wtorek, 10 lutego 2015

Rozdział 5

Momentalnie staję dęba, serce chyba nie pracuje, co się ze mną dzieje? Czemu aż tak reaguję? Hmm, może dlatego, że cały czas patrzy na mnie? Nie widzę jego oczu, ale czuję jego wzrok na mnie.
- Zaś ty? - kolana mi miękną pod wpływem jego głosu ....
- J-ja nie chciałam, na serio. Przepraszam. Po prostu nie wiem gdzie jestem, uciekłam z hotelu, bo nie wytrzymywałam z tatą.
- Eh, no dobrze. A gdzie jest twoja mama? Zaprowadzę cię do niej. - serio? Czy ja wyglądam na małe dziecko?
- W Holllmes Chapel ... - odpowiadam. Nie chce mi się wierzyć, że go znowu spotkałam. Tego samego kolesia, na którego wpadłam przez pomyłkę ostatnio na ulicy w nocy... Teraz jego loki było w dziwnym nieładzie, miał na nich kaptur, ten sam płaszcz, inne buty, spodnie chyba też, o matko. Jego zarys szczęki był nieziemski! Nie żeby co, tylko nigdy nie widziałam żadnego chłopaka, który ma taką szczękę.
- To szmat drogi stąd. Musisz wracać do ojca. - mówi stanowczo. Nigdy do niego nie wrócę! Nie chcę. Nie wiem czemu. Robię pierwsza krok i go wymijam, ale mi to uniemożliwia łapiąc mnie za nadgarstek. Auć, boli.
- Jest ciemno, nie wiadomo kogo możesz spotkać o tej porze i to jeszcze w parku.
- Właśnie dlatego chcę jak najszybciej odejść.
- A co? Boisz się mnie? Nie masz czego. - nie powiem mu, że się go faktycznie boję, bo może to wykorzystać.
- N-nie.
- To czemu się jąkasz?
- Bo mi zimno? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Nie pogrywaj sobie tak ze mną, jasne? Póki jestem dla ciebie miły, masz się posłuchać mnie. - kim on jest, aby tak do mnie mówić? - Teraz, grzecznie razem ze mną jedziesz do Holmes Chapel. Też tam mieszkam. Zrozumiano?
- T-taak, zrozumiano. - co on taki miły, właśnie? Dzień dobroci dla samobójców?
 - To chodź. - mówi i idzie przed siebie. Idę za nim, żeby zaś nie było, że się nie słucham. Z tyłu wygląda jak jakiś dorosły mężczyzna, który jest pewny siebie i wszystko mu wolno. W sumie, nie muszę go znać, bo widzę, że do takich należy.
- Jak masz na imię?
- Diana.
- Diana .. - mówi bardzo cicho.
- A ttty?
- Nie ważne. Nie lubię mówić o sobie osobom, których nie znam. - a o kogoś kogo nie zna może się wypytywać.
- Ja ci powiedziałam swoje imię, pff. - prychnęłam, na co chłopak westchnął.
- Marcel. - nie pasuje to imię do niego, no ale cóż. To nie jego wina tylko jego rodziców. Może się go wstydzi i dlatego nie chce się przedstawiać?
- Czym codziennie się zajmujesz? - pyta, a ja nie odpowiadam. Chyba go tym rozzłoszczę, bo pyta jeszcze raz bardziej donośnie.
- Chhodzę do szkoły...
- Tylko? - przytakuję. Nie znam go, po co mam o sobie mówić jak on o sobie nie chce? Żałuj, że mu zaufałaś. Nie zaufałam mu. Tylko, tylko co? Nie wiem, jak zwykle. - Jesteś małomówna.
- A dziwisz się? Nie zawsze spotyka się chłopaka, który podejrzanie wygląda i do tego nosi okulary przeciwsłoneczne w zimę. - chyba przesadziłam. Czuję jak piorunuje mnie wzrokiem.
- Oh, doprawdy? Słuchaj, i tak na razie nie mam nic do roboty, więc posłuchaj po raz ostatni i zapamiętaj - dojedziemy do Holmes Chapel, a później masz o mnie zapomnieć, jasne? - przytakuję - Odpowiedz.
- Tak, zzrozumianno.
- Taxi! - krzyczy, a mnie przeszedł strach. Jego głos jak krzyczy, o mój Boże. Bardzo podobny, a nawet ten sam co słyszałam jak uciekałam z tatą z fabryki. Wstrzymałam oddech na myśl, że to może być ON. Oh, nie panikuj! Gdyby to był on, już dawno byś nie żyła. Racja, mógłby mi coś zrobić, a ja co? Nadal żyję. No właśnie, NADAL. Może to dobrze? A może nie? Zamknij się i skup się na nim. - Wchodź. - mówi wchodząc do taxówki. Robię to samo. Nie wiem gdzie jadę, ale mam nadzieję, że w dobre miejsce.
- G-gdzie jedziemy? - pytam Marcela szeptem.
- Do Holmes Chapel. Brawo, coś powiedziałaś. - drwi sobie ze mnie. Przez jakiś czas nic już nie mówię, patrzę przez okno gdzie i tak nie widać niczego oprócz ciemności.
*****
Po jakiś 20 minutach drogi ten cały Marcel zaczął rozmawiać z kierowcą na temat jakiś nieruchomości i innych pierdołach. Pierdołach jak dla mnie, ale gdyby tak się zastanowić, mówili o dość poważnych papierach itd. Aż do momentu, w którym samochód się zatrzymuje. Droga powrotna zajęła mniej czasu niż jechanie z tatą do tego hotelu. Wysiadam biorąc torbę. Auto odjeżdża. Rozglądam się dookoła. Nigdzie nie widzę Marcela. 
* oczami Marcela *
Nie wierze, że ją spotkałem. Gdybym jej nie poznał, pewnie byłaby w trakcie licytacji. Ale nie, oczywiście ja mądry musiałem na nią wpaść! Nie dość, że ta smarkula mnie denerwuje, nie wiem czym, to jeszcze jest to córka Kate Pain. ta kobieta jest gorąca, szkoda tylko, że wkopała się w to gówno, a dzięki komu? Heh, dzięki mnie. Czemu w ogóle pozwoliłem jej odejść? Mogłem z niej zrobić zakładnika, a wtedy Pain nie byłaby taka jaka jest. Musiałaby się jeszcze bardziej starać. Będzie jeszcze czas na zemstę ...
* oczami Diany *
Jestem pod domem, nie wiem czy ktoś jest czy nie. Nigdzie nie widzę światła, mama pewnie w pracy, albo śpi, bo ma wolne. Chociaż w drugą opcję nie wierzę. Ona nigdy nie ma wolnego. Tak ja zauważyłam. 
Na szczęście wzięłam ze sobą klucze, więc szybko i sprawnie otