czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 4

Od chwili, kiedy tu przyjechaliśmy, próbuję dodzwonić się do mamy. Może faktycznie jest zajęta? Albo pewnie poszła tańczyć .... Aż źle mi się robi, kiedy wspomnę tamtą noc. W ogóle żałuję, że nabrałam odwagi, co we mnie wstąpiło?
I ta fabryka, ten dziwnie zachrypnięty głos jakiegoś mężczyzny, który zauważył mnie i tatę wybiegających z fabryki 'Zostawcie ich!'. Czemu nas obronił? Może wiedział, że u niego pracuje moja mama? Albo nie chce mieć kłopotów. Ale zaraz. Ten głos ... On brzmiał podobnie jak tego chłopaka, w którego uderzyłam przez przypadek. Może to był on? Nie jestem do końca pewna, więc nie będę się już nad tym zastanawiała. I już nigdy się nie spotkali ... Ponownie przyśnił mi się ten sen. Co to w ogóle znaczy? Ta dziewczynka przypomina mnie, a chłopczyk? Nie kojarzę, pewnie moja wyobraźnia. Boję się coraz bardziej tych snów.
- Diana? Śpisz czy jeszcze nie? - przerywa mi tata.
- Nie, jest dopiero po 20.
- Ubierz się jakoś, zaraz idziemy na kolację. - wychodzi i idzie do swojego pokoju ubrać się pewnie w garnitur, krawat i postawić włosy na żelu. Istna codzienność. Ale co poradzić. Tak to już jest, jak jest się biznesmenem.
Wstaję i szukam czegoś okazjonalnego. Na pewno nie żadnej sukienki. Przestałam w nich chodzić od kiedy pierwszy raz moje ciało zażyło ostre cięcie małą, metalową żyletką. Jak już to służą mi jako ścierki do wycierania rąk z krwi, nic więcej.
Zakładam jakąś koszulę w kratkę, na to sweterek bez guzików, czarne rurki zmieniam na jaśniejsze i mogę stwierdzić, że jest wszystko ok i jestem gotowa na tą kolację. Nie wiem czemu, aż mnie skręca w żołądku. Nie mam ochoty nic jeść. Ale nie powiem tego tacie, bo będzie miał mi to pewnie za złe jak to on.
Wychodzę z pokoju, już czeka na mnie. Krzywi się na mój widok. Wiem, że źle wyglądam, nie musisz mi tego aż tak okazywać.
- Co? - pytam oschle.
- Nic, nic. - zbywa mnie i wychodzimy na długi korytarz, a nim prosto do windy. Zjeżdżamy na odpowiednie piętro i po chwili jesteśmy w jadalni. Większość obecnych skierowała na nas wzrok. Jestem jego córką, nie dziwką.
- Siadaj. - mówi, a on sam gdzieś idzie i po chwili tracę go gdzieś w tłumie elegancko wyglądających ludzi. Jakaś babka patrzy na mnie złowrogo. Też patrzę na nią. Nie dam za wygraną. Ale ty i tak przegrasz. Nie musisz udawać jakieś.. Ignoruję moją podświadomość, ma rację, ale tego nie chcę słyszeć.
- Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. Spotkałem znajomego z innej firmy z którą współpracuję.
- Em, ok. Nie ma sprawy, nic się nie stało. - siada naprzeciwko mnie w tym zasłaniając połowę sylwetki tej kobiety. Na oko po 40, brązowe włosy. Nie wyglądają na farbowane. Wygląd zadbany.
- Nad czym tak myślisz? - wyrywa mnie głos taty.
- Nad niczym. - próbuję go zbyć, lecz na daremno.
- Przecież widzę, nie jestem ślepcem. Całą drogę myślisz i myślisz. Co się dzieje? - serio? Aż tak myślę? Aż tak to widać?
- Martwię się o mamę. - kłamię. Co prawda martwię się o nią, ale myślami jestem bardzo daleko od niej.
- Ja też, skarbie. Ja też.
