkadzać. - chwyta je od tyłu i słyszę tylko jeden dźwięk ucinania ich. - Nie ma za co. Miałaś tak wspaniałe włosy, Diano.Ładnie ci we włosach do ramion. Zaraz wracam, Kitty. - Kitty. Mama tak do mnie mówiła. Skąd on to wie?
Rozglądam się po pokoju, jest nieprzyjemna cisza, w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach, że aż zbiera mi się na wymioty.
- Zabawimy się troszkę. - oznajmia wchodząc do pomieszczenia i zakładając lateksowe rękawiczki - Co wolisz najpierw? Pobawimy się w lekarzy? Oczywiście ja będę cię badał, każdy centymetr twojego ciała. - drugie zdanie wręcz szepcze mi do ucha i dalej mówi - Albo w grzesznicę, a kto nią będzie? - unosi brwi do góry. Patrzę na niego z litości, ale wiem, że i tak to nie zadziała - Odpowiadaj! - dostaję siarczyste uderzenie w policzek.
- J..jja.
- Za niedługo będziesz bardziej odważna, kwestia czasu. - moje włosy, które zapuszczałam 3 lata teraz są chowane do czarnego worka, by po chwili zostały wyrzucone przez okno. Ponownie wiąże jakąś szmatę na moje oczy i pomimo mojego sprzeciwu wkłada coś do ust, że nie mogę zamknąć buzi. To coś ma jakąś dziurę na środku, bo swobodnie mogę mogę wsadzić tam język. Jest to coś metalowego, ale po co mi to? Ciszę przerywa dźwięk odpinanego rozporka. O nie, czyli to coś, co mam w ustach służy do... Do robienia loda? Ewidentnie jesteś jak twoja matka. 
 - Za niedługo będziesz o to prosić.
*** Harry ***
- Jesteś pewny, że to tutaj? - pytam nerwowo przeczesując włosy nie wiem który już raz w ciągu godziny.
- Czy w takich sprawach kiedyś we mnie zwątpiłeś?
- No nie.
- Więc i teraz uwierz. To tak, ja pierwszy wchodzę i zagaduję tam ekspedientkę, później robię aferę, że coś się pali i..
- Pamiętaj o tym dymie. - przypominam mu, na co kontynuuje.
- Tak, tak. Pamiętam. Później wyjdę z budynku dając ci tym samym znak, że droga czysta. Masz tutaj mapę budynku. Twoja luba powinna być gdzieś po tej stronie. - wskazuje na zachodnią stronę budynku z wielkim bananem na twarzy.
- Jeśli cię ta luba interesuje to weź ją sobie, proszę bardzo.
- Ona jest twoja. - mówi i wychodzi wciąć nasz plan w rzeczywistość. Bezczynnie patrzę się przed siebie. Czemu ja to robię? Przecież ja jestem Harry Styles, nie ratuję ludzi tylko ich porywam, wykorzystuję i zabijam bez fatygowania się. No, może tak robię z kobietami, ale mężczyznom nie daję jakieś specjalnej taryfy ulgowej. Jeśli któryś bardzo mi podpadnie, nie ma zmiłuj się.
Kątem oka dostrzegam Willa. Daje mi znak, że mogę wejść. Wychodzę z auta, zamykam go na klucz i biegnę do środka. Razem kierujemy się na część zachodnią tego budynku. Rozdzielamy się. Ja biegnę w lewo, a Will w prawo. Jakby któryś z nas znalazł Dianę, ma dać temu drugiemu sygnał poprzez telefon. Biegam jak głupi patrząc do każdej celi, ale jej nie widzę.
I tak chyba z godzinę, albo i dwie sprawdzam każdy zakamarek tego instytutu. Ostatnie piętro, dziewiąte. Oby była gdzieś tutaj, bo już mam dość. Jestem cały zdyszany i spocony. Już dawno tak nie biegałem, ale chyba zacznę.
Czuję wibracje w kieszeni spodni. Patrzę na wyświetlacz telefonu i szybko odbieram, kiedy widzę imię swojego znajomego.
- Gdzie ona jest? - niemalże krzyczę.
- Szukaj metalowych drzwi numer dwadzieścia jeden na dziewiątym piętrze.
- Już biegnę. - rozłączam się i w pośpiechu biegnę. Gdy z nim przed chwilą rozmawiałem, słyszałem damskie krzyki, a męskie sapanie. Oby to nie było to o czym myślę. Odnajduję dane mi drzwi i Willa przed nimi.
- Są tam. Ona chyba robi mu.. No ten tego... Loda. - czuję jak wszystkie mięśnie jak i ciało się napina, a palce formuję w pięści i wchodzę do środka z wielkim hukiem. Musi najpierw do mnie dotrzeć co tu się dzieje. Szef wpychający swojego fiuta do ust Diany wbrew jej woli. Ma nawet specjalny do tego sprzęt. Pomieszczenie wskazuje na to, że to sala tak zwanych zabaw.
- O, proszę kto tu zawitał. Chcesz się dołączyć? Tak samo jak twój kolega? - zapina rozporek, a ja od razu rzucam się na niego z pięściami wyklinając na niego i mówiąc to, co tłumiłem w sobie przez trzy lata. Na chwilę poprzestaję swoich czynów, odwracam się na oszołomionego Willa.
- No weź ją stąd i uciekajcie, a nie patrz się! - jak na zawołanie, odwiązuje ją z tych wszystkich sznurów i opaski i wychodzą, Przez moment Diana patrzy na mnie ze strachem w oczach tak samo jak z innymi mieszanymi uczuciami. Niestety dostaję cios w nos i muszę oderwać od niej wzrok.Teraz całą swoją uwagę skupiam na nim.
*** Diana ***
Pan Bóg chyba mnie wysłuchał. W pierwszym momencie, gdy usłyszałam jego głos, sama nie wierzyłam w to, ale po chwili, gdy go zobaczyłam... Znalazłam nadzieję na lepsze jutro.
Na razie to biegnę za Willem do auta, a gdy znajdujemy się w środku, odpala pojazd i z piskiem opon odjeżdża tym samym uciekając przed goniącymi nas pracownikami. Ciszę w samochodzie przerywa mój cichy szloch. Jestem prawie naga, można powiedzieć, byłam molestowana, boję się co będzie dalej i boję się też o Harry'ego.
- Wszystko okej? Coś cię boli? - cieszę się, że z tyłu jest nieco ciemniej, nie widzi mojego ciała.
- Gdzie.. Gddzie jest Harrrry?
- Za niedługo powinien być, nie martw się. Nic mu się nie stanie. Wie co robi. - próbuje mnie pocieszać, ale na marne. Lekko trzęsę się z zimna, pomimo że w aucie jest pokojowa temperatura. Na dworze jest ciepło, a w aucie działa klimatyzacja. Okno jednak jest otwarte przez co dwie różnice temperatur mieszają się ze sobą.
- Gdzzie mmmy jesteśmmy?
- Na pewno blisko, aby Harry tutaj dotarł. Nieopodal szpitala, czyli w lesie. O, patrz! Już biegnie. - patrzę przez szybę i faktycznie, biegnie i jest cały we krwi. Wchodzi na przednie siedzenie i mówi, aby Will szybko stąd odjechał. Ponownie, z piskiem opon odjeżdżamy jeszcze głębiej w las.
- Nic ci nie jest? Boli cię coś? Jak się czujesz? Chcesz jeść? Pić? - zasypuje mnie milionami pytań i po prostu szczęka mi opada. Nie wiem co on ode mnie chce. Faktycznie, chciałam, żeby mnie uratował, ale.. Właśnie, ale co?
Zatrzymujemy się po kilkunastu minutach dość szybkiej jazdy. Styles gwałtownie wychodzi z auta i zaczyna wyklinać. Will próbuje go uspokoić.
- Kurwa, to przeze mnie!
- Stary, to nie twoja wina. Ważne, że go załatwiłeś, nie? Teraz jest bezpieczna.
- Właśnie, że nie. W pewnym momencie mnie obezwładnił, okładał pięściami i uciekł. Cienias.
- Teraz liczy się ona. - szturcha go w ramię, a Styles jak poparzony otwiera drzwi z mojej strony. Jego mina mówi sama za siebie, nie jest zadowolony z tego widoku. Siedzę skulona i patrzę fotel przede mną. Brzydzę się sobą. W ustach nadal mam ten paskudny smak. Czuję ich wzrok na sobie. Chowam twarz w kolanach i płaczę nawet nie zwracając uwagi na nich. Jestem bezsilna.
- Czemu jej nie dałeś jakiejś koszuli? - pyta zdenerwowany Styles.
- Myślałem, że coś ma sobie.
- Zorientuj się, gdzie jesteśmy. - mówi nieco łagodniej - Przesuń się. - nie czeka na moją reakcję tylko przesuwa mnie w lewo. Gdy dotyka moje ciało, podskakuję na myśl, że to mógł być jego szef. - Nie bój się mnie, nie zrobię ci krzywdy. - to zdanie wyprowadza mnie z równowagi i tracę nad sobą kontrolę.
- Nie zrobisz mi krzywdy? Powiedział to ten, co jeszcze parę dni temu krzyczał na mnie, bił mnie, bawił się moimi uczuciami będąc raz miłym, a raz złym i ty mi teraz mówisz, że nic mi nie zrobisz?! Żartujesz sobie, prawda? Co to? Jakaś ukryta kamera? Pewnie zaraz wyskoczy ten twój szef i wszyscy w trójkę weźmiecie mnie zgwałcicie, a potem zabijecie, a co! Kto wam zabroni? Ja? Ja nic nie mogę, stanowię najniższy poziom społeczny! - nie wiedząc co jeszcze mam powiedzieć, znowu zanoszę się donośnym płaczem.  Czuję jak próbuje mnie objąć, ale się wyrywam - Nie dotykaj mnie! Zostaw mnie! Po co mnie ratowałeś?! Żeby ponownie się nade mną znęcać?! Zostaw mnie zboczeńcu, pedofilu, kobieciarzu, morderco! - wyklinam na niego, a on nic sobie z tego nie robi, tylko nadal próbuje mnie uspokoić. Poddaję się, zamyka mnie w szczelnym uścisku, a kolejna fala łez wylewa się na jego białą koszulę.

. Nie wiem co ja właśnie robię, nie myślę racjonalnie.
- Już spokojnie. Nic ci nie grozi.
- Jak to nic mi nie grozi?! Ty mi grozisz! Jesteś mordercą! Gwałcicielem! A w piwnicy przechowujesz trupy, żeby później pociąć ich na kawałki! - próbuję go bić, ale ja jak to ja, nie wychodzi mi. Zaczyna się śmiać, a mnie ogarnia zażenowanie. To i tak nic nie da.
- Uspokój się, ciiii. - zaczyna nami kołysać - Ugh, masz. Ubierz to. - ściąga z siebie koszulę i podaje mi. Nie chcesz mieć przecież na sobie koszuli mordercy, prawda? Na tą myśl usta formuję w wąską linię. Nie chcę, ale też nie chcę siedzieć tu i marznąć, pomimo że na dworze jest upał.
- Mogę cię na chwilę prosić? - Styles delikatnie mnie odstawia i wychodzi z pojazdu. W międzyczasie zakładam jego koszulę i z drugiej strony po cichu wychodzę. Słyszę jak zawzięcie gestykulują, więc bez problemu mogę uciec w środek lasu. Biegnę ile mam sił w nogach, ile mi płuca pozwalają.
- Hej! Czekaj! Gdzie ty uciekasz? - słyszę nawoływanie za mną. Odwracam się na chwilę i widzę Stylesa biegnącego za mną. Ma idealny tors pokryty tatuażami. Tak mnie rozprasza, że nie patrzę gdzie biegnę i wpadam w kolczaste krzaki. Mogę przysiąc, że słychać mnie na cały las. - Czemu uciekłaś? Głupie pytanie, nie dziwię się tobie. Chodź, bo.. - gdy wydostaje mnie z krzaków, jego oczy od razu patrzą na moje ciało. Próbuję się zakryć, ale uniemożliwia mi to - Co on ci zrobił... Zdejmuj koszulę. - sam to robi i tego widoku chyba się nie spodziewał. Zakrywa usta ręką i szybko mnie ubiera.
- Zostaw mmnie.. - mamroczę.
- Nie, nie teraz. Musisz odpocząć. Wracamy do Holmes Chapel, gdy tylko odpoczniesz. Musisz nabrać sił. - bierze mnie na ręce i prowadzi do samochodu. Dziwię się, że potrafi unieść tak grubą osobę jak ja. Usadawia mnie obok siebie na tylnych siedzeniach. Daje znak Willowi, że może jechać. Delikatnie zapinam pas, ale niestety uciska mnie przez co wszystkie rany mnie pieczą. Ostatnie co czuję to niemiłosierny głód, a po chwili zasypiam.


No toooo, co myślicie? Wiem, zjebałam ten rozdział, ale ocenę pozostawiam wam.
Jak osądzacie zachowanie Harry'ego? Czemu on jest taki czuły i opiekuńczy wobec Diany? To chyba niemożliwe, żeby od tak zmienił swoje zachowanie przez wspomnienia, nie? Bo jeśli się mylę to mnie poprawiajcie. ;)
WAŻNE!!
Niepokoi mnie ilość komenatarzy pod ostatnim rozdziałem.. Dodaje ten post bo nie było nic dodawane przez miesiąc i mam nadzieje, że to ostatni raz..
10 komentarzy = next! ( tym razem bez taryfy ulgowej ) 
P.S. Ktoś tu jeszcze jest?
Nie wiem dlaczego pokazuje mi złą datę jak jest 12 sierpień ;/

sobota, 11 lipca 2015

Rozdział 20

Parkuję przed domem i szybko wychodzę rozglądając się dookoła. Chyba nikogo nie ms, ale trzeba pamiętać, że on jest wszędzie i wszystko wie, wszystko widzi i słyszy.
- Pospiesz się. - syczę do niej jak najciszej potrafię.
- Jak się denerwujesz to wyglądasz seksownie.. - oblizuje wargę, a moje oczy są jak pięciozłotówki. Jednak się otrząsam i ciągnę ją za sobą pod drzwi. - Nie widzisz, że są otwarte? - oznajmia, gdy widzi jak usiłuję przekręcić klucz w zamku.
Ale jak to otwarte? Przecież je zamykałem, zawsze zamykam dom. To chyba niemożliwe, żeby...
- O kurwa... - wparowuję do domu o mało co nie potykając się o własne nogi. Po mnie wbiega Diana uwieszając się na mojej szyi.
- No, no, no. Witaj, chłopcze. Miło cię widzieć, wiesz?
- Jesteś jego ojcem? - pyta się brunetka i wskazuje na mnie. Wybaczam jej, bo jest pod wpływem narkotyków.
- Nie. Jestem jego  bardzo dobrym przyjacielem, który bierze cię na wycieczkę.
- A on też idzie?
- Nie. - odpowiada krótko patrząc ze złością w moje oczy. Bierze Dianę za nadgarstek i zmierza ku drzwiom. Odwraca się na chwilę w moją stronę - In your home. - mówi i trzaska drzwiami. Przekręcam zamek i osuwam się na podłogę. Iyh to znaczy in your home.. Kurwa! Już kiedyś mnie tego skrótu uczył..
Uderzam pięścią o podłogę.
Po chwili ciszy słyszę pukanie do drzwi. Niechętnie się podnoszę i otwieram drzwi. Przede mną stoi jakaś kobieta po 40. Patrzy na mnie zszokowana.
- Harry... Harry Styles?
- Nie, nie ma takiego. Do widzenia. - chcę zamknąć drzwi przed jej nosem, ale szybko daje nogę między framugą, a drzwiami.
- Nie wierzę ci.. Spójrz na mnie i zobacz kogo widzisz.
- Nie muszę nawet spoglądać, żeby dostrzec dziwoląga. - tym razem udaje mi się zamknąć drzwi. Za dużo jak na jeden dzień, za dużo..
Zmierzam w stronę salonu, ale krzyki tej kobiety mi nie pozwalają...
- Jestem twoją matką! - .... a zwłaszcza to zdanie.
Otwieram drzwi i ze złością patrzę na nią.
