piątek, 27 lutego 2015

Rozdział 7

* oczami Kate *
Zaglądam ostatni raz do pokoju Diany. Chyba śpi. Zamykam drzwi, idę po torebkę i wychodzę. Spieszę się, szef nie toleruje spóźnialskich. Za ... 40 minut muszę być na miejscu. Boję się, dziwne nie? Stara kobieta boi się. On jest moim strachem, lękiem. A jego pomysły ... Ponoć kiedyś kazał komuś zabić jego matkę, bo jak uznał 'stwarzała problem dla wszstkich', a czy faktycznie żyje? Nie mam pojecia. Tak się zamyślam, że nie zauważam, że jestem na miejscu. Widzę jak idzie w moją stronę. Nerwowo stukam palcami w kolana.
- Oh, już jesteś. - słyszę jego głos przez co moje ciało dostaje dreszczy. Siada obok mnie na małej ławeczce. - Chcesz się czegoś napić? Tutaj nie daleko jest mała kawiarnia. - kiwam przecząco głową. - Dobrze, nie to nie. A więc, domyślasz się czemu chciałem się z tobą spotkać?
- Mam coś zrobić. Nie wiem co, nie wiem po co. Po prostu.
- Mądra kobietka. - zagryzam wargę na jego słowa.
- Co mam zrobić, abyś dał jej spokój? - pytam stanowczo i pewnie. Nigdy nie mówię do niego w ten sposób.
- Nie bądź taka w gorącej wodzie kąpana. Ale skoro tak to cię ciekawi możemy przejść do rzeczy. Chodź. - mówi i podaje mi rękę. Sama wstaję i idziemy, właściwie to nie wiem gdzie. - Musisz kogoś zabić. - staję i się nie ruszam. ŻE CO MAM DO KURWY NĘDZY ZROBIĆ? Zabić? Ja? On przecież wie, że tego nie zrobię! On ... Specjalnie to robi.... Zamierzam coś powiedzieć, ale przerywa - Gdyby mi nie zależało, już dawno byś nie żyła jak pozostałe. A wiem, że dla Dianki zrobisz wszystko. - Dianki?
- Cz-czemu ja? - czuję jak spływa mi pojedyńcza łza - Czemu. - mówię półszeptem.
- To oczywiste. Gdy tylko pierwszy raz cię zobaczyłem, wiedziałem, że masz coś takiego w sobie, co kusiło mnie, abym cię zatrudnił do swoich potrzeb i nie tylko. Wiedziałem już w tamtym momencie, że będziesz dobrą niewolnicą i nie sprzeciwisz mi się. Zawsze miałem słabość do starszych kobiet. Mówiłem im to, a one wolały umierać. - zaśmiewa się pod nosem - Próbowały mnie bić. Dobrze wiesz, że mnie się nie dotyka, prawda? A one najwidoczniej zapomniały moich zasad, więc je ukarałem.
- Dało się inaczej..
- Nie zrozumisz mnie, Kate. Jeśli bym je inaczej ukarał i później je zwolnił, one od razu poszłyby na komisariat i by mnie zaś szukali. W sumie, nadal mnie szukają, ale jakoś im to nie wychodzi. Tak to już jest, jak wraca się późnym wieczorem i nie wiadomo co może cię spotkać. Ty masz najlepiej, więc nie marudź. - syczy i dodaje - Masz zabić go. - pokazuje mi zdjęcie faceta. O nie. To nie jest byle jaki mężczyzna, to mój mąż.
- Nigdy! - krzyczę i odsuwam się od niego.
- Ależ czemu? Musisz, albo coś złego się przytrafi się twojej ślicznej córeczce. On ma zbyt wiele podejrzeń. Musisz go zabić. - chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie w duże zarośla, gdzie nikt nas nie widzi. Oddalamy się od parku, aż jesteśmy na trawie, a wokól są drzewa i krzaki. - Nikt nas nie usłyszy. A więc? Jak będzie?
- Nie zrobię te...
- Masz to zrobić.
- Bo jak nie to co?
- To sam osobiście go zabiję, a może nawet i dziewczynę. - nie wytrzymuję, zanoszę się ogromnym płaczem. Zniżam się w dół, a po chwili siedzę na ziemi.
- Zrobię wwszysstko tylko nnie to. Pp-proszę.. - kuca przy mnie i mocno chwyta mnie za szczękę. Zachłannie mnie całuje, a po chwili czuję jak siada na mnie okrakiem i całym swoim ciałem przypiera mnie do ziemi. Teraz mnie zdziwia fakt, że tutaj nie ma śniegu. - Robimy to teraz. Tu. Jasne? - nie odpowiadam. Zimno mi się robi jak rozbiera mnie z kurtki, szalika, bluzy. Gdyby mu się chciało, uprawiałby seks w smażalni ryb albo w Nando's.
Mam pewien pomysł, który da się zrealizować, ale nie tu. Popamięta mnie ten gnojek ....
* oczami Diany *
Budzę się pod wpływem trzasku. Zasnęłam?
- Diana?! - tata. Słyszę kroki idące w stronę mojego pokoju. Sprawnie, szybko i po cichu wchodzę do szafy z ubraniami. Zdążam, bo już po chwili drzwi do mojego pokoju otwierają się.
- Dia ... Eh, nie ma jej. Hm, dobrze wiedzieć, że tutaj była. - zamyka drzwi. Jeszcze przez chwilę siedzę w szafie dla pewności. Nie chcę, żeby prawił mi kazania, mówił jak to się martwił. Nie lubię tego. Normalne życie, czy o tak wiele proszę?
Pomału otwieram drzwi szafy, wychylam głowę, cisza. Cicho zamykam drzwi na klucz. Nie mam pewności czy jestem sama w domu. Czy gdzieś wyszedł czy nie. Znowu kładę się na łóżko. Nie wiem co ze sobą zrobić, po prostu nie wiem.Gdybym miała jakiś znajomych, wyszłabym z nimi. Może wtedy normalnie bym funkcjonowała? Może gdybym miała jakiś przyjaciół bądź tylko przyjaciela, przyjaciółkę nie byłabym teraz taka ponura, przybita. Może tego zbytnio po mnie nie widać, staram się to ukryć. Jak to jest mieć przyjaciół? Jak to jest? Ty nigdy tego nie doświadczysz. Nawet jak będziesz zakochana. Jeśli taki dzień nadejdzie. Ja? Zakochana? To nigdy nie nastanie. Wolę być forever alone, niż być raniona. I tak nie zrobiłoby to na mnie wielkiej różnicy. Jestem przyzwyczajona do bólu, cierpienia, smutku. Cisza, która panuje w pomieszczeniu zostaje przerwana przez dźwięk telefonu. Dostaję smsa od jakiegoś nieznanego numeru.
'Od: Nieznany. 
Jak się dzisiaj czujesz? :)'
Pierwsza myśl - kto to jest? Nie znam tego numeru...
'Od: Diana.
Kim ty jesteś?'
Długo nie czekam na odpowiedź, która mnie bardzo dziwi. 
'Od: Nieznany.
Twoim koszmarem skarbie  :) Ale nie bój się, na razie nic ci nie grozi. I nie będzie jeśli zrobisz coś o co cię poproszę.'
To z pewnością głupi żart. Ktoś sobie ze mnie żarty robi/ Ale zaraz zaraz. Jak? Nikomu ze szkoły nie dawałam numeru. Bo nie mam z nimi kontaktu, po prostu mnie unikają. Są wobec mnie tak, jakbym była powietrzem. Więc skąd mieliby mój numer?
'Od: Nieznajomy.
Nie martw się. Twojej rodzinie nic nie będzie, jeśli w ciągu 24 godzin nie dostarczysz mi konkretnych umów na temat bankowców z firmy twojego ojca.'
Jakich umów? Kim on jest do cholery! Czemu ja? Może to jakaś pomyłka? 
'Od; Diana.
Kim ty jesteś do jasnej cholery?'
'Od: Nieznajomy. 
Mówiłem ci już kim jestem. Twoim koszmarem, Diano. Wiem, że twój ojciec ma tak samo jak pracuje w bardzo dobrych i bogatych firmach i tylko on ma umowy na grube miliony. Więc masz całą dobę na to, aby mi te papiery załatwić. Nie wiem jak, mnie to nie obchodzi. Jutro masz się zjawić w Cetral Park przy fontannie o północy z tymi umowami. ALE PAMIĘTAJ. Jeśli spróbujesz się wykręcić, jeśli komuś powiesz o tych smsach , ty albo twoi rodzice tego srogo pożałują. A tutaj daję ci zdjęcie twojej mamy. Zrobiłem je przed chwilą jak śpi. :)
Miłego dnia, dziubku.' 
Otwieram mms. Momentalnie z oczu zaczynają lecieć mi łzy. Na tym zdjęciu znajduje się moja mama! Śpi na jakiejś kanapie. Co on jej zrobił?! W co ta kobieta się wplątała?? 
Muszę szybko załatwić te umowy. O Jezu. Żeby nic jej nie było. Skoro mam się czegoś dowiedzieć o tych umowach, muszę rozmawiać z tatą. 
Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Mam tylko 24 godziny, czyli muszę zacząć od już. Przeklinam na siebie w duchu za to, że istnieję. Powolnym krokiem idę do jego biura. Przełykam głośno ślinę, pukam i wchodzę. 
- Tato? 
- Diana? - spogląda na mnie zza biurka - Córciu, córeczko! Skarbie, tak się o ciebie martwiłem! Nigdy więcej tego nie rób! - jego głos jest przepełniony smutkiem, a oczy złością. Tak mi się zdaje.
- Przepraszam. - bąkam. chce coś powiedzieć, ale mu przerywam - Mam do ciebie pewną sprawę.
- Jaką?
- Na temat firmy. - jego wyraz twarzy od razu się poprawia. Widać, uszczęśliwiam go na razie.
- Nawet nie wiesz jak moje serce się raduje. - i wolę nie wiedzieć. Żałuję, że go o to zapytałam. Równie dobrze mogę poszperać w jego rzeczach chociaż to nie wypada, ale nie. Ja mądra musiałam pytać. Siadam na kanapie przy małym szklanym stoliczku. - Więc o co konkretnie chodzi?
- No bo ... Tak jakoś wyszło i ... - nie wiem jak zacząć rozmowę, lecz po chwili układam sobie odpowiedni dialog - ... I chciałabym się trochę dowiedzieć o pracy mojego ojca o ile mogę/ - wymuszam sztuczny uśmiech.
- Oczywiście, że możesz. Nawet się ostatnio zastanawiałem kiedy mógłbym z tobą na ten temat porozmawiać. Więc co chciałabyś wiedzieć? - Źle robisz.. Zastanów się nad tym co robisz. Później już nie będzie odwrotu. Wiem co robię. 
- Może zaczniesz od stanowisk? Jakie są? 
- Pierwszy etap to sekretarka. Twoim zadaniem to porządkowanie różnych umów i innych dokumentów według daty, tematu i robienie kawy dla kilku pracowników oraz rozpowszechnianie firmy na różne billboardy, strony internetowe. - szczerze? Nie słucham go. Tylko sprawiam wrażenie jakby mnie to interesowało. Gorzej jak zapyta mnie o coś co powiedział. Jeszcze wspomina mi o kontrahentach, z którymi ma podpisane kilka umów i dzięki którym ta firma jest jedną z kilku najlepszych. 
- A masz te umowy przy sobie? 
- Owszem mam, ale nie wszystkie. Część trzymam tutaj, a część w biurowcu. 
- Mogę zerknąć na nie okiem? 
- Dobrze tylko to ma być pomiędzy nami. Nikomu nie możesz powiedzieć, dobrze?
- Dobrze. - w jednej z szuflad biurka wyjmuje duży czerwony segregator i stawia go na stoliczku. 
- Możesz je wyjąć, ale ostrożnie. 
- Będę uważać. - przeglądam każdą kartkę dokładnie. Szukam tej, na której będzie coś napisane o bankach. Jeśli taką tutaj posiada. Tak! Znajduję to.  - A ta umowa jest na co? - śmiało pytam. Mężczyzna bierze ode mnie kartkę A4 i mówi:
- Ta umowa jest podpisana przez bardzo dobrze płacące bankowce. Dzięki nim możemy wzbić się jak nigdy dotąd! Grube 5 milionów może być nasze, tylko trzeba jeszcze kilku konsultacji z nimi i z naradą. A wtedy można działać. 
- Wow. - jestem w szoku. Nigdy nie przypuszczałam, że taka zwykła kartka podpisana przez kogoś może mieć wartość aż 5 milionów! To żyła złota. Tak mi się wydaje, bo nie wiem ile tata zarabia co miesiąc. Wiem, że bardzo dużo. Zapamiętuję gdzie chowa segregator. Dolna szafka po lewej stronie.
- Idę się przejść. - mówię i wychodzę całkowicie z domu. Jak zwykle, rozglądam się wokoło. Moją uwagę przykuwa duży, czarny Range Rover z ciemnymi szybami z tyłu. Omijam pojazd kątem oka zerkając czy ktoś siedzi w środku. Widzę tylko męską sylwetkę. Wyciągam telefon sprawiając wrażenie jakbym się przeglądała, lecz próbuję dostrzec kto tam siedzi. Zatyka mnie. To jest Marcel? Rozpoznaję te dziwne okulary, loki wystające zza zielonej czapki. Sprawia wrażenie skupionego. Nie zatrzymuj się. Idź przed siebie. Zamierzam posłuchać mojej podświadomości i idę jak najdalej. Ostatni raz patrzę w odbicie. Jego szyderczy uśmiech przyprawia mnie o dreszcze.
Szybkim krokiem idę w centrum Holmes Chapel. Jest dziwna cisza, czuję się obserwowana, a nie widzę żadnej żywej duszy.
Krzyżuję ręce pod wpływem lekkiego mrozu. Co on robił pod moim domem?
* oczami Marcela *
Widzę ją. Widzę, że jest zaniepokojona. Zobaczyła mnie poprzez telefon. Uśmiecham się szyderczo przez co jeszcze bardziej się boi. Wiem to. Wiem, kiedy ktoś się boi.
Oj, zobaczysz co to ból i smutek, skarbie ...
* oczami Diany *
Decyduję się, że przejdę się do parku. Nie wiem co to miejsce ma takiego w sobie, ale lubię tu chodzić. Patrzę czy nic nie jedzie i przechodzę przez pasy. Spuszczam głowę, zamykam oczy. Oddycham zimnym powietrzem.
- Diana ... - słyszę swoję imię z naciskiem na 'n'. Pewnie mi się zdaje - Ból ... Cierpienie ... - rozglądam się po wszystkich stronach. Nikogo nie ma. To tylko wyobraźnia.
Potykam się o coś twardego i czekam, aż moje ciało zetknie się z ziemią, ale tak się nie stało. Jakieś silne ręce mnie łapią. Modlę się, aby to nie był Marcel.
- Nic ci nie jest? - pyta jakiś chłopak z nutką przerażenia.
- N-nie. Jest dobrze. - staję na równe nogi i teraz mogę zobaczyć kto nie pozwolił mi upaść. Wysoki blondyn, cudne niebieskie oczy, zaczerwienione policzki od mrozu, który panuje. Słodko tak wygląda.
- Na pewno? - uśmiecha się pokazując szereg białych ząbków.
- T-tak. - jąkam się.
- Jak masz na imię?
- D-Diana, a ty? - nie wiem czemu się jąkam. Czy z zimna czy ze wstydu?
- Niall. - Niall ... Ładne imię dla uroczego chłopaka. Mówi coś, ale myślami jestem gdzieś indziej.
- Co? Um ... Przepraszam, nie słuchałam cię przez chwilę. - czuję jak staję się czerwona na twarzy nie ze względu na mróz. Chłopak śmieje się.
- Pytam czy chcesz się przejść? - kiwam twierdząco głową i ruszamy. Wydaje się być miły, zabawny, a może nawet ładny jak dla mnie?
- Skąd jesteś? Na pewno nie stąd. Słyszę akcent.
- Przyleciałem tutaj z Irlandii, żeby odwiedzić kumpla. A ty z Holmes Chapel?
- Tak.  - po mojej krótkiej odpowiedzi panuje przez chwilę cisza. Może nawet dobrze? Nie będę się przed nim upokarzać.
- Mogłabyś mi pomóc? - lekko się denerwuję na jego pytanie.
- A w ... W czym? Jak?
- Znasz Harry'ego Stylesa?
- Harry Styles? Nie, nie znam. A mógłbyś mi go opisać?
- Hm ... Wysoki brunet z lokami, ma duuużo tatuaży, opalone ciało, ochrypły głos, zielone oczy. Nosi bardzo obcisłe rurki i różne koszule i kapelusze, a czasaki zwykłe bluzy i czapki. Zazwyczaj jak jest na dworze w takie zimno ma płaszcz i pantofle męskie. Nie wiem co jeszcze. - śmieje się. Chwilę myślę. Dochodzi do mnie fakt, że prawie wszystko zgadza się z wyglądem Marcela. A może tego Harry'ego? Chociaż Niall nie wygląda na kogoś, kto mógłby zadawać się z dziwnymi osobami.
- Nie, nie kojarzę. Przepraszam. - spuszczam głowę.
- Za co? - dziwi się.
- No ... Że tobie nie pomogłam.
- Nic się nie stało. - uśmiecha się szeroko, gdy kątem oka patrzę na niego - Dasz się wziąć na kawę? - pyta i toruje mi drogę. Przez chwilę się zastanawiam. Tak czy nie?
- Okej. - wzdycham ciężko.
- I nie bądź taka nieśmiała. - gdyby to było łatwe. - A powiesz mi gdzie jest jakaś fajna kawiarnia? - zaśmiewam się na jego słowa. Zaprasza mnie na kawę, a nie wie gdzie pójść.
- Chodź za mną.
- Dobrze. - mówi i idzie do tyłu. Patrzę na niego z pytającym wyrazem twarzy - No co? Mówiłaś, że mam iść za tobą. To idę.- wyszczerza się.
- W sensie, że obok mnie. - znowu się cicho uśmiecham. Czekam aż dorówna mi kroku i idziemy do najbliższej kawiarni.
- Ile masz lat? - pytam sama nie wiem czemu.
- 22, a ty?
- 21. Jesteś Irlandczykiem czy tylko mieszkasz w Irlandii?
- Irlandczykiem. Co ty taka ciekawska?
- Chcę coś o tobie wiedzieć. - sama się dziwię czemu zadałam te pytania. Może, że Niall jest pierwszą osobą, przy której czuję się ... Swobodniej? Lepiej? Nie wiem jak to nazwać. Co się ze mną dzieje?
- W takim razie ja też chciałbym coś o tobie wiedzieć. - no to będzie trudno.
I tak jakoś przez całą drogę pytamy siebie nawzajem o różne rzeczy. Wydaje się być wrażliwym, uczuciowym, sympatycznym chłopakiem. Ale jak co do czego trzeba to umie się wkurzyć. Sam mi to mówił przed chwilą.
- O czym tak myślisz? - pyta mnie nagle. Szlag. Nagle moje myśli przywołały tego jego kolegę, który nie daje mi spokoju.
- Co? Um ... O niczym. O, patrz! Kawiarnia. - całe szczęście znajdujemy się pod budynkiem. Niall już nic nie mówi. Wchodzimy do środka i zajmujemy stolik w przytulnym kącie. Po chwili przychodzi kelnerka.
- Co państwu podać?
- Kawę mrożoną poproszę. - mówię.
- Ja to samo. - kobieta zapisuje nasze zamówienia i odchodzi.
Między nami jest dość nietypowa cisza. Przez chwilę mogę powiedzieć, że na nowo się wstydzę. Zabawne. Wstydzę się kogoś, komh odpowiadałam na pytania o sobie. Cieszę się, że nie pytał mnie o rodzinę i szkołę.
* oczami Nialla *
Diana. Diana, Diana, Diana. To imię cały czas chodzi mi po głowie, nie wiem dlaczego. Ładne imię dla bardzo ładnej dziewczyny. Zauważam, że jest nieśmiała jak na początku.
- Masz chłopaka? - pytam i od razu gryzę się w język. Ciekawe co sobie teraz o mnie pomyśli. Jej oczy robią się większe na to pytanie.
- N-nie. - odpowiada spuszczając ze mnie wzrok - A ty dziewczynę?
- Nie. Czemu taka ładna dziewczyna nie ma chłopaka? Nie rozumiem. - oh, serio Niall?! Chyba ją tym onieśmielił. Jej policzki są lekko czerwone. Otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale się wycofuje. Wzrusza ramionami.
- Proszę, o to państwa zamówienie. - mówi kelnerka i podaje nam nasze mrożone kawy z bitą śmietaną na górze, posypką z czekolady i do tego brązowa słomka. Upijam łyk i uśmiecham się do niej. Nieśmiało odwzajemnia gest. Jest taka skryta w sobie, a zarazem mogłaby rozmawiać bez końca.
- Coś zrobiłem źle? - pytam. Brunetka robi śmieszny grymas przez co śmieję się z cicha.
- Czemu tak sądzisz?
- Jesteś taka cicha, może nawet zawstydzona chociaż nie wiem czym. Ale to dodaje ci uroku. - próbuję ją trochę rozluźnić.
- Nic nie zrobiłeś. - śmieje się. Przez chwilę mogę patrzeć w jej piękne piwne oczy. Nagle Diana zmienia punkt wzroku. Jej twarz wyraża strach. Przed czym? Odwracam się próbując zobaczyć co ją tak zdziwiło. Patrzę na chłopaka, który rozgląda się za wolnym miejscem. Znam go.
* oczami Diany *
Nawet fajnie się rozmawia z Niallem gdyby nie moje zachowanie. Ugh.. Jego niebieskie oczy są takie pię....Nie! Ja tak nie myślę. Nie chcę. Nie mogę. Ale ... Nigdy nie widziałam kogoś z takim niebieskimi tęczówkami jak ... Jak ocean.
Moją uwagę przykuwa znajoma mi sylwetka, która wchodzi do kawiarni. Kamienieję, gdy okazuje się, że to Marcel. Albo Harry? Mam nadzieję, że dowiem się wkrótce prawdy. Niall chyba zauważa moje zakłopotanie, bo odwraca się i szuka przyczyny mojego zachowania. Zauważa nas i podchodzi do naszego stolika z tym swoim uśmieszkiem.
- Harry? - pyta Niall, na co brunet ściąga okulary.
O kurde ....


No to na początku wielkie PRZEPRASZAM, że musieliście tyle czekać. Chyba było warto. ;)
CZYTASZ = KOMENTUJESZ. 
Dużo z was ma pewnie blogi i wiecie, że każdy komentarz motywuje, więc zostawcie jakiś ślad po sobie.
A trzecia sprawa to taka, że pojawia się nowa postać! :)

Niall Horan, 22 lata.
Dawny kumpel Harry'ego, z którym rozstał się kilka lat temu. Obecnie nie wie czym zajmuje się Harry. Dowie się tego niebawem. Niestety na drodze ich znajomości staje Diana, która kompletnie zawraca Niallowi w głowie. 
Jak wam się podoba nowa postać? Wiem, mało twórcze, ale jego rola odwinie się w pewnym momencie ..
Za błędy przepraszam! 

niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział 6

- Kiiim tyy jesteś? - pyta po raz drugi. Patrzy się we wszystkie strony tylko nie na mnie. 
- Jaaa, chyba pomyliłam domu, przepraszam, że marnuję pani czas. - mówię i zamierzam iść, ale kobieta łapie mnie za rękaw.
- Pro-proszę wejść.
- Um, nie. Może innym razem.
- Ależ proszę. - mówi i wpycha mnie do środka szybko zamykając drzwi na klucz. To psycholka jakaś! - Kawki? Herbatki? A może coś mocniejszego?
- Nie, dziękuję. Ja na serio się spieszę, musiałam pomylić domy, przepraszam jeszcze raz za najście.
- Nic się nnie stało. Sorry za bałagan, nie miałam czasu aby posprzątać. - bo pewnie piłaś. Kobieta chwiejnym krokiem idzie gdzieś, a po chwili przychodzi z dwoma lampkami i czerwonym winem. Zabierzcie mnie stąd! Pomimo bałaganu jaki tutaj panuje, jest zadbana. Szkoda tylko, że pije. Gdyby nie to, może nie byłaby samotna? O ile jest.
- No chodź, nie wstydź się. Masz i pij. Zapomnij o wszystkich problemach, które cię przytłaczają i mów. Co cię tutaj znosi? - czy ona nic nie rozumie? Mówię jej, że musiałam pomylić domy. Pijani ludzie nie myślą. Powiedzmy.
- Mówię, że pomyliłam domy, nie?
- Dobrzee, rozumiem cię. Napij się, powiedz jak masz na imię..
- Um, nie dziękuję. Nie piję. D-diana. - jąkam się. Widzę ją pierwszy raz, nawet nie chcę jej poznawać, a ona jest taka nachalna...
- Anne.. Zaraz, czekaj. Diana? - kob... Anne dostaje tak jakby nagłego olśnienia?
- Um, tak. A coś się stało?
- Nie nic. Znaczy, może pomyślisz, że jestem dziwna, ale - bo jesteś - miewam prorocze sny już od bardzo dawna. I, i ostatnio śniło mi się, że spotkam dziewczynę z długimi brązowymi włosami o imieniu Diana. Takie ładne imię, Diana. Ah, czy my się kiedyś przypadkiem nie spotkałyśmy?
- Wydaje mi się, że nie - mogę od razu stwierdzić, że świrem. Albo może jest psychicznie chora? Tak jak ty. :) 
- Zaczekaj tu na mnie, dobrze? - mówi i idzie na górę. Wykorzystuję tą chwilę i szybko próbuję otworzyć drzwi, co nie jest zbytnio łatwe. Panikuję jeszcze bardziej, gdy słyszę jej głos. Udaje mi się, gwałtownie wybiegam z tego strasznego pomieszczenia.
- Widzę, że lubisz na mnie wpadać. - słyszę ten głos. Zaś, zaś on? Zdaje mi się, że to on śledzi mnie, a nie ja jego.
- M-Marcel? - jąkam się. Jego głos był miły. Aż podejrzane.
- Co ty tam robiłaś? - syczy. A było tak miło ...
- J-ja, szukałam kogoś. Pppomyliłam domy, chciałłam iśc, ale-e .. ale mnie wciągnęła do środka, chciała dać mi alkohol, ale ...
- Dobra, dość. Przestań już mówić i chodź. - gdzie ja mam iść? Za nim? Boże, czasami żałuję, że wpadam na tak bezsensowne pomysły przez co wynikają takie sytuacje, spotkania jak te. - Gdzie mieszkasz? Lepiej będzie jak pójdziesz do domu. -
- Gdzieś. - bąkam i jednocześnie żałuję, że to powiedziałam.
- Słuchaj no.. - syczy i przypiera mnie do płotu - Bądź grzeczną dziewczynką i słuchaj się mnie, bo jak nie to pożałujesz. Zrozumiano?
- Nikt nie każe ci mnie odprowadzać.
- Prawo każe, a ja nie lubię nieładu. Więc zamknij się i chodź. Gdzie mieszkasz?
- The Mall Road Street 56396. - odpowiadam bez sił. Nie chcę sobie zaszkodzić, ale wiem, że teraz popełniłam jeszcze większy błąd podając mu mój adres zamieszkania. Nie znam go, nie wiem do czego jest zdolny, jaką ma przeszłość.
- Powiedz mi coś o sobie. - mówi.
- C-c-co?
- Kogo szukasz?
- N-nikogo..
- Nie kłam. - warczy - Nie lubię kłamców. - nie zdążyłam pomyśleć o nim, a już znajdujemy się pod moim domem. Jak ostatnio, znika bez śladów.
Wzruszam ramionami i wchodzę do domu.
- Kto to był? - pyta mnie matka. Myślałam, że ona śpi.
- K-kolega. - mówię i zamierzam iść do siebie, ale mi na to nie pozwala.
- Jak ma na imię?
- Marcel.
- Nie kłam. - na te słowa zaciskam ręce w pięści - Zawsze jak się ciebie pytam czy kogoś masz, ty odpowiadasz, że nie, bo jak uważasz, nie lubisz ludzi. - czemu zawsze musisz mieć rację mamo?
- Nie kłamię. To jest Marcel, znajomy ze szkoły. Idę do siebie, nie przeszkadzaj mi. Cześć. - odwracam się na pięcie i idę do siebie zamykając się na klucz jak zawsze. Biorę żyletkę i nacinam lekko skórę. Po chwili wgłębiam tą rzecz. Uspokajam się, biorę głębokie wdechy i wydechy. Czuję chwilową ulgę.
* oczami Kate *
Ona kłamie. Ja wiem kim on był. To nie był Marcel, to był mój szef. Ale jak? Kiedy? Przecież mówił, że jak wszystko będę dobrze robić, to nie będzie zbliżać się do rodziny,  a zwłaszcza do mojej jedynej córki. Dobrze wie, że ona jest dla mnie wszystkim. Co ja źle zrobiłam? Nie byłam wystarczająca? Przecież sam odmówił wczorajszej nocy! Eh, niestety nikt mu nie przemówi do rozsądku. Nawet kumple. Teraz na bank już nie zasnę. Jestem cała roztrzęsiona tym co widziałam przed chwilą. Wiem, że tego będę żałować, ale nie zostawię tak tego. Biorę telefon i dzwonię do niego.
- Oooo, a cóż to się stało, że panna Kate do mnie dzwoni? Mam nadzieję, że to coś ważnego, bo marnujesz mi mój bezcenny czas. - jeśli bezcenny czas to dla niego palenie, picie i patrzenie na kobiety tańczącego dla niego to ja jestem jakaś święta.
- Masz ją zostawić. - mówię stanowczo.
- Ale ko.... Ooo, widziałaś nas? Piękną masz córkę. Fajnie byłoby poczuć swojego kutasa w jej buzi. - aż chce mi się wymiotować. Jak on tak może! Kogo tu oszukiwać, on może wszystko.
- Zrobię wszystko co zechcesz, ale zostaw ją. Proszę. - mówię płaczliwym głosem. Nie wytrzymuję nerwowo.
- Bądź o 13 w Central Parku sama. Chyba jest coś co możesz zrobić. - rozłącza się. Aż się boję. Dlaczego godziłam się na to wszystko? Mogłam być ten współwłaścicielem jednej z firm mojego męża. Patrzę na godzinę w telefonie. Wskazuje dopiero 9. Idę do kuchni wziąć tabletki nasenne, nastawiam budzik na około 12 i próbuję zasnąć.
* oczami Johna *
- Diana? Diana? Gdzie jesteś? Diana! - wołam ją nadaremno. Zniknęła, nie wiem gdzie jest. Aż tak wrażliwa jest? Nigdy nie przypuszczałem, że podniesienie na nią głosu może dojść do takich konsekwencji. A może gdzieś się tylko schowała? Bez obaw John, nie panikuj. Nic jej nie jest, na pewno.Chociaż pomału tracę co do tego zmysły. Dzwonię cały czas do niej i do matki - obydwie nie odbierają. Może powinienem przemyśleć moje zachowanie? Co wiem, ile wiem na temat Diany? Gdyby tak się przyjrzeć to nie za wiele. Najczęściej była obok niej Kate, gdy ja pracowałem.
Rozglądam się wszędzie, po wszystkich ludziach, samochodach, sklepach. Kate się zabije jak jej powiem, że nie ma naszego dziecka. Tak jakby zniknęła, stała się niewidzialna. Chociaż czuję jej wzrok, jak mnie skądś obserwuje. Jestem totalnym dupkiem.
* oczami Diany *
 Powoli dochodzę do siebie, próbuję sobie wszystko dokładnie ułożyć co jest wielkim trudem. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie moja ciekawość, chwilowa odwaga i inne wady. Tak, dla mnie to są wady. Zalet w ogóle nie mam. Nie ma człowieka idealnego.
Przewracam się na drugi bok w próbie ułożenia się najwygodniej jak tylko umiem. Wzdycham ciężko. Patrzę na godzinę, jest równa 10. Jak ten czas się dłuży. A z każdą sekundą coraz bardziej mi się nudzi. Bawię się żyletką jeżdżąc nią po pościeli tak, aby nie zrobić żadnej dziury.
 I guess now it's time
For me to give up, I feel it's time.