- Państwa kolacja. Proszę i smacznego. - mówi kelnerka dając nam kolację i odchodzi. Czy już mówiłam, że mnie skręca w środku? Tak? No to teraz mogę powiedzieć, że chcę się zabić. Nigdy tego nie zjem. Ładnie pachnie i wygląda, smakuje pewnie też, ale nie mogę. Żołądek mi tego odmawia. Nie wiem czemu, co jest tego przyczyną.
- Nie jestem głodna. - mówię i odsuwam talerz.
- Musisz zjeść. To jest specjalna kolacja. - ta, bardzo specjalna.
- Nie. Mogę.
- Musisz to zjeść! - podnosi głos, przez co wstaję i z płaczem wybiegam z jadalni. Cała sala wtedy była skierowana na nas. Podążam schodami. Nie chcę windy, ktoś może w niej być i się mnie pewnie spyta 'Dlaczego płaczesz?', 'Co się stało? Mogę jakoś pomóc?'. Nie lubię użalać się nad sobą komuś, kto mówi, że rozumie, a tak naprawdę chuja wie.
Męczę się i siadam na jednym ze schodów zakrywając twarz w dłoniach. Nie cierpię jak ktoś podnosi na mnie głos. Jestem wtedy bezsilna, taki impuls.
- Diana? Diana! - słyszę jego głos. Spoglądam w dziurę, która była między schodami, widzę jego rękę i trochę głowy. Po cichu, ale szybko pędzę w górę. Czasami obracam się, aby upewnić się, czy mnie nie dogonił.
'Piętro 27', moje piętro. Wychodzę przez drzwi na korytarz już mi lekko znany. Idę do 'mojego' apartamentu. Przekręcam klucz w drzwiach i po chwili jestem u siebie w pokoju. Także przekręcam drzwi na zamek, aby ojciec nie wszedł. Sięgam do kosmetyczki po żyletkę i idę do łazienki, jak to się mówi - miejsca zbrodni. Dla pewności tu też się zamykam.
Siadam na podłodze przy wannie, przykładam żyletkę do nadgarstka. Muszę to zrobić, nawet jak nic strasznego się nie stało. Musze, to moje lekarstwo na tymczasowe zapomnienie. Uzależnienie..
Mocno zaciskam metalową rzecz na skórze i już mam zamiar pociągnąć w dół, gdyby nie głos ojca zza drzwi do pokoju.
- Diana? Jesteś tam? Otwórz! Nie chciałem, proszę.
- Jestem! - warczę i ruszam ręką wskutek czego zrobiłam małą ranę i syknęłam. Szlag.
- Możemy pogadać?
- Nie. - odpowiadam stanowczo i szybko dodaję - Idę spać.
- Eh, ok. Dobranoc. Jutro się widzimy, nie?
- Noo.. - słyszę jak się oddala. Udaję, że go w ogóle nie było i wracam do tego, czego tak jakby nie zaczęłam.
- Teraz albo nigdy ... - jedno cięcie, i drugie, i kolejne, następne, aż tracę siły, żyletka leży na ziemi, wszystko jest we krwi, ja też. Płaczę, ale nie za głośno. Nie chcę, żeby słyszał. Nie chciałabym mu się tłumaczyć. Ponownie ujrzałam ten charakterystyczny widok. Ciepła czerwona ciecz powoli spływała po skórze. Czułam ból, czułam szczypanie, pieczenie, nie wiem jak to określić. To uczucie jest tak dobrze znane.
A ponoć mieliśmy wypocząć. Wychodzę z łazienki, biorę torbę z ubraniami i innymi rzeczami i czekam. Czekam, aż pójdzie spać, albo gdzieś wyjdzie. Już dłużej tutaj nie wytrzymam. Wolę jednak być pod opieką mamy. Pomimo jej zachowania. Gdyby tak spojrzeć, to taty za dobrze nie znam. Z mojego dzieciństwa kojarzę najbardziej mamę i babcię od strony mamy.
Idę jeszcze raz do łazienki. Podłoga była czerwona, żyletka nadal leżała. Zbytnio nie przejmuję się nią. Mam zapas tego. A wycierać nie będę. Nie moja wina.