- Nie mam matki, ani taty ani nikogo innego. Nie mam rodziny, więc spierdalaj stąd zanim ci coś zrobię. - syczę przez zęby. Kobieta szybko reaguje i odchodzi, a raczej ucieka biegiem. I to rozumiem. Zamykam, a raczej trzaskam drzwiami i idę do salonu. Z barku wyjmuję mocny alkohol i siadam na kanapę. Alkohol nie zdziała na twoje smutki...
*** Diana ***
Budzę się, a moja głowa pulsuje. Gdzieś jadę, ale nie jestem na siedzeniach. Leżę. Ręce i nogi mam związane, a na oczy mam założoną jakąś opaskę. Czy ja jestem w bagażniku? To jest jakiś psychopata! Przecież tutaj jest gorąco, ledwo co oddycham.
Nagle auto staje. Słyszę trzask drzwi, a po chwili ktoś otwiera bagażnik. Pierwsze co to biorę głęboki wdech i wydech, następnie mrużę oczy pod wpływem jasnego słońca, gdy ściąga mi opaskę z oczu. Mój wzrok dostosowuje się do jasności i mogę dostrzec, że Styles to nie on. Jakiś siwy mężczyzna odwiązuje mnie i szarpie mną z tego auta.
- Już Harry'ego nie zobaczysz, tak mi przykro. - mówi sarkastycznie i ciągnie mną do jakiegoś białego budynku. W środku jest bardzo ładnie. Białe ściany, beżowe meble i brązowe panele.
- Czy pokój 377 jest gotowy? - pyta jakąś recepcjonistkę.
- Tak, proszę pana. Wszystko o co pan prosił tam jest.
- Wyśmienicie. - klaszcze w dłonie i je przeciera. Jego takowy dobry humor nie trwa długo. Gdy spogląda na mnie, mogę zobaczyć w jego oczach nic innego jak nienawiść jeszcze gorszą niż tą, co widziałam u Harry'ego. - Masz być grzeczna, a nie będziesz karana, zrozumiano? - ciągnie mnie za włosy, gdy nie uzyskuje odpowiedzi - Zrozumiano? - pyta ostrzej, a ja kiwam głową czując jak zbierają mi się łzy.
Idziemy do windy. Widzę jak zaznacza piętro 9, a po chwili winda rusza na górę.
- Mam nadzieję, że pokój ci się spodoba. Mogę powiedzieć, że będziesz miała vipowski apartament. Nie wiem czy Styles ci coś mówił, ale wiesz gdzie teraz jesteś?
- W psychiat..Psychiatryku?
- Mądra dziewczynka. - mówi z zachwytem, a mi chce się płakać. Nie przypuszczałam, że ten dzień nadejdzie tak szybko. Styles mnie okłamał... Nie za 3 tygodnie, lecz teraz... A co ty myślałaś? Że powie ci prawdę? To jest bezlitosny morderca. Nie, nie myślałam tak...
Gdy winda się zatrzymuje, puszcza mnie pierwszą. Jaki dżentelmen..
- Tędy. - oznajmia i zaś mną ciągnie. Idziemy na sam koniec i otwiera duże drzwi. - Oh nie, nie, nie. To nie twój pokój, tylko mój. Muszę wziąć klucze do twojego apartamentu i możemy iść. -  patrzę za siebie, na korytarzu dominują takie same kolory co w holu.
Po kilku sekundach zostaję wypchnięta z pokoju i ciągnie mną na drugą stronę budynku. Otwiera duże metalowe drzwi i od razu czuję nieprzyjemny zapach. Jakby ktoś tam zdechł.
Mijam różne cele, niektóre puste, a w niektórych są obłąkani ludzie. Ta strona różni się całkowicie niż tamta pierwsza. Ale na co ja liczę? Że będę traktowana jak księżniczka?
- Oto twoje królestwo. - mówi otwierając celę. Zerkam do środka i nie ma tam nic oprócz łóżka i bardzo dużej drewnianej szafy. Słyszę zamykanie krat. Odwracam się i dochodzi do mnie fakt, że on mnie zamknął. Zamknął mnie w celi, w której śmierdzi stęchlizną. Nie chcę wiedzieć ani wyobrażać sobie, kto lub co było przede mną.
- Dlaczego.. - szepczę.
- Nie wiem dlaczego, ale jedyne co wiem na teraz to to, że masz być gotowa za 15 minut. W szafie masz sukienki i buty na obcasie. - mówi i odchodzi. Powoli otwieram szafę, a tam stos poukładanych sukienek, a na dole z pięć par obcasów. On chce ze mną zrobić dokładnie to samo, co Harry z moją mamą...
Upadam na kolana, twarz chowam w dłoniach i płaczę. Płaczę jak nigdy dotąd.Nie chcę tak skończyć, nie chcę, aby mój pierwszy raz tak wyglądał. Sama się do tego przyczyniłaś. Wcale, że nie! To nie moja wina! Ja nie jestem niczemu winna...
Mogę przysiąc, że słychać mnie w całym budynku.
- A ty nadal nie gotowa? No już! - wchodzi do celi, podnosi mnie i zaczyna rozbierać do bielizny. Szarpię się, ale to nic nie daje. Jedyne co mi zostało, to płakać i błagać o litość. Ubiera na mnie jakąś czarną obcisłą sukienkę, do tego czarne szpilki i wypycha z celi. Nie minęło nawet 10 minut i ma pretensje. W sumie, i tak bym tego nie zrobiła.
Idziemy w kierunku wind, wchodzimy do środka, a raczej to on wchodzi, bo mnie wpycha jak jakąś nic nie wartą rzecz. Staję tyłem przed nim i mogę przysiąc, że patrzy się na mój tyłek.  
- Twój koszmar zaraz się zacznie. Mam nadzieję, że ten dupek Styles przygotował cię psychicznie. Ale... Nawet jeśli tego nie zrobił, zapłaci mi czyjąś śmiercią. - szepcze mi do ucha, a ja mam ochotę jeszcze raz płakać.
 Po chwili winda zatrzymuje się w jeszcze gorszym miejscu. Wszędzie śmierdzi tu stęchlizną, na ściany są popękane, całe z grzybu. Gdzie ja trafiłam?
Włosy stają mi dęba, gdy dochodzą do mnie jakieś krzyki, płacz i dźwięki biczowania? Co oni tutaj robią?
- Nie martw się, twoje tortury będą gorsze. - czasami żałuję, że nie skończyłam ze sobą wcześniej. Teraz tylko się męczę, ale niee.. Diana chciała zobaczyć co ją spotka i nie zrobiła tego raz, a pożądnie tylko wymiękła!
Na końcu korytarza są metalowe drzwi na kłódkę. Kątem oka patrzę na porywacza, jego szyderczy uśmiech nie znika wcale. Masz powody do strachu. Pierwszy raz chyba zgodzę się z samą sobą. Strach? Mało powiedziane. Wolę, żeby Harry był moim porywaczem.
- Odwróć się. - odwracam głowę w jego stronę i od razu dostaję coś do twarzy. Później obraz się zamazuje.
***
Powoli otwieram oczy, co się stało? Próbuję wstać, ale dociera do mnie to, że jestem przywiązana do krzesła. W całym pomieszczeniu jest ciemno i mokro. Co jakiś czas kropelki wody kapią mi na głowę. Mam nadzieję, że to jest woda.
- Już się księżniczka obudziła? - unoszę głowę do góry i widzę tego całego szefa. Ręce ma schowane za plecami, pewnie coś trzyma - Mam dla ciebie kilka niespodzianek, ale najpierw należą ci się jakieś wytłumaczenia dlaczego tu jesteś, prawda? - zza pleców wyciąga srebrne klucze - Otóż... Na dzień dzisiejszy mogę ci powiedzieć tylko to, że zniszczę cię tak jak ty zniszczyłaś moją rodzinę.
- O.. O czym ty mówwi..
- Masz się do mnie zwracać na panie! - dostaję mocno w policzek.
- Nie niszczyłam niczyjjej jj rodzinny. ..