Tak więc, od jutro zaś mam szkołę, więc nie wiem ile będę miała czasu na pisanie na blogach, ale się postaram. :)
Uzbroicie się w cierpliwość. x

wtorek, 10 lutego 2015

Rozdział 5

Momentalnie staję dęba, serce chyba nie pracuje, co się ze mną dzieje? Czemu aż tak reaguję? Hmm, może dlatego, że cały czas patrzy na mnie? Nie widzę jego oczu, ale czuję jego wzrok na mnie.
- Zaś ty? - kolana mi miękną pod wpływem jego głosu ....
- J-ja nie chciałam, na serio. Przepraszam. Po prostu nie wiem gdzie jestem, uciekłam z hotelu, bo nie wytrzymywałam z tatą.
- Eh, no dobrze. A gdzie jest twoja mama? Zaprowadzę cię do niej. - serio? Czy ja wyglądam na małe dziecko?
- W Holllmes Chapel ... - odpowiadam. Nie chce mi się wierzyć, że go znowu spotkałam. Tego samego kolesia, na którego wpadłam przez pomyłkę ostatnio na ulicy w nocy... Teraz jego loki było w dziwnym nieładzie, miał na nich kaptur, ten sam płaszcz, inne buty, spodnie chyba też, o matko. Jego zarys szczęki był nieziemski! Nie żeby co, tylko nigdy nie widziałam żadnego chłopaka, który ma taką szczękę.
- To szmat drogi stąd. Musisz wracać do ojca. - mówi stanowczo. Nigdy do niego nie wrócę! Nie chcę. Nie wiem czemu. Robię pierwsza krok i go wymijam, ale mi to uniemożliwia łapiąc mnie za nadgarstek. Auć, boli.
- Jest ciemno, nie wiadomo kogo możesz spotkać o tej porze i to jeszcze w parku.
- Właśnie dlatego chcę jak najszybciej odejść.
- A co? Boisz się mnie? Nie masz czego. - nie powiem mu, że się go faktycznie boję, bo może to wykorzystać.
- N-nie.
- To czemu się jąkasz?
- Bo mi zimno? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Nie pogrywaj sobie tak ze mną, jasne? Póki jestem dla ciebie miły, masz się posłuchać mnie. - kim on jest, aby tak do mnie mówić? - Teraz, grzecznie razem ze mną jedziesz do Holmes Chapel. Też tam mieszkam. Zrozumiano?
- T-taak, zrozumiano. - co on taki miły, właśnie? Dzień dobroci dla samobójców?
 - To chodź. - mówi i idzie przed siebie. Idę za nim, żeby zaś nie było, że się nie słucham. Z tyłu wygląda jak jakiś dorosły mężczyzna, który jest pewny siebie i wszystko mu wolno. W sumie, nie muszę go znać, bo widzę, że do takich należy.
- Jak masz na imię?
- Diana.
- Diana .. - mówi bardzo cicho.
- A ttty?
- Nie ważne. Nie lubię mówić o sobie osobom, których nie znam. - a o kogoś kogo nie zna może się wypytywać.
- Ja ci powiedziałam swoje imię, pff. - prychnęłam, na co chłopak westchnął.
- Marcel. - nie pasuje to imię do niego, no ale cóż. To nie jego wina tylko jego rodziców. Może się go wstydzi i dlatego nie chce się przedstawiać?
- Czym codziennie się zajmujesz? - pyta, a ja nie odpowiadam. Chyba go tym rozzłoszczę, bo pyta jeszcze raz bardziej donośnie.
- Chhodzę do szkoły...
- Tylko? - przytakuję. Nie znam go, po co mam o sobie mówić jak on o sobie nie chce? Żałuj, że mu zaufałaś. Nie zaufałam mu. Tylko, tylko co? Nie wiem, jak zwykle. - Jesteś małomówna.
- A dziwisz się? Nie zawsze spotyka się chłopaka, który podejrzanie wygląda i do tego nosi okulary przeciwsłoneczne w zimę. - chyba przesadziłam. Czuję jak piorunuje mnie wzrokiem.
- Oh, doprawdy? Słuchaj, i tak na razie nie mam nic do roboty, więc posłuchaj po raz ostatni i zapamiętaj - dojedziemy do Holmes Chapel, a później masz o mnie zapomnieć, jasne? - przytakuję - Odpowiedz.
- Tak, zzrozumianno.
- Taxi! - krzyczy, a mnie przeszedł strach. Jego głos jak krzyczy, o mój Boże. Bardzo podobny, a nawet ten sam co słyszałam jak uciekałam z tatą z fabryki. Wstrzymałam oddech na myśl, że to może być ON. Oh, nie panikuj! Gdyby to był on, już dawno byś nie żyła. Racja, mógłby mi coś zrobić, a ja co? Nadal żyję. No właśnie, NADAL. Może to dobrze? A może nie? Zamknij się i skup się na nim. - Wchodź. - mówi wchodząc do taxówki. Robię to samo. Nie wiem gdzie jadę, ale mam nadzieję, że w dobre miejsce.
- G-gdzie jedziemy? - pytam Marcela szeptem.
- Do Holmes Chapel. Brawo, coś powiedziałaś. - drwi sobie ze mnie. Przez jakiś czas nic już nie mówię, patrzę przez okno gdzie i tak nie widać niczego oprócz ciemności.
*****
Po jakiś 20 minutach drogi ten cały Marcel zaczął rozmawiać z kierowcą na temat jakiś nieruchomości i innych pierdołach. Pierdołach jak dla mnie, ale gdyby tak się zastanowić, mówili o dość poważnych papierach itd. Aż do momentu, w którym samochód się zatrzymuje. Droga powrotna zajęła mniej czasu niż jechanie z tatą do tego hotelu. Wysiadam biorąc torbę. Auto odjeżdża. Rozglądam się dookoła. Nigdzie nie widzę Marcela. 
* oczami Marcela *
Nie wierze, że ją spotkałem. Gdybym jej nie poznał, pewnie byłaby w trakcie licytacji. Ale nie, oczywiście ja mądry musiałem na nią wpaść! Nie dość, że ta smarkula mnie denerwuje, nie wiem czym, to jeszcze jest to córka Kate Pain. ta kobieta jest gorąca, szkoda tylko, że wkopała się w to gówno, a dzięki komu? Heh, dzięki mnie. Czemu w ogóle pozwoliłem jej odejść? Mogłem z niej zrobić zakładnika, a wtedy Pain nie byłaby taka jaka jest. Musiałaby się jeszcze bardziej starać. Będzie jeszcze czas na zemstę ...
* oczami Diany *
Jestem pod domem, nie wiem czy ktoś jest czy nie. Nigdzie nie widzę światła, mama pewnie w pracy, albo śpi, bo ma wolne. Chociaż w drugą opcję nie wierzę. Ona nigdy nie ma wolnego. Tak ja zauważyłam. 
Na szczęście wzięłam ze sobą klucze, więc szybko i sprawnie otworzyłam drzwi. Wchodzę do środka, zapalam światło, rzucam torbę na ziemię. Jak to dobrze być u siebie w domu, tylko że coś tutaj zbyt ponuro. Aż ciarki mnie przechodzą na tą myśl. Zapalam wszędzie światła, nawet w toalecie. Gdy jestem pewna, że nic mi nie zagraża siadam na kanapie, włączam telewizor, ale i tak zasypiam. 