A w sumie jak tata zobaczy to pewnie będzie wyklinał to na siebie, to na każdego innego kogo spotka na drodze.  Mnie to nie obchodzi. Chcę jak najszybciej stąd wyjść. Teraz moim marzeniem jest siedzieć samej w domu.
Wychodzę po cichu, aby sprawdzić, czy tata śpi czy co on tam może robić.
- Nie ma go. - stwierdzam i już zamierzam brać torbę, gdy moją uwagę przykuwa karteczka na stoliku w salonie. 'Poszedłem się przejść do jakiegoś pobliskiego klubu. Będę późno, nie czekaj na mnie.' Nawet nie zamierzam. Biorę torbę i zatrzaskuję drzwi nawet ich nie zamykając. Idę do windy, wciskam odpowiedni guzik i czuję jak jadę w dół. Wychodzę z niej. Jak zawsze, wszyscy muszą patrzeć się na mnie. A zwłaszcza ta recepcjonistka. Nie lubię być w centrum uwagi.
Wychodzę przed hotel, no i teraz jestem w kropce. Nie wiem gdzie jestem, nie wiem gdzie pójść, nie wiem jak wrócić do domu. W skrócie nic nie wiem. Może być podróżnikiem na gapę? Pieniądze ... szlag by to trafił! Zapomniałam wziąć pieniędzy. I co teraz?
* oczami Kate *
Jestem zmęczona. Nie wiem jak długo tak pociągnę. Fakt, na początku to było przyjemne, ale teraz. To jest istne piekło. Odkąd szef zaczął dawać dodatkowo alkohol i narkotyki razem, nie wytrzymuję. Ten ból doprowadza mnie do płaczu. Ale muszę. Muszę dla bezpieczeństwa mojej rodziny, która niegdyś była szczęśliwsza.
Klient wychodzi. Zamykam drzwi i sprawdzam telefon. 8 nieodebranych połączeń od .... Diany ... Szybko wybieram jej numer, przykładam telefon do ucha i czekam na sygnał.
- Tak? - słyszę jej głos. Kamień spadł mi z serca.
- I jak? Dojechaliście szczęśliwie? Wszystko jest dobrze?
- Tak, mamo. Właśnie jestem na spacerze. A tata został w hotelu. A jak z tobą? Czemu nie odbierałaś?
- U mnie też wszystko w porządku. Tylko nudzę się bez was. Miałam wyciszony telefon. Przepraszam, jutro pogadamy, bo idę do pracy. Papa. Kocham cię. Uważaj na siebie. Pa!
- Ja ciebie też. Pa. - rozłączyłyśmy się w tym samym momencie. Jak ten czas szybko leci. Cały dzień zajął mi ten klient.
No nic. Na tym to polega. Patrzę na zegarek w telefonie. Godzina 20:57, sobota. Dzisiaj zdecydowanie wszystko się pieprzy. Jak co sobotę jestem zmuszona zadowalać szefa z 'koleżanką' z pracy. Czy jemu to się kiedyś znudzi?
* oczami Diany *
Mama dała mi natchnienia. Nie wiem do czego, ale ważne, że dała, że ją usłyszałam. Tylko jedno nie daje mi spokoju. Ona się martwi o mnie, a ja ją okłamuję. I tak jest dziwką. Ona nią nie jest! Może tylko tańczy na rurze, nie? Modlę się, aby nie.
Odkąd mama zadzwoniła, idę przez park. Jest baaardzo ogromny, z tego co mówił ojciec. A na końcu jest autostrada.
Jest zupełnie ciemno, jedynie latarnie coś oświetlają. Rozglądam się. Strach mną włada. Nie wiem co się dzieje ze mną, z moim ciałem. Uderzam w kogoś. Byliśmy centralnie pod latarnia, więc śmiało mogłam spostrzec kto to był. Patrzę w górę. Czemu akurat mnie to spotkało? CZEMU.


Od jutro do niedzieli jestem w górach, ale postaram się coś napisać. ( jeśli czas mi na to pozwoli )
Mam nadzieję, że jakoś wyszedł. Bo ja sama zdecydowanie jestem na NIE dla tego rozdziału, ale ocenę pozostawiam wam. xx

1 komentarz:

Theme by violette