- Mylisz się.. I to bardzo. Wielu rzeczy jesteś nie świadoma, ale nie martw się. Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie. A teraz czas, aby się zabawić. - mówi. Zapala światło i mogę dostrzec ten sam chytry uśmiech, jest podniecony. Przełykam ślinę, źle mi się robi na samą myśl, do czego może zaraz dojść. Kluczami otwiera inną szafę, a z niej wyjmuje duże pudło. Przez chwilę czegoś szuka w środka. Gdy znajduje tą rzecz, ręce daje za plecy i idzie w moim kierunku. Staje za mną. Nagle zakrywa mi oczy jakąś chustą, przez co nic nie widzę. Próbuję wyrywać się, ale to nic nie daje. Stukot jego butów słychać po całym pomieszczeniu. Nie wiem gdzie się teraz znajduje, co robi. Jedyne co mi zostaje to modlenie się.
- Mam nadzieję, że lubisz ostrą zabawę. - to jedno zdanie sprawia, że zaczynam panikować. Łzy moczą chustę, wiercę się na krześle, krzyczę ile mam sił w płucach, ale to i tak nie daje rezultatów. - Zamknij się wreszcie! - drugi raz dostaję w policzek, tym razem w lewy. To sprawia, że siedzę cicho. Od czasu do czasu wydaję z siebie cichy szloch. - A teraz powiedz, czy Styles cię dotykał w jakikolwiek sposób?
- Nnie..
- Nie, co?
- Nnniee dot-ttykał mmnie.
- Nie kłam! - warczy i dostaję porządnie w żebra z bicza. Piekielnie mnie to boli, gdzie jest Harry kiedy go potrzebuję? Sama nie wierzę, że o tym pomyślałam, ale ...- Powiedz prawdę!
- M.. Mówię prawwdę.. - kolejny raz dostaję, tym razem w brzuch. Nie wytrzymuję i z moich ust wypluwam krew. Jeśli chce mnie zabić to proszę bardzo! Nie musi się nade mną litować, niech zrobi to od razu.
- Ostatni raz się pytam.. Dotykał cię? - myślę chwilę nad wypowiedzi i przypomina mi się jeden moment. Uderzył mnie. A to też jakaś forma dotykania.
- Bił. - odpowiadam krótko.
- Bił, powiadasz? I ty mu się dałaś, mała suko! - obrywam mocno w plecy. Kolejny głośny szloch, kolejne mocne uderzenie.. Będą blizny gorsze od moich.. Z każdym biczowanym miejscem, czuję się słabsza. Upokarza mnie przed samą sobą i wstydzę się tego. Cholernie się wstydzę.
- Ja.. Ja pr.. - kaszlę krwią i nie potrafię się wysłowić.
- Ty, co?
- Prób.. Próbowwałł... Próbowałłamm ssię bbronić..
- Jakoś ci to nie wyszło, bo widzę siniaki. - już nie mówi, nie krzyczy tylko warczy, a do jednego bicza dodaje drugi i z podwójna siłą mnie biczuje. Krzyczę o pomoc najgłośniej jak mogę, płaczę.
Ostatni raz uderza w lewo biodro przez co upadam na podłogę wraz z krzesłem. Przed moimi oczami przemija całe moje życie. Wszystkie wzloty i upadki, dobre jak i te złe rzeczy, błędy życiowe i ktoś jeszcze.. Jakiś chłopak, a obok niego dziewczynka. To oni są w moich snach, ale ta dziewczynka. Ona to ja, ona jest mną. Ja jestem nią, a kim jest ten chłopczyk? Czuję, że tracę siły i zamykam oczy, czy na zawsze?
*** Harry ***
Mogę powiedzieć, że jestem zalany w trzy dupy. Tego mi brakowało - wolności, zero płaczu, stęków, jęków, krzyków - tylko ja i nit więcej. Ja, sam, w dużym domu. Cisza, spokój, nie muszę się martwić czy coś się psuje czy nie, czy ktoś chodzi na górze czy też nie, nic kompletnie nic mnie w tej chwili nie rusza i nie ruszy.
Włączam wieżę i od razu po całym pokoju, a nawet i domu roznosi się Metallica.

Mariah Carey - Without You 

Cała przyjemność pryska, gdy zamiast ciężkiej muzyki, zaczyna lecieć jakaś powolna. Nie wiem dlaczego, ale rozkładam się wygodnie na kanapie, zamykam oczy i rozmyślam. Znam tą piosenkę. To była ulubiona piosenka mojej mamy... Pamiętam jak mówiła, że tą piosenkę zadedykował jej Des, czyli mój ojciec. Próbował ją znowu zdobyć, bo popełnił błąd w ich związku. Przez 2 miesiące stał przed jej drzwiami i prosił ją o drugą szansę. Ich miłość na początku nie była za dobra. Mama była cichą, szarą myszką. Nie była za bardzo lubiana w szkole, natomiast tata na odwrót. Flirtował na okrągło, lecz pewnego dnia przez przypadek wpadł na nią na szkolnym dziedzińcu i od tamtej pory obiecywał sobie, że będzie jego. Anne - bo tak nazywa się moja matka - nie mogła uwierzyć, że ktoś taki jak Des, zwrócił na nią uwagę. Przy tej piosence też tańczyli na studniówce. Zostali parą balu, a także oficjalną parą.
Jak byłem mały, rodzice siadali na tarasie za domem i puszczali różne piosenki. Mama co chwila chciała tą. Gdy zapytałem się dlaczego ta piosenka jest tak bardzo dla niej wyjątkowa, opowiedziała mi wszystko. Cieszyłem się jej szczęściem i od tamtego momentu, także ta piosenka zaczynała być dla mnie jakaś ważna.
Tata za młodu też nie był święty jak ja, też popełniał błędy, ale to dzięki mamie się zmienił. Ożenił się z nią, założył rodzinę. Wszystko było wspaniale, do czasu, w którym odszedł od nas. Wtedy wszystko się zmieniło. Anne popadła w nałóg alkoholowy, moja starsza siostra - Gemma - była tak samo zszokowana jak ja, ale ona więcej rozumiała, ja miałem wtedy 7 lat.
Zanim się rozeszli, planowany był wyjazd nad morze. Umówili się tam ze swoimi przyjaciółmi poznanymi jeszcze wcześniej nad morzem. Za dużo  z takich wyjazdów nie pamiętam. Wiem, że na jednym z takich wycieczek, zgubiłem swój naszyjnik w zawieszką w kształcie papierowego samolotu.
Nie wiem kiedy pojedyncza łza spływa po moim policzku. Tego już za wiele! Wycieram słoną łzę, ale po chwili znowu to się dzieje. Łzy samowolnie spływają po mojej twarzy. A przed oczami jako obraz mam Dianę ale co ona ma do tego wszystkiego? Widzę ją płaczącą, tnąca się, cierpiącą, a najbardziej teraz, gdy jest w rękach mojego szefa.
Wstaję i podchodzę do komody pod telewizorem. Z jednej z szafek wyjmuje jej zdjęcie, które zostało zrobione tuż przed jej uprowadzeniem przeze mnie. Wracam z powrotem na miejsce i dokładnie patrzę na fotografię. Na jej twarzy widnieje sztuczny uśmiech. Gdy miałem okazję się jej przyglądać, nigdy nie była szczerze uśmiechnięta bądź szczęśliwa. Długie brązowe włosy są rozpuszczone. Gdybym jej nie znał, pomyślałbym, że to jest zdjęcie z młodości mojej mamy. Jest tu do niej bardzo podobna, albo alkohol tak na mnie działa. Leciutki naszyjnik na jej szyi, jakiś sweter z długimi... Chwila, co? Naszyjnik... Taki sam naszyjnik jaki miałem ja. Tylko mój miał wyszczerbiony czubek jak na tym zdjęciu. To chyba niemożliwe, żeby.. Nie, to wszystko przez alkohol. Nie jesteś aż tak pijany, aby nie być świadom swoich uczuć. Jakich uczuć? Do niej? na jest nikim w porównaniu do mnie.
- Mylisz się, skarbie.
- Kto to powiedział?
- To tylko ja.. - odwracam głowę w prawo i widzę ją, moją rodzicielkę. Próbuję jej dotknąć, ale się nie da. Ona jest duchem? - Nie, nie jestem duchem. Jestem tylko twoja podświadomością.
- Jak.. Jak to?
- Chcę ci tylko udowodnić, że warto walczyć o to, na czym ci zależy. Walcz o nią. Walcz o Dianę.
- Ona jest dla mnie nikim.