Pamiętacie tą krótką historię o małej dziewczynce i chłopcu? Na końcu było, że już nigdy się nie spotkali. Niestety to była nieprawda. Chcecie wiedzieć, kiedy się spotkali? Opowiem wam ...
Dziewczynka szła za rączkę ze swoją mamą. Dziewczynka bardzo szybko dorastała, miała już 7 lat. Ale nadal pamiętała tego chłopczyka. 
- Mamo? A my kiedyś jeszcze spotkamy tego chłopczyka co był 2 lata temu na wakacjach?
- Jakiego chłopczyka?
- Przyjaźniłaś się z jego mamą, pamiętasz?
- Oh, tak. Skarbie, nie wiem czy to możliwe. 
- Czemu?
- Bo nie wiem skąd są, to był taki jednorazowy kolega, kochanie.
- Czyli jaki?
- Że raz się zobaczyliście przez przypadek. 
- Ale ja go chcę zobaczyć! - dziewczynka buntowała się i uciekła mamie. Mama ją wołała, goniła, ale nóżki dziewczynki były bardzo sprawne. W mgnieniu oka znikła z pola widzenia mamy. 
Dziewczynka biegła i biegła do parku, na plac zabaw. Usiadła na piasku i szlochała. Ktoś do niej podszedł. 
- Czemu płaczesz? - usłyszała głos jakiegoś chłopczyka. Rozpoznała ten głos. Uniosła głowę do góry i go ujrzała. Tego samego chłopczyka, którego poznała dwa lata temu.
- Bo myślałam, że cię już nie zobaczę. - chłopczyk ją przytulił. 
- Ale się widzimy, ważne jest to, że jesteśmy tutaj, razem. Wiesz co?
- Co?
- Bo ja myślę, że cię lubię. 
- Ja ciebie też.
- Ale, że tak bardzo, kocham cię.
- Ale, że tak jak dorośli?
- Nie, ja cię kocham naprawdę.
- Ja ciebie też kocham naprawdę. - powiedziała dziewczynka i pocałowała chłopczyka w usta. - A gdzie mieszkasz? 
- Na Green Street 23/5. Przepraszam, ale muszę iść. Mamusia mnie woła. Nie płacz już, kocham cię papa. - pocałował dziewczynkę i podbiegł do mamy.....
 
Budzę się poprzez trzaskanie drzwiami. Nie robię żadnego ruchu, nie wiem kto to jest. Czy mama czy ktoś inny. 
- Diana? - podnoszę głowę do góry, widzę moją rodzicielkę w totalnym szoku. Nie dziwię jej się. Też bym tak zareagowała.
- Cześć? - wymuszam uśmiech.
- C-co ty tu robisz? A gdzie John? - pyta siadając obok mnie.
- Eh, uciekłam z hotelu, bo nie chciałam tam dłużej być.
- Coś ci zrobił? 
- Co? Nie! Znaczy .... Byliśmy wczoraj na jakiejś tam kolacji, a ja zbytnio nie byłam głodna, ale on oczywiście się uparł i krzyknął na całą jadalnię, abym to zjadła, no i wtedy ja pobiegłam do mnie do pokoju, zamknęłam się na klucz, płakałam, fakt. Po chwili przyszedł ojciec i przed drzwiami mnie przepraszał i w ogóle. A później gdzieś poszedł no to ja uznałam, żeby uciekać jak najdalej, bo nie wytrzymałabym z nim ani minuty dłużej.
- Wiesz, że mogło ci się coś stać? O której uciekłaś?
- Po 21 tak gdzieś około.
- Jezu, dziewczyno! A jak dotarłaś do domu? 
- Pociągiem. - zaś ją okłamuję. Gdybym powiedziała jej o tym Marcelu jeszcze bardziej by się przejęła. 
- Wiesz, że nie powinnaś, prawda? John pewnie się teraz o ciebie martwi - albo śpi skacowany - i myśli co się z tobą stało, gdzie teraz jesteś i w ogóle. Nigdy więcej tak nie rób. A teraz wybacz, ale muszę iść spać. Papa, kocham cię. - idzie do sypialni. Biorę torbę z przedpokoju i ruszam do siebie, do swojego łóżka. Jednak coś mnie zatrzymuje. Pokój gościnny jest cały brudny, śmierdzi w nim, a pościel jest ułożona jak po jakiejś wojnie. Wchodzę dwa kroki dalej, pusta  butelka wina albo szampana, albo wódki? Nie wiem, nie odróżniam tego, i jakiś woreczek. Wolę nie brać go do rąk. Podchodzę bliżej i uważnie się mu przyglądam. Tam coś jeszcze jest. Biały proszek.. Czyżby to narkotyk? Alkohol i narkotyk razem? Mamo! Czy ty ocipiałaś? Wychodzę, zamykam drzwi i idę do siebie. Nie, nie chce mi się wierzyć. Nie mogę. To moja mama. Zawsze mi mówiła, co jest dobre, a co złe. To, co ona robi jest złe! A zdawała się być uporządkowaną kobietą, która może mieć wszystko, bo ma bogatego męża i córkę psycholkę, willę, pieniądze, markowe ubrania, wszystko. Szkoda tylko, że córka im się nie udała...
Podchodzę do lustra, zaciągam górne ubranie do góry i z ciekawości patrzę na swój brzuch. Do chudych to on nie należy. Idę do kuchni. Muszę coś zjeść. Pomimo, że żołądek zaś mi na to nie pozwala, ignoruję go. Śniadanie to podstawa, trzeba zjeść coś rano, albo przez resztę dnia nie jesteś sobą. Dzisiaj niedziela, jak zwykle w ten dzień nie mam nic do roboty. Ciekawość zżera mnie od środka przez ten sen. Moja wyobraźnia szykuje dla mnie opowiadanie, które muszę rozwiązać czy co? Robię kanapkę z szynką i ogórkiem i popijam wodą. Brzuch chyba tego nie strawi. Pędem biegnę do łazienki, otwieram kibel i zwracam śniadanie. Mam w oczach łzy, nie chcę, ale to samo działa. Gdy męczarnia się kończy, wstaję, przemywam twarz, myję zęby i patrzę na swoje odbicie. Wyglądam coraz gorzej. Z każdym kolejnym dniem. Robię makijaż, czesze włosy i wychodzę. Jeszcze mi nie dobrze, ale mam nadzieję, że świeże powietrze polepszy mój stan. 
Mój pierwszy cel - plac zabaw. Sama nie wiem czemu na to się piszę. Może to są fragmenty mojego dzieciństwa, którego po części nie miałam?  A ta dziewczynka to ja? A ten chłopczyk to kto? 
Właśnie znajduję się na placu zabaw. Jest pusty, nie dziwię się. Jest wcześnie rano. Okrążam go całego, do czasu, gdy znajduję to miejsce ze snu. Siadam na piasku, zamykam oczy, wiatr lekko wieje, Głupku, a gdzie masz śnieg? Nie wiem, nie przejmuję się tym. Dostaję natchnienia? Tak, chyba tak to mogę nazwać. Wstaję i biegnę na tą ulicę. Nie jest to dość łatwe, ale po próbach udaje mi się.Stoję przed drzwiami nie za dużego domu. Na pierwszy rzut oka wygląda nie za ładnie. Niezadbany - jednym słowem. Niezadbany. No nic. Pukam. Dzwonię. Słyszę czyjeś kroki, które zbliżają się. Drzwi się otwierają, a w nich staje kobieta po 40, brązowe włosy, chyba się pomyliłam. 
- A ty to kto? - pyta i się chwieje. Jest pod wpływem mocnego alkoholu. Czuć to na kilometr...