- Nie wierzę ci. Jako twoja podświadomość  wiem, co mówię. Przecież wiesz, że z twoimi rodzicami było prawie tak samo. Teraz czas na powtórkę, ale w wykonaniu was.. Przemyśl to. Posłuchaj w końcu głosu własnego serca. - mówi i rozpływa się. Za dużo alkoholu, za dużo. Co mnie obchodzi jakaś dziewczyna? Nigdy nie miałem dziewczyny i się z tym cieszę, nigdy nie kochałem żadnej obcej dziewczyny.
Tylko, że ja tą dziewczynę znam od małego. Ona ma mój naszyjnik, to ona? Pierwsza myśl 'muszę dokładnie sprawdzić jej notatki'. Nie potykając się o własne nogi, idę do pokoju w którym była przez jakiś czas. Bez problemu znajduję jej laptopa, leży na  łóżku. Włączam go i po 3 minutach przeszukuję notatki. Każda jest podpisana, co ułatwia mi robotę.
Dziwne sny
Od jakiegoś czasu (czyli od dawna) mam dziwne sny.
Śni mi się dziewczynka, która poznaje jakiegoś chłopczyka. Ich matki zaprzyjaźniają się od razu.
Nie wiem dlaczego to mi się śni. Nigdy nie mogę zobaczyć ich twarzy. 
Może kiedyś znajdę odpowiedź na ten temat. 
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ta dziewczynka tak samo jak ja, ma łańcuszek. Zawieszką jest papierowy samolocik z lekko wyszczerbionym czubkiem. Dziwne, nie?
Inna sytuacja - kiedyś śniło mi się, że ta dziewczynka znowu spotyka tego chłopczyka w Holmes Chapel. Czemu akurat tu?
Miejsce było mi znane, więc tam poszłam. A następnie do jakiegoś domu, ale zastałam tam tylko dojrzałą kobietę po 40-stce. Czuć było od niej alkohol. Widać, kobieta nie panuje nad tym. 
Dalej nie czytam, tyle mi starczy. Zbiegam na dół, biorę telefon, wybieram numer i dzwonię.
- Will, musisz mi pomóc. - zamierzam ją wyciągnąć z tego piekła. 

No, I can't forget tomorrow,
When I think of all my sorrow,
When I had you there,
But then I let you go.
And now it's only fair that I should let you know,
What you should know.
I can't live,
If living is without you.


Najpierw WAŻNA wiadomość!
Od 1 do 15 sierpnia mnie nie będzie, gdyż wyjeżdżam za granicę, ale nie bójcie się - do końca lipca napiszę jeszcze jeden rozdział albo może dwa (?). To zależy od was, czy będziecie chcieli czy nie. Gdybym miała jakiś dostęp wifi za granicą, mogłabym spokojnie być tutaj, ale problem jest taki, że tam nie będzie żadnego internetu i o to mam ból. ;_;
Przypomnę wam jeszcze o tym. x
A teraz rzeczy co do rozdziału. Co sądzicie o tym rozdziale? Bo ja szczerze powiem, że jestem bardzo zadowolona z końca, z perspektywy Harry'ego. Myślałam, że zacznę ryczeć XD
A jak na was zadziałała ta historia? Czekam na wasze motywujące komentarze :)
10 komentarzy = next

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 19

Budzę się z nieprzyjemnym bólem głowy. O Boże, co się wczoraj działo? To chyba niemożliwe, że aż tak dałam się ponieść, nie? Pamiętam tylko jedną lampkę wina, a co było dalej? Chyba nic głupiego nie zrobiłam.
Czuję czyjeś ręce na swoich biodrach i obawiam się najgorszego. Powoli odwracam się na drugą stronę i to, a raczej kogo widzę, zwala mnie z nóg. Jak poparzona wstaję przy okazji budząc Stylesa i sprawiając, że ból w mojej głowie wzrasta.
- Coo jest... Która godzina? Daj człowiekowi pospać jeszcze... - mamrocze. To chyba nie może być prawda, że ja i on.. No ten teges... Pomimo iż mam na sobie bieliznę to czuję się dziwnie, że mógł mnie upić, zgwałcić, później założyć bieliznę i jak gdyby nigdy nic pójść spać. To i tak nie usprawiedliwia faktu, bo i tak mnie rozbierał. Ciuchy same chyba ze mnie nie zeszły.
Robię głęboki wdech i wydech, zakładam wczorajsze ciuchy i jak najciszej schodzę na dół do kuchni. Włączam wodę na kawę, siadam na krześle, łokciami opieram się o blat, zamykam oczy i masuję skronie. Mój pierwszy w życiu kac, szkoda, że nic nie pamiętam, chociaż to nic w porównaniu w jakich warunkach byłam zmuszona wstać. Serio, wolę aby ktoś mnie zgwałcił niż obudzić się w jednym łóżku z nim. Może nic nie zaszło, bo mnie żadne miejsce nie boli? Chociaż nie wiem czy mogę być na 100% pewna.
Gdy czajnik oznajmia, że woda jest wystarczająco gorąca, nalewam do kubka wrzątek, a po chwili mieszam jego zawartość. Chwytam kubek za ucho i zmierzam w stronę wyspy. Słyszę chrząknięcie, a pod wpływem lekkiego strachu kubek wraz z zawartością upada na podłogę roztrzaskując się.
- Patrz co robisz! Nie widzisz?
- Ja.. jja..
- Tak ty! Człowiek ma kaca i jeszcze to! Nie można mieć normalnego poranka? - żeby uniknąć nieprzyjemnych zdarzeń, zaczynam zbierać pozostałości z naczynia. - Zostaw to, bo się skaleczysz. - chyba aż tak niezdarna to ja nie jestem. Nie wiem czy mam go posłuchać czy nie, dlatego też kontynuuję. Kątem oka dostrzegam jak kuca naprzeciwko mnie. Chwila nieuwagi i czuję jak coś ostrego wbija mi się w palec. - Mówiłem? Jak zwykle nie chcesz mnie słuchać. - brzmi to jak z jakiegoś tandetnego romansidła - Zostaw to, posprzątam. Chodź, opatrzę ci to.
- Nnie potrzebuję.
- Może wdać się jakaś skaza i co wtedy?
- Umrę. - wzruszam ramionami. Ile razy mam mówić, że nie chcę żyć? Nie mam po co! Już dawno straciłam sens życia.
- Właśnie, że nie możesz umrzeć. Muszę cię dostarczyć żywą i zdrową. A teraz chodź. - prowadzi mnie do łazienki na dole. Gestem ręki pokazuje mi, abym usiadła na sedesie. Robię to, bo nie chcę mu się sprzeciwiać. W czasie, gdy on szuka apteczki jak mniemam, rozglądam się po pomieszczeniu, a po chwili mój wzrok wbija się w jego ciało. Chcę patrzeć gdzie indziej, ale nie potrafię. Ugh, co się ze mną dzieje?
- Daj rękę. - jego głos wybija mnie z zamyśleń. O co on się pytał? Niestety nie dosłyszałam. Od czasu do czasu spoglądam na niego. Widząc moje zakłopotanie, bierze moją rękę. Czyli o to mu chodziło? Głupia, głupia, pjebana! Panuje dziwna cisza jak i atmosfera dla mnie, nie wiem jak z nim.
- Um.. Mogę się o cośś spytać? - jęcząca się Diana znowu powraca..
- Hm? - mruczy nie przerywając swojej roboty. Syczę, kiedy rana zostaje oblana wodą utlenioną. Ból to mój przyjaciel, więc nie mam się czego obawiać.
- Czy my.. wczorraj, no .. ten. te.. te-ten... my?  Bo my.. winno i tak myśla..myślałam, że..
- Nie! - wybucha śmiechem, a mi spada kamień z serca. - Nie mogę, bo by mnie szef zabił. Ale jak będziesz niegrzeczna.. - penetruje mnie całą -... może zmienię zdanie. - chowa szybko apteczkę i wychodzi bez słowa. Nie wiem czy mam płakać czy płakać czy co. Zamykam po cichu łazienkę i idę do swojego tymczasowego pokoju. Dosłownie opadam na to baardzo wygodne łóżko i łapię się za głowę, która ani na chwilę nie przestaje pulsować. Fajnie by było jakbym poszła spać, ale mi się nie chce. O dziwo pierwszy raz czuję się wyspana, albo nie aż tak zmęczona. Rozkładam się całym swoim ciałem na łóżku, zamykam oczy i leżę. Cisza, idealna cisza, której już dawni nie było. Iiiii nie będzie, bo do pokoju wchodzi on.
- Przyniosłem ci zimny żel i tabletkę na ból głowy. - wstaje do pozycji siedzącej. Kładzie na szafce nocnej rzeczy, które przyniósł i siada na brzegu łóżka. - Pierwszy kac, prawda? To był pierwszy i ostatni raz, kiedy mogłaś pić jakikolwiek alkohol, bo jak jesteś pijana to jesteś straszną gadułą. - śmieje się cicho. Czy ja o czymś nie wiem?
- A co ja wczorajj takiego mówił-łam, robiłłłam?
- Mówiłaś jaki to ja przystojny, seksowny. A jak skończyło się wino, sama poszłaś do kuchni w poszukiwaniu czegoś innego do picia. Pomimo moich sprzeciwów, roniłaś swoje. Dużo gadałaś, śmiałaś się. Nawet tańczyłaś jak leciała jakaś piosenka, którą tak wielce wielbisz. - nie.. On kłamie! Ale po co ma kłamać?
Chowam twarz w dłoniach czując jak moje policzki robią się czerwone. Że niby ja powiedziałam, że on jest przystojny? Nigdy więcej alkoholu! NIGDY.
- Nie masz się czego wstydzić. Bynajmniej wiem na czym stoję. - co to ma znaczyć? Do czego on zmierza? Mam się bać jeszcze bardziej? - No nic, ja cię tu na razie zostawiam. Później przyjdę sprawdzić czy przeszedł ci ból. - mówi i wychodzi delikatnie zamykając drzwi.
Biorę tabletkę do ust i popijam zimną wodą i przykładam do czoła zimny żel. Biorę jakąś przepaskę i obwiązuję tak, aby żel nie spadł. Sięgam po laptopa i włączam notatnik.
To znowu ja.
Dziwnie się czuję jak tak piszę. 
Jak jakiś psychopata. 
Jest jeszcze gorzej niż wczoraj, piłam. Rozumiesz to? Piłam, a co najlepsze - nic nie pamiętam. Kompletnie nic. 
Jest tylko kilka rzeczy, które usłyszałam od Niego. Nie wiem czy je zmyślił czy co, ale:
- mówiłam do Niego, że jest przystojny i seksowny
- cały czas mówiłam jak najęta
Nie wiem co o tym sądzisz. 
Jeszcze ta dzisiejsza pobudka.. Kac mnie dobija, wzięłam tabletkę, którą On mi przyniósł i zimny żel. 
Jedyne czego żałuję to to, że nie wiem jaki on wczoraj dla mnie był. Może mnie bił? Chociaż nie może, a po drugie widziałabym siniaki i wszystko by mnie bolało.
Czasami moje myśli mnie przerażają. 
Raz mówię albo myślę o Nim źle, bądź dobrze. 
Nie wiem co się ze mną dzieje, może to przez ten kac?
Zakrywam twarz w dłoniach, czuję jak łzy spokojnie płyną po moich policzkach. Nie chcę tego, nie..
Ale nie wiem czemu, chcę tu zostać. 
Całe życie, w tym domu. Z tą Jego dobrą stroną, nie złą. Tej drugiej się boję. 
Pomóż mi, proszę...
- Jestem taka słaba.. - szepczę. Biorę pierwszą lepszą poduszkę i rzucam przed siebie. Nie wiem co się ze mną dzieje, chyba za długo byłam spokojna. Za długo tłumiłam te emocje w sobie. Zamykam oczy i powoli oddycham. Kąpiel. To mi pomoże.
Pomału wstaję przytrzymując żel i zmierzam w stronę łazienki. Zamykam się na dwa zamki dla poczucia bezpieczeństwa. Rozbieram się do bielizny i odwracam się w stronę dużego lustra. To, co tu widzę to nic. Wrak samej siebie. Blada twarz, wystające kości, blada skóra, posiniaczone niektóre miejsca, blizny. Wszędzie blizny, które zostaną ze mną do końca. Kiedy ja się tak zapuściłam? Na sam mój widok, łzy po raz drugi cisną mi się do oczu. Dlaczego Bóg mnie tak nienawidzi? Podoba mi się tylko mój łańcuszek sięgający nad biust. Nigdy się z nim nie rozstaję, jest dla mnie ważny.
*** Harry ***
- I jak się miewa moja nowa zdobycz? 
- Bardzo dobrze, szefie. Za te 3 tygodnie będzie cała u szefa. - odpowiadam z kłamstwem. Ona nie czuję dobrze, zapewne teraz siedzi w swoim pokoju i płacze jak to ma w zwyczaju. 
- Cieszę się, że spełniasz moje warunki. Rób tak dalej, a może cię wynagrodzę. 
- Zawsze do usług. - uśmiecham się szyderczo do słuchawki chociaż wiem, że tego nie widzi. Gdyby tylko wiedział co ja mam w planach...
- Jeszcze do ciebie zadzwonię, miej telefon przy sobie. Pamiętaj, masz z nią niczego nie robić, nawet nie możesz jej dotknąć. Wiesz, że się dowiem tak czy siak. - rozłącza się, a ja swobodnie mogę opaść na kanapę. Coraz to bardziej mnie wnerwia. Kim on jest, żeby tak mną pomiatać? No dobra, jest moim szefem, kiedyś nawet byłem z nim w bardzo bliskich relacjach, jak ojciec z synem. Ale zmieniło się to, kiedy pierwszy raz zabiłem człowieka. Był to jego dłużnik, który z dnia na dzień zwlekał się z kasą za narkotyki. Oczywiście wahałem się, miałem zaledwie 17 lat. Bałem się, że coś nie wypali i mnie złapią. Jednak, gdy wszystko poszło zgodnie z planem, wszelki strach poszedł w niepamięć. Od tamtego dnia zabijam aż do teraz. Też od tamtego dnia, szef pochwalił mnie i był ze mnie dumny. Powiedział, że jestem na tyle dorosły, aby mógł dać mi kilku swoich ludzi i działać na swoją rękę, ale pod jednym warunkiem. Muszę wykonywać każde jego zlecenie, a będzie wszystko dobrze i po jego śmierci dostanę to wszystko. Ale on nie rozumie, że wychował coś więcej niż tylko człowieka. Ja chcę tej władzy teraz, nie później. Swoim ludziom nie mogę rozkazać zabicie go, bo by tego nie zrobili. Musiałbym uciekać i się chować przed nim, jeśli by się dowiedział. 
Najdziwniejsze i chyba najśmieszniejsze jest to, że nikt nie wie jak on się nazywa. Wiadomo tylko, że podaje się za kogoś kim tak naprawdę nie jest i żyje normalnie wśród ludzi. Nie wiem też jak wygląda. Zawsze jak gdzieś wychodzi, ma na twarzy specjalna maskę, że nawet nie wiesz, że ją ma. Ma rodzinę, która nie wie, że ma podwójne życie. Dlatego też jestem ostrożny, gdy gdzieś wychodzę. On może być wszędzie.
Dopijam kawę i wstaję przy okazji rozciągając się. Trzeba w końcu iść na siłownię. A to 'w końcu' będzie teraz, tylko co mam zrobić z tamtą na górze? Nie mogę jej zostawić, bo zastanę ją martwą. Dziwiłem się, że wczoraj sobie nic nie zrobiła. Weź ją ze sobą, co ci szkodzi? Podpowiada głos w mojej głowie. Nie wiem czy to dobry pomysł, ale eh...
Wchodzę po schodach na górę kierując się w stronę do jej pokoju i wchodzę. Zastaję ją siedzącą na łóżku z laptopem na kolanach. Najwyraźniej jest tak pochłonięta tym pisaniem, że nie zwróciła uwagi na to, że tu jestem. 