Uff, no to jestem! Mam nadzieję, że ten rozdział was zachęci do komentowania. :) 
I, że starcza wam taki nieco dłuższy. 
Na moim pierwszym blogu napisałam taką zasadę, to i tutaj też. Mam nadzieję, że się nie pogniewacie. 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)
I hope you like it! :) 
Za błędy przepraszam i do następnego. xx

czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 4

Od chwili, kiedy tu przyjechaliśmy, próbuję dodzwonić się do mamy. Może faktycznie jest zajęta? Albo pewnie poszła tańczyć .... Aż źle mi się robi, kiedy wspomnę tamtą noc. W ogóle żałuję, że nabrałam odwagi, co we mnie wstąpiło?
I ta fabryka, ten dziwnie zachrypnięty głos jakiegoś mężczyzny, który zauważył mnie i tatę wybiegających z fabryki 'Zostawcie ich!'. Czemu nas obronił? Może wiedział, że u niego pracuje moja mama? Albo nie chce mieć kłopotów. Ale zaraz. Ten głos ... On brzmiał podobnie jak tego chłopaka, w którego uderzyłam przez przypadek. Może to był on? Nie jestem do końca pewna, więc nie będę się już nad tym zastanawiała. I już nigdy się nie spotkali ... Ponownie przyśnił mi się ten sen. Co to w ogóle znaczy? Ta dziewczynka przypomina mnie, a chłopczyk? Nie kojarzę, pewnie moja wyobraźnia. Boję się coraz bardziej tych snów.
- Diana? Śpisz czy jeszcze nie? - przerywa mi tata.
- Nie, jest dopiero po 20.
- Ubierz się jakoś, zaraz idziemy na kolację. - wychodzi i idzie do swojego pokoju ubrać się pewnie w garnitur, krawat i postawić włosy na żelu. Istna codzienność. Ale co poradzić. Tak to już jest, jak jest się biznesmenem.
Wstaję i szukam czegoś okazjonalnego. Na pewno nie żadnej sukienki. Przestałam w nich chodzić od kiedy pierwszy raz moje ciało zażyło ostre cięcie małą, metalową żyletką. Jak już to służą mi jako ścierki do wycierania rąk z krwi, nic więcej.
Zakładam jakąś koszulę w kratkę, na to sweterek bez guzików, czarne rurki zmieniam na jaśniejsze i mogę stwierdzić, że jest wszystko ok i jestem gotowa na tą kolację. Nie wiem czemu, aż mnie skręca w żołądku. Nie mam ochoty nic jeść. Ale nie powiem tego tacie, bo będzie miał mi to pewnie za złe jak to on.
Wychodzę z pokoju, już czeka na mnie. Krzywi się na mój widok. Wiem, że źle wyglądam, nie musisz mi tego aż tak okazywać.
- Co? - pytam oschle.
- Nic, nic. - zbywa mnie i wychodzimy na długi korytarz, a nim prosto do windy. Zjeżdżamy na odpowiednie piętro i po chwili jesteśmy w jadalni. Większość obecnych skierowała na nas wzrok. Jestem jego córką, nie dziwką.
- Siadaj. - mówi, a on sam gdzieś idzie i po chwili tracę go gdzieś w tłumie elegancko wyglądających ludzi. Jakaś babka patrzy na mnie złowrogo. Też patrzę na nią. Nie dam za wygraną. Ale ty i tak przegrasz. Nie musisz udawać jakieś.. Ignoruję moją podświadomość, ma rację, ale tego nie chcę słyszeć.
- Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. Spotkałem znajomego z innej firmy z którą współpracuję.
- Em, ok. Nie ma sprawy, nic się nie stało. - siada naprzeciwko mnie w tym zasłaniając połowę sylwetki tej kobiety. Na oko po 40, brązowe włosy. Nie wyglądają na farbowane. Wygląd zadbany.
- Nad czym tak myślisz? - wyrywa mnie głos taty.
- Nad niczym. - próbuję go zbyć, lecz na daremno.
- Przecież widzę, nie jestem ślepcem. Całą drogę myślisz i myślisz. Co się dzieje? - serio? Aż tak myślę? Aż tak to widać?
- Martwię się o mamę. - kłamię. Co prawda martwię się o nią, ale myślami jestem bardzo daleko od niej.
- Ja też, skarbie. Ja też.
- Państwa kolacja. Proszę i smacznego. - mówi kelnerka dając nam kolację i odchodzi. Czy już mówiłam, że mnie skręca w środku? Tak? No to teraz mogę powiedzieć, że chcę się zabić. Nigdy tego nie zjem. Ładnie pachnie i wygląda, smakuje pewnie też, ale nie mogę. Żołądek mi tego odmawia. Nie wiem czemu, co jest tego przyczyną.
- Nie jestem głodna. - mówię i odsuwam talerz.
- Musisz zjeść. To jest specjalna kolacja. - ta, bardzo specjalna.
- Nie. Mogę.
- Musisz to zjeść! - podnosi głos, przez co wstaję i z płaczem wybiegam z jadalni. Cała sala wtedy była skierowana na nas. Podążam schodami. Nie chcę windy, ktoś może w niej być i się mnie pewnie spyta 'Dlaczego płaczesz?', 'Co się stało? Mogę jakoś pomóc?'. Nie lubię użalać się nad sobą komuś, kto mówi, że rozumie, a tak naprawdę chuja wie.
Męczę się i siadam na jednym ze schodów zakrywając twarz w dłoniach. Nie cierpię jak ktoś podnosi na mnie głos. Jestem wtedy bezsilna, taki impuls.
- Diana? Diana! - słyszę jego głos. Spoglądam w dziurę, która była między schodami, widzę jego rękę i trochę głowy. Po cichu, ale szybko pędzę w górę. Czasami obracam się, aby upewnić się, czy mnie nie dogonił.
'Piętro 27', moje piętro. Wychodzę przez drzwi na korytarz już mi lekko znany. Idę do 'mojego' apartamentu. Przekręcam klucz w drzwiach i po chwili jestem u siebie w pokoju. Także przekręcam drzwi na zamek, aby ojciec nie wszedł. Sięgam do kosmetyczki po żyletkę i idę do łazienki, jak to się mówi - miejsca zbrodni. Dla pewności tu też się zamykam.
Siadam na podłodze przy wannie, przykładam żyletkę do nadgarstka. Muszę to zrobić, nawet jak nic strasznego się nie stało. Musze, to moje lekarstwo na tymczasowe zapomnienie. Uzależnienie..
Mocno zaciskam metalową rzecz na skórze i już mam zamiar pociągnąć w dół, gdyby nie głos ojca zza drzwi do pokoju.
- Diana? Jesteś tam? Otwórz! Nie chciałem, proszę.
- Jestem! - warczę i ruszam ręką wskutek czego zrobiłam małą ranę i syknęłam. Szlag.
- Możemy pogadać?
- Nie. - odpowiadam stanowczo i szybko dodaję - Idę spać.
- Eh, ok. Dobranoc. Jutro się widzimy, nie?
- Noo.. - słyszę jak się oddala. Udaję, że go w ogóle nie było i wracam do tego, czego tak jakby nie zaczęłam.
- Teraz albo nigdy ... - jedno cięcie, i drugie, i kolejne, następne, aż tracę siły, żyletka leży na ziemi, wszystko jest we krwi, ja też. Płaczę, ale nie za głośno. Nie chcę, żeby słyszał. Nie chciałabym mu się tłumaczyć. Ponownie ujrzałam ten charakterystyczny widok. Ciepła czerwona ciecz powoli spływała po skórze. Czułam ból, czułam szczypanie, pieczenie, nie wiem jak to określić. To uczucie jest tak dobrze znane.
A ponoć mieliśmy wypocząć. Wychodzę z łazienki, biorę torbę z ubraniami i innymi rzeczami i czekam. Czekam, aż pójdzie spać, albo gdzieś wyjdzie. Już dłużej tutaj nie wytrzymam. Wolę jednak być pod opieką mamy. Pomimo jej zachowania. Gdyby tak spojrzeć, to taty za dobrze nie znam. Z mojego dzieciństwa kojarzę najbardziej mamę i babcię od strony mamy.
Idę jeszcze raz do łazienki. Podłoga była czerwona, żyletka nadal leżała. Zbytnio nie przejmuję się nią. Mam zapas tego. A wycierać nie będę. Nie moja wina.
A w sumie jak tata zobaczy to pewnie będzie wyklinał to na siebie, to na każdego innego kogo spotka na drodze.  Mnie to nie obchodzi. Chcę jak najszybciej stąd wyjść. Teraz moim marzeniem jest siedzieć samej w domu.
Wychodzę po cichu, aby sprawdzić, czy tata śpi czy co on tam może robić.
- Nie ma go. - stwierdzam i już zamierzam brać torbę, gdy moją uwagę przykuwa karteczka na stoliku w salonie. 'Poszedłem się przejść do jakiegoś pobliskiego klubu. Będę późno, nie czekaj na mnie.' Nawet nie zamierzam. Biorę torbę i zatrzaskuję drzwi nawet ich nie zamykając. Idę do windy, wciskam odpowiedni guzik i czuję jak jadę w dół. Wychodzę z niej. Jak zawsze, wszyscy muszą patrzeć się na mnie. A zwłaszcza ta recepcjonistka. Nie lubię być w centrum uwagi.
Wychodzę przed hotel, no i teraz jestem w kropce. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem gdzie pójść, nie wiem jak wrócić do domu. W skrócie nic nie wiem. Może być podróżnikiem na gapę? Pieniądze ... szlag by to trafił! Zapomniałam wziąć pieniędzy. I co teraz?
* oczami Kate *
Jestem zmęczona. Nie wiem jak długo tak pociągnę. Fakt, na początku to było przyjemne, ale teraz. To jest istne piekło. Odkąd szef zaczął dawać dodatkowo alkohol i narkotyki razem, nie wytrzymuję. Ten ból doprowadza mnie do płaczu. Ale muszę. Muszę dla bezpieczeństwa mojej rodziny, która niegdyś była szczęśliwsza.
Klient wychodzi. Zamykam drzwi i sprawdzam telefon. 8 nieodebranych połączeń od .... Diany ... Szybko wybieram jej numer, przykładam telefon do ucha i czekam na sygnał.
- Tak? - słyszę jej głos. Kamień spadł mi z serca.
- I jak? Dojechaliście szczęśliwie? Wszystko jest dobrze?
- Tak, mamo. Właśnie jestem na spacerze. A tata został w hotelu. A jak z tobą? Czemu nie odbierałaś?
- U mnie też wszystko w porządku. Tylko nudzę się bez was. Miałam wyciszony telefon. Przepraszam, jutro pogadamy, bo idę do pracy. Papa. Kocham cię. Uważaj na siebie. Pa!
- Ja ciebie też. Pa. - rozłączyłyśmy się w tym samym momencie. Jak ten czas szybko leci. Cały dzień zajął mi ten klient.
No nic. Na tym to polega. Patrzę na zegarek w telefonie. Godzina 20:57, sobota. Dzisiaj zdecydowanie wszystko się pieprzy. Jak co sobotę jestem zmuszona zadowalać szefa z 'koleżanką' z pracy. Czy jemu to się kiedyś znudzi?
* oczami Diany *
Mama dała mi natchnienia. Nie wiem do czego, ale ważne, że dała, że ją usłyszałam. Tylko jedno nie daje mi spokoju. Ona się martwi o mnie, a ja ją okłamuję. I tak jest dziwką. Ona nią nie jest! Może tylko tańczy na rurze, nie? Modlę się, aby nie.
Odkąd mama zadzwoniła, idę przez park. Jest baaardzo ogromny, z tego co mówił ojciec. A na końcu jest autostrada.
Jest zupełnie ciemno, jedynie latarnie coś oświetlają. Rozglądam się. Strach mną włada. Nie wiem co się dzieje ze mną, z moim ciałem. Uderzam w kogoś. Byliśmy centralnie pod latarnia, więc śmiało mogłam spostrzec kto to był. Patrzę w górę. Czemu akurat mnie to spotkało? CZEMU.


Od jutro do niedzieli jestem w górach, ale postaram się coś napisać. ( jeśli czas mi na to pozwoli )
Mam nadzieję, że jakoś wyszedł. Bo ja sama zdecydowanie jestem na NIE dla tego rozdziału, ale ocenę pozostawiam wam. xx

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 3

Uwaga! Ten rozdział jest trochę inny. Czyli, że piszę go tylko w jednym czasie - teraźniejszym. Mam nadzieję, że jest lepiej.
Miłego czytania!


Wchodzę do domu. Drzwi są otwarte, co mnie dziwi i lekko straszy. Pomału i po cichu idę do salonu. Nikogo nie ma. Idę do kuchni. Nic. Łazienka też. Cały parter jest pusty. Gdy jestem w połowie drogi na schodach, słyszę chrapanie z sypialni dla gości. Całe moje ciało się trzęsie na myśl, że ktoś obcy jest u mnie w domu. Czyli wraca ta stara Diana - wiecznie płochliwa. Otwieram drzwi i wychyla głowę. Na łóżku śpi nie kto inny jak tata. Czuć alkohol na całe pomieszczenie. Zamykam drzwi i idę do swojego pokoju. Kładę się. Spoglądam na godzinę. Jest 2:37. Usypiam....
- Nie zapomnis o mie? - mówi mała dziewczynka do chłopczyka, którego zna od tych wakacji, a ich mamy mają dużo tematów do obgadania. 
- Zawse bede o tobie pamietał. A ty o mie? - odpowiada po czym złącza ich rączki.
- Tes. Ale obiecujes, ze sie kiedyś spotkamy?
- Tak. - przytulają się. Dziewczynka jak i chłopczyk płaczą z cicha. Dziewczynka nigdy nie zapomni jego magicznego koloru oczu, w które mogłaby patrzeć cały czas. Natomiast chłopczyk nigdy nie zapomni jej pięknego uśmiechu. 
Kochają się, ale o tym nie wiedzą. Są za mali, aby wiedzieć co to jest za uczucie. Ponoć małe dzieci kochają naprawdę. Kochają prawdziwym uczuciem niż dorośli. Oni właśnie tak mają. 
Niestety nadszedł czas rozłąki. Dziewczynka całuje chłopczyka szybko w kącik jego ust, zaśmiewa się i odchodzi w stronę swojej mamy. Chłopczyk wpatruje się przez chwilę w sylwetkę małej dziewczynki i także odchodzi. 
I do teraz się nie spotkali....
Przewracam się na drugi bok dokładniej przykrywając się kołdrą. Unoszę powieki do góry wyszukując zegar. Jest dopiero po 10, a ja nadal śpiąca. Zamykam oczy i ponownie chcę zasnąć, ale tata mi przerywa.
- Hej, córciu? Wstałaś już? - mruczę - O, to dobrze! A więc, pakuj się szybko, schodź na dół, zjesz śniadanie i jedziemy! - wychodzi. Gdzie jedziemy?! Tylko nie to, proszę cię Boże... Nie mam sił na nic. Ale na ile? Po co?
Z wielkim grymasem na twarzy wstaję, ale po chwili upadam pod wpływem bólu. Wszystko mnie boli. Tyłek pewnie od wczorajszego upadku przez tajemniczego nieznajomego, nogi od biegania, oczy od płaczu, głowa od emocji i ręka ...
Ponawiam próbę wstania. Muszę przytrzymać się stolika, aby nie upaść.
Biorę czyste ciuchy, idę do łazienki zamykając się przy tym na klucz. Rozbieram się i wchodzę pod prysznic, odkręcam wodę i pozwalam swojemu ciału na to, aby kropelki zimnawej cieczy ochłodziły mnie. Może to dziwne, ale wolę wodę zimną bądź letnią niż gorącą. Namydlam ciało, po chwili spłukuję się tak jak włosy z szamponu. Owijam się dużym miękkim ręcznikiem, a na głowę ręcznik tworząc rak zwany turban. Spoglądam w lustro po raz pierwszy dzisiaj. Oczy całe czerwone i opuchnięte, wory pod oczami, gdzieniegdzie resztki rozmazanego makijażu na policzkach i na powiekach.
- Gorzej wyglądać się już nie ma! - krzyczę. Myję twarz, kremuję ją i robię lekki makijaż. Tak zwany no make-up look, żeby bynajmniej zakryć te worki pod oczami, chociaż wątpię czy to coś pomoże.
Gdy uznaję, że poprawiłam swój wygląd chociaż troszeczkę i upewnia się, że nie widać blizn, mogę iść na dół.
- Dzień dobry! - wita mnie mama. Odmachuję jej niepewnie. Dopóki to wszystko się nie wyjaśni, nie chcę mieć z nią jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego i w ogóle. W kuchni jest tata. Dobra okazja, aby porozmawiać o mamie. Oby nie słyszała.
- Najpierw chcę się ciebie spytać, gdzie jedziemy?
- Na weekend w góry.
- Mama też?
- Nie. - odpowiada tak jakbym spytała się o jego datę śmierci.
- Czemu?
- Mama ma nocki, zapomniałaś? - jego ton zaczyna mnie pomału irytować.
- Ale spokojnie, dam sobie radę. Wy jedźcie i się bawcie. - weszła do kuchni rodzicielka i przytula mnie. Nie odwzajemniam gestu. Myśl, co te ręce wczoraj robiły, co mogły dotykać przeraża mnie. Siadam na stołku przy wyspie. Kątem oka mogę spostrzec , że tata całuje mamę w usta i wychodzi. Dziwne, bo jeszcze niecałe 3 minuty temu mówił o niej tonem dość nietypowym.
- Od kiedy jesteście pogodzeni? - przerywam tą niezręczną ciszę.
- Doszliśmy do wniosku, że nie warto się dalej kłócić o jakieś błahostki. Powiedziałam mu całą prawdę i zrozumiał. Nie drąż już tego tematu.
- Czemu? Mam prawo wiedzieć, ja także się martwię. Jestem przecież waszą córką, nie?
- Diana, to nie tak. Ty niczego nie rozumiesz.
- Tak samo jak wcz.. - waham się i nie dokańczam zdania.
- Tak samo jak .... ?
- Ty tego nie zrozumiesz. - odgryzam się jej i idę do pokoju. Nie cierpię się kłócić z mamą czy tata.Ale czasami sytuacja tego wymaga.
- Pakujesz się?! - krzyczy tata z innego pokoju. Kurde, myślałam, że zapomniał.
- Oczywiście! - odpowiadam mu i wyciągam jakąś torbę z szafy, a zaraz po wybieram ubrania, no tak. Ty jest chyba problem każdej dziewczyny. Co by tutaj zabrać? Co spakować, a co nie? Nie lubię tego. Biorę jedną parę czarnych rurek, 3 koszulki, 3 pary majtek i 3 pary skarpetek. Zawsze biorę 'na zapas'. Później kosmetyki i inne pierdoły nie zapominając o narzędziu zbrodni. Bez niej nie przeżyję. Durne uzależnienie. Biorę jeszcze telefon, słuchawki i ładowarkę. Hm, jestem gotowa. Tak sądzę.
Z torbą na ramieniu, wychodzę z pokoju zamykając go na klucz. Prywatność. Nie lubię jak ktoś wchodzi do mojego pokoju bez mojej zgody, czy bez mojej wiedzy.
- Jestem gotowa. - mamroczę, na co tata szybko się podnosi i podchodzi do mnie.
- To super! Możemy już jechać. - mówi i bierze moją jak i jego torbę. Coś przeczuwam, że ten weekend będzie bardzo, ale to bardzo męczący.
- Jakby co to dzwoń. - mówię do mamy i wychodzę. Siadam w miękkim skórzanym fotelu z tyłu, włączam muzykę i próbuję zasnąć.
* oczami Kate *
Pojechali, będę miała czas, aby wszystko przemyśleć. Na przykład to, co było dzisiejszej nocy. Nie jestem do końca pewna, czy to była ona czy nie. A pytać się nie chcę. Gdyby się okazało, że to nie ona, przy okazji bym się wygadała. Nie mogę jej nic mówić, chcę ją chronić, nawet jak to grozi moją śmiercią. A co do Johna, okłamałam go. Powiedziałam tylko, że szef jest bardzo wymagający i dla niego liczy się dokładność. W sumie, mój szef jest taki, ale powiedziałam, że on jest szefem jakiś biurowców. Całe szczęście, że nie pytał się jakich.Niestety jest tak, że posądza mnie o zdradę, a to ewidentna bzdura! Kocham go nad życie. Nigdy nie wyobrażam sobie kogoś innego na jego miejscu, a te kłótnie, mam nadzieję, że nic poważnego. Że po jakimś czasie wróci to wszystko do formy. Nadzieja matką głupich.