- Ekhm.. - wystraszona spogląda na mnie zza laptopa szybko go zamykając. Dobrze wiedzieć, że tak na nią działam. - Jak tam głowa? Dobrze? - kiwa głową twierdząco, czyli tak (?) - Jedziesz ze mną na siłownię i bez marudzenia. Idź przebierz się w coś sportowego, a ja tu poczekam. No już, myk myk. - posłusznie wykonuje to o co ją proszę i po chwili znika w drzwiach łazienki. Wykorzystuję okazję i otwieram jej laptopa. Notatnik? To co, ona pisze? Przyglądam się temu dokładniej. Pisze tu jaka to ona jest słaba i bla bla bla, to mnie nie obchodzi. Same nuudy. Już zamierzam zamknąć urządzenie, lecz coś przykuwa moją uwagę. 
On jest potworem.
On jest moim postrachem.
 Boję się co mi może zrobić.
Już raz mnie uderzył. On jest pierwszą osobą, która podniosła na mnie rękę w ten sposób. Inni w szkole tylko mnie wyśmiewali, heh. Nawet nie wiem czemu. Co ja im takiego zrobiłam?
Co ja w ogóle zrobiłam, żeby mieć tak spieprzone życie? A w sumie nie dziwię się, bo kto by miał szacunek do kogoś takiego jak ja? 
Żałosne..
Zamykam szybko laptopa, gdy słyszę przekręcający się klucz. 
- No to jedziemy. - pcham ją, aby się ruszyła. Nie będę dla niej cały czas miły, kochany i opiekuńczy. To tylko gra, a ona jest zabawką, którą trzeba dostarczyć na czas. 
Wchodzimy do auta, odpalam silnik i po chwili znajdujemy się na jezdni. Nie wiem czemu, ale nie mogę przestać myśleć o tej notatce w jej laptopie. Walić to co o sobie napisała, mnie bardziej satysfakcjonuje to, że jestem jej postrachem, koszmarem. Boi się mnie. O to mi właśnie chodziło. Gdybym był podlejszy, mógłbym poudawać jakiegoś miłego chłopaka, a potem zmieszać ją z błotem. W sumie, co mnie powstrzymuje i kto mi broni? Zniszczysz jej psychikę, on zniszczy cię jeszcze bardziej. Bla bla bla, nie dowie się. Też zasługuję na coś od życia! A jej psychiki nie da się bardziej już zniszczyć.
- Byłaś już kiedyś na siłowni? - jestem dość niecierpliwy jak ktoś nie odpowiada mi na pytanie, ale muszę zrobić wyjątek. - Hm?
- Nnie. - ahh, lubię jak jest zawstydzona moją osobą i jak się jąka przeze mnie. To jest nawet podniecające. 
- No to spełnię twoje dotychczasowo niezrealizowane plany i marzenia. Poczujesz się jak nowo narodzona! I nie będziesz aż tak nieśmiała. Co ty na to? - kątem oka spoglądam na nią. Nie wiem czy jest zainteresowana tą rozmową. Chyba najciekawszym punktem teraz jest wszystko za szybą, nie ja. No ludzie! Każda napotkana przez przypadek dziewczyna marzy tylko, abym na nią spojrzał, a ona nic? Serio? Będę musiał ciężko nad nią popracować.
*** Diana ***
Nie powiem, że mnie nie dziwi jego zachowanie, bo bym oszukała samą siebie. Nie rozumiem go. Czemu muszę być z nim na tej siłowni? Chce się pochwalić jaką ma nową zdobycz? I, i czemu on jest taki miły? Tacy ludzie jak on się nie zmieniają, nigdy. Albo?
Mam wrażenie, że ta droga dłuży się i dłuży. Nawet cicha muzyka z radia nie pomaga ani widoki za oknem. Czuję jak moje powieki robią się cięższe. Zawsze jak jadę autem, nabiera mnie chęć spania. Niestety nie zdążam ich porządnie zamknąć, bo słyszę głos Stylesa informujący mnie, że jesteśmy na miejscu. Niechętnie wychodzę i pomijam jego narzekania, że miałam poczekać aż on sam otworzy mi drzwi. Wielki mi dżentelmen. Gdyby miał jakąkolwiek w sobie kulturę, nie podniósłby na mnie ręki. Ale czego ja od niego oczekuję? Że zostaniemy przyjaciółmi? Nie. Ja jestem tylko czymś, co ma być dostarczone do jego szefa. 
Idąc w stronę głównych drzwi, patrzę na zegar, który wisi na ścianie. Jest grubo po 15, a czuję się jakby był ranek. 
- Chodź za mną. - mówi i ciągnie mnie za rękę na salę, która jest ogromna. 
- No nie wierzę kto mnie zawitał! Kopę lat stary! - mówi jakiś mężczyzna na oko 30 lat do Stylesa. Unosi ręce do góry, aby poklepać go po plecach. Styles robi dokładnie to samo. 
- Fajnie cię widzieć. Skąd ja wiedziałem, że tu będziesz? Jak się masz? 
- Doskonale jak zawsze, a ty mi powiedz co za ślicznotkę przywiozłeś ze sobą, hm? - wystawia głowę zza ciała Stylesa i unosi jedną brew do góry oczekując odpowiedzi. Źle mi się robi na myśl, że powiedział o mnie 'ślicznotka'. 
- Kto? Ona? - wskazuje na mnie. Mogę wyczuć w wypowiedzi kpinę, którą chce ukryć. 
- Tak, ona. - ponagla z zachwytem. Zrezygnowany patrzy na mnie.
- To jest Diana, Diana to William, ale woli jak mówią na niego Will. - mówi to z takim zapałem, że można go wyczuć na kilometr. 
- Miło mi cię poznać, Diano. - podaje rękę, która z wahaniem ściskam. - Nie mówiłeś, że się z kimś spotkasz. Oh ty, flirciarzu. 
- Nie jesteśmy razem. - dodaje, a ja potwierdzam jego zdanie. Nawet mi się nie śni być z nim w związku.
- Dobra, czyli tak to się teraz nazywa? Pamiętaj, że tak samo mówiłeś o Rose. - patrzę na reakcje Stylesa i się dziwię. Całe jego ciało jest napięte, mocno zaciska pięści, mogę nawet dostrzec żyłkę na jego szyi. Co to za Rose? Kim ona jest dla niego, albo była? 
Gdy spojrzenia obu mężczyzn się krzyżują, Will daje mu wygrać. Podnosi ręce do góry i odchodzi. 
- Chodź. - szarpie mną w stronę jednego z katów. Gestem ręki pokazuje, abym swobodnie usiadła na ławce. - Nie wstydź się. - szepcze mi do ucha masując swoimi dłońmi moje ramiona. Siadam na ławce i ... I właśnie co teraz? Nie wiem co robić, nie lubię ćwiczyć. 
Kolana daję pod brodę i wpatruję się w spoconych ludzi. Nie mogę nigdzie znaleźć jego. Jak zwykle gdzieś znika.. Czemu się przejmujesz? Wcale tego nie robię. A jednak... Dajcie mi już spokój! 
- Idziesz ćwiczyć czy zostajesz? - unoszę głowę do góry i o mało co nie dostaję zgonu. Od chyba 2 tygodni Styles cały czas ubierał się elegancko, a teraz stoi przede mną w krótkich białych spodenkach, zwykłej koszulce i sportowych butach, a włosy spiął w mały kok. 
- Zostaję. - próbuje brzmieć pewnie, ale nie wychodzi mi to za bardzo. Co się ze mną zaś dzieje? Co chwila jestem kimś innym. 
- Czyli idziesz ze mną. - nie daje mi czasu na sprzeciw. Ciągnie mnie za sobą na podłogę - Połóż się na plecach. Nie bój się, i tak ci nic nie zrobię, bo są tutaj ludzie. - czyli jakbyśmy byli sami to by mi coś zrobił.. Zeby uniknąć jakichkolwiek komplikacji, robię to o co prosi. Po chwili jego ciało zwisa nade mną. - Teraz zamknij oczy i ich nie otwieraj dopóki ci nie powiem, dobrze. - brzmi to bardziej na rozkaz niż pytanie. Zamykam oczy i czekam, co będzie dziać się dalej. Jestem cała zesztywniała, czuję wzrok innych osób na nas i ich myśli 'Co to za dziwaki? Co oni robią?'. - Możesz otworzyć oczy. - powoli otwieram jedno oko, zaraz drugie i widzę jego twarz przybliżającą się do mojej. Zatrzymuje się, gdy stykamy się nosami. Po raz drugi mogę swobodnie przyjrzeć się jego twarzy. Idealny zarys szczęki, długie rzęsy, intensywna zieleń mieszana ze szmaragdem znajdują się w jego oczach, malinowe usta i rząd równych białych zębów. - Jak chcesz żebym cię pocałował to możesz mowić. - na jego słowa, schodzę ze wzrokiem niżej i od razu tego żałuje. Koszulka odsłania jego brzuch przez co widzę bardzo dużo tatuaży! - Lubię jak jesteś taka nieśmiała, to jest wtedy pociągające. - unosi swoje ciało do góry i po chwili znowu zgina łokcie. 