Dzwoni telefon. Szybko podążam w stronę wydobywającego się dźwięku. Patrzę na wyświetlacz. To on. Koszmar wszystkich koszmarów. Mój 'szef'.
- Tak? - odbieram.
- Pojechali? - pyta od razu.
- Tak, jakieś 2 minuty temu.
- Mam nadzieję, że wszystko wzięli. Bo nie chcę, aby widzieli ciebie podczas roboty.
- C-co masz na myśli? - jąkam się.
- A to, że zaraz u ciebie będziemy z klientem. Przyszykuj wszystko. Wino, a najlepiej czysta wódka + to co zawsze dla adrenaliny. - rozłączył się. Głośno wzdycham i idę przygotować pokój gościnny. Zasłaniam rolety, dokładnie układam pościel wraz z poduszkami. Idę do kuchni po dwie lampki i wódkę. A z torebki wyjmuję mały woreczek i z tym idę do pokoju, który przed chwilą przygotowywałam. Kładę rzeczy na szafce nocnej i wychodzę się przebrać w strój, którego osobiście nienawidzę. Wciskam się w dość skąpy strój z koronką. Zakładam na to zwykłe ciuchy. Słyszę dzwonek do drzwi. Momentalnie serce zaczęło bić szybciej, czasami miałam wrażenie, że staje. Wolnym krokiem idę do drzwi. Patrzę przez lukę, już jest. Jego okulary przeciwsłoneczne zawsze mnie przerażają. Ponoć nikt nigdy nie widział jego oczu. I chyba nie chcę być tą pierwszą.
Otwieram drzwi.
- Kate, to jest twój klient. Mam nadzieję, że obsłużysz pana jak najlepiej. - mówi po czym idzie w stronę swojego czarnego Range Rovera i odjeżdża ostatni raz spoglądając na mnie.
- Mam nadzieję, że się postarasz. Dużo zapłaciłem. Nie spieprz tego. - syczy, wchodzi do domu, zamyka za sobą drzwi na klucz i zaczyna mną rządzić....
* oczami Diany *
Obudziłam się, ponieważ czuję, że auto stoi. Rozglądam się za szybą, jesteśmy na stacji. Taty nie ma w środku. Pewnie poszedł sobie coś kupić, albo się załatwić. Spoglądam na telefon, gdy dociera do mnie fakt, że muzyka nie gra. Rozładowany.
- Pięknie. - mamroczę do siebie i wychodzę zaczerpnąć świeżego powietrza. Głęboko zaczerpuję powietrza i po chwili je wypuszczam.
- O, śpiąca królewna już wstała. - zaśmiewa się ojciec, na co ja wymuszam uśmiech na mojej twarzy.
- Ale i tak się nie wyspałam.
- Ty byś tylko spała i spała. - ty byś tylko się cięła i cięła. Kurwa, a było tak doskonale! Moja podświadomość się przebudziła. Witamy. Nie kpij sobie ze mnie, bo pożałujesz. Ja chyba potrzebuję tego psychiatryka, tak mi odwala, że mówię już sama do siebie! - Dobra, właź. Zostało nam jeszcze do przejechania 70 km. Chodź teraz do przodu, bo zaś zaśniesz z tyłu.
- Eh, ok. - nigdy nie siedzę z przodu. Może jak byłam mała, to wtedy chciałam, ale teraz nie. Nie lubię tego uczucia, jak gdzieś stoimy na światłach, a przechodnie stoją i patrzą się na przednie siedzenia i kto na nich siedzi.
Usiadłam na miejscu pasażera obok kierowcy i po chwili ruszyliśmy w dalszą podróż.
- Tato?
- Tak?
- Co ci mama mówiła?
- A co mi miała mówić?
- Widziałam jak ją pocałowałeś rano, więc to oznacza, że jesteście pogodzeni, prawda?
- Nie do końca.
- Jak to? Mama mówiła co innego.
- Co ci niby mówiła?
- Że nie warto się już kłócić, powiedziała ci wszystko, a ty to zrozumiałeś. A jaka jest twoja wersja?
- Taka sama jak jej. - odpowiada stanowczo. Dobrze wiem, że kłamie. Zawsze rozpoznam jak ktoś kłamię, może dlatego, że znam się na ludziach.
- Kłamiesz.
- Nie.
- Tak tato i weź przestań. Powiedz mi, proszę. - mówię całkiem skruszona na myśl, czy jak mi powie, to ta wiadomość zaboli czy nie.
- Dobrze! Ale nie gadaj matce, że ci powiedziałem. Mówiła, że jej szef jest bardzo wymagający i dla niego liczy się dokładność, porządek, a jeśli coś zrobisz źle, automatycznie cię zwalnia. Zadowolona?
- Tak. - nie. Przecież dobrze wiem, że mama go okłamała. Otwieram lekko buzię, aby coś powiedzieć, ale się wycofuję. To jeszcze nie ta pora, aby mówić mu, co takiego widziałam w klubie. Może kiedy indziej, jeśli nastanie taka okazja. A jeśli nie to trudno.
Przez resztę drogi milczę. Skoro on nie chce też drążyć tego tematu... Nic na to nie poradzę. Sama się dowiem. Przestań zgrywać taką twardą. I tak wszyscy wiemy, że jesteś tchórzem, pozerem, nic nie wartym gównem....
Ma rację. Jestem tchórzem, nawet jakbym chciała próbować udawać. Zaciskam ręce w pięści, ale gdy czuję ból szybko rozluźniam mięśnie.
- Nad czym tak myślisz? Wysiadaj, już jesteśmy. - mówi, na co ja wzdrygam się. Wychodzę z pojazdu i moim oczom ukazuje się bardzo duży hotel. No, do tanich to on nie należy. Ale czego spodziewać się po tacie. W końcu to biznesmen. - I jak? Robi wrażenie, prawda? - nie odpowiadam tylko potakuję głową. - A w środku jest jeszcze lepiej. Chodź i się przekonaj. - pcha mnie do dużych obrotowych drzwi. Mało by brakowało, a bym się uderzyła w czoła przez te drzwi.
W środku było jak w bajce! Serio, chociaż bajki już dawno straciły dla mnie sens, tak samo jak moje życie.
- Dzień dobry, witamy w hotelu Prestige. - mówi jakiś stary mężczyzna, gdy wchodzimy do holu. Potakujemy na znak, że także życzymy mu dobrego dnia.
- Dzień dobry. Składałem tutaj rezerwację. - mówi tata do wysokiej brunetki. Gorszym plastikiem nie da się być niż lalka barbie, serio.
- Nazwisko? - pyta próbując wypowiedzieć to seksownie, chociaż jej się to nie udaje. Cicho się zaśmiewam.
- Pain. John Pain.
- Już, chwileczkę ... Ah, tak! Jest, duży apartament z widokiem na góry i strumyki, tak?
- Tak.
- Proszę, to państwa klucz. - mówi po czym daje mojemu tacie dwa klucze. Jak myślę, jeden dla mnie.
- Teraz zobaczysz, co to bogactwo. - ta, on zawsze chce 'na bogato'. Dla niego nie liczy się ile kasy wyda, ważne, aby czuł się jak król. Zarabia tyle tej kasy, że mógłby sobie tyłek podcierać banknotami. Wjeżdżamy winda na ostatnie piętro. Tata przekręca klucz w zamku i wchodzimy do środka.
- Wow. - to jedyne co mogę w tej chwili wypowiedzieć.
- W twojej sypialni jest już torba, idź się wypakować. - posłusznie poszłam do pokoju, w którym miałam nocować tą noc. Wchodzę i okazuje się, że sypialnia jest prawie tak wielka jak przedpokój. A na łóżku widnieje moja torba. Szybko wyjmuję ładowarkę i podłączam do gniazdka, a następnie telefon do ładowania. Wybieram numer do mamy i dzwonię.
Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Czwarty.... Nie odbiera. Pewnie coś robi i nie słyszy, albo ma wyciszony dźwięk jak zwykle.
Ciekawe, co jest ważniejsze niż otrzymanie dobrej nowiny, że jej córka z ojcem dotarli cali i zdrowi na miejsce. Sama mówiła, abym jej oznajmiła, że dotarliśmy na miejsce i nic nam nie się stało.


Wiem, zdjęcie nie na miejscu, ale cóż... Zaczęłam pisać ten rozdział jeszcze dzisiaj grubo po 18, więc takie coś mi wyszło, tylko dlatego, aby nie zostawiać was samych bez trzeciego rozdziału i to jeszcze o naszym solenizancie! ♥ Nie wierze, że on ma 21 lat na karku. Hazza zawsze będzie tym dzieciakiem z X-Factor. ♥
Kolejny pojawi się w środę albo w czwartek. Rozdziały będą częściej, bo zaczynam ferie.
Mam nadzieję, że wam się podoba tak samo jak nowy wygląd. :)
Za błędy przepraszam. xx
Theme by violette