- Czemu tutaj mmuszę być? 
- Pomyślałem, że fajnie będzie mi się robić pompki. I dobrze myślałem. - uśmiecha się cwaniacko - Zrobię tylko 100 pompek, a pózniej ty spróbujesz. - nie umiem robić pompek. Tak, teraz myślicie, że jestem jakaś niezdarą, bo kto nie umie zrobić tak prostego ćwiczenia? Ja! - 1.. 2.. 3.. 4.. - dziwię się, że jemu się chce to robić, ale widać pózniej efekty tego - 25.. 26.. 27.. ..... 43.. - nie wiem jak on, ale ja bym się poddała po 5 pompkach - 96.. 97.. 98.. 99.. 90.. 91.. 
- Miało być 100! - krzyczę półszeptem.
- Nie umiesz chyba liczyć. - śmieje się - Ale skro chcesz... Teraz twoja kolej. - usadawia się obok mnie i czeka na mój ruch, ale co ja mam robić? 
- Nnie chcę.. 
- Jeśli nie umiesz to okej. Nauczę cię, to nic trudnego. Potrzeba tylko siły w rękach i ramionach. - skąd mam wziąć tą siłę? Z posiniaczonych i okaleczonych rąk? Z tych wystających kości? Prędzej się połamię. 
- Nnie dam rady..
- Pomogę ci. Ale najpierw musisz mi zaufać. Zaufasz? 
*** Harry ***
- Pomogę ci. Ale najpierw musisz mi zaufać. Zaufasz? - patrzy mi w oczy i zastanawia się co powiedzieć. Dobrze wie, że jeśli wybierze źle, to nie będzie odwrotu. Gdy zamierza już coś powiedzieć, niespodziewanie przychodzi Will i daje napoje, które wcześniej zamówiłem. Bingo. Teraz się zgodzi. Mam nadzieję, że dodał to, o co go prosiłem, bo jeśli nie - jest martwy.
- Dzięki. - pokazuje mu, żeby się pospieszył, bo tracę czas przez niego. - Masz napij się, bo pewnie jesteś bardziej zmęczona niż ja. - podaję jej dużą szklankę z 'sokiem pomarańczowym' i sam upijam łyk swojego napoju. 
- Zastanowiłaś się? - ponaglam ją. 
- Myślę.. Myślę, że mmogę ci zaufffać.. - taka słodka i łatwowierna. Ahhh... 
- No to zrobimy tak... Teraz ja się położę na plecach, a ty będziesz nade mną. Nie możesz się bać jak dam swoje ręce na twoje biodra. Będę cię podtrzymywał, żebyś nie upadła. Ty tylko uginasz łokcie w dół, a później je prostujesz, tak? - kiwa twierdząco głowa.
Kładę się na plecach i czekam, aż będzie nade mną. Nie powiem, nie mogę się doczekać tej 'współpracy'.
- Pomóc ci? - pytam, bo doskonale wiem, że nie da sama rady. Jest zbyt słaba i zbyt chuda, aby cokolwiek zrobić. Irytuje mnie, że cały czas kiwa głową zamiast odpowiedzieć bynajmniej jednym słowem.
Tak jak powiedziałem, chwytam ją za biodra i podtrzymuję, gdy jej kościste ciało znajduję tuż nad moim.
- Teraz lekko ugnij łokcie. O tak, właśnie tak. Nie zginaj kolan. Całym swoim ciałem pracuj. I teraz do góry i znowu w dół i do góry i tak cały czas.. 4.. 5.. 6..  Widzisz? Potrafisz robić pompki. - uśmiecham się lekko do niej, co odwzajemnia gest z podwójną radością. Cieszy się jak małe dziecko, które dostało swoją wymarzoną zabawkę.  Pomińmy fakt, że jej dopomagam.
- Patrz! Udało mi się! - śmieje się, a mnie ogarnia satysfakcja. Napój najwidoczniej działa. Dzięki ci William!
- Widzę, widzę. Obserwuję cię cały czas. Chcesz coś trudniejszego? - zależy mi, żeby wypiła ten napój cały, więc go jej podaję. Bez żadnego sprzeciwu wypija do dna. Zuch dziewczynka.
- A co?
- Może... - drapię się po brodzie i przyglądam się różnym ćwiczeniom - Hantle? Chodź, pokażę ci. To nie będzie tak ciężkie jak ci się zdaje. - idziemy w stronę hantli przy okazji normalnie rozmawiając. Nie najwidoczniej, lecz na pewno ten napój działa. I o to mi właśnie chodzi..
- Ja.. Nie wiem czy dam radę. - wydęła dolną wargę robiąc minę smutnego psa. Nie powiem, uroczo.
- Dasz radę. Tak samo mówiłaś przy pompkach i co było dalej? Zrobiłaś je. Tylko stań tutaj, resztą zajmę się ja. - robi to o co ją proszę. Idę po jakiś nieciężki metal i po chwili znajduję się za nią. Ręce w raz z hantlem daję przed dziewczynę przy okazji ją obejmując. - Teraz chwyć za ten prążek obok moich dłoni, ale od środka, nie od zewnątrz. No i ćwiczymy. - ta pozycja wymaga bliskości, więc przybliżam swoje ciało do jej. Czy tylko ja mam skojarzenia?
- Łatwo jest ćwiczyć w dwójkę. - stwierdza nie przerywając ruchów. Szkoda, że nie mogę jej uczyć innych rzeczy, bardziej przydatniejszych dla mnie, jeśli wiecie o co mi chodzi.
- Styles,  masz sms! - krzyczy Will i teraz mam ochotę go zabić. Przez niego, Diana przestała ćwiczyć.
- Czemu przestałaś?
- Dostałeś wiadomość. Idź ją sprawdzić, ja tu poczekam. - czasami ta dziewczyna mnie zaskakuje.
- Idziesz ze mną. Tutaj jest zbyt dużo napaleńców. - ciągnę ją ze sobą i po chwili znajdujemy się przy naszej ławce. Dianka, ahh, jak to pięknie brzmi 'Dianka'. A więc, Dianka siada na ławce i obserwuje każdy mój ruch. No no, schlebia mi to.
Wchodzę w wiadomość i zamieram.
Widzę was. Lepiej miej te łapy z dala od niej, bo srogo mi zapłacisz.
Szybko chowam telefon do kieszeni, łapię dziewczynę za rękę i jak najszybciej wychodzimy stąd. 
- Czemu wychodzimy? No ejjj, ja chcę wracać!
- Zamknij się wreszcie! - ryczę na nią. Mogę w jej oczach wyczytać strach, którego dawno nie widziałem. Czuję wibracje w kieszeni i wiem, że to druga wiadomość od szefa. 
A jeżeli się dowiem, że coś jej dosypałeś, zapłacisz mi swoim życiem. Pamiętaj, widzę cię cały czas. 
Czekam iyh.
IYH? Co to znaczy?Wsiadamy do auta i próbuję uformować oddech., Dyskretnie rozglądam się po okolicy, żadnej żywej duszy. Czasami czuję się jak w horrorze. 


Czy tylko ja mam banana na twarzy jak coś się dzieje z Dianą i Hazzą? *,* 
No to coś wiemy o jego szefie. Jak myślicie, co to znaczy IYH? Będą kłopoty? 
Nie wyrobiłam się z czasem, bo nie chciałam zostawiać tego rozdziału krótkiego, więc takie coś mi wyszło. Liczę na wasze miłe komentarze, bo strasznie motywują. :)
10 komentarzy = rozdział 20
Iiii zapraszam na moje nowe ff o Harry'm :
*notka została zaktualizowana*
Theme by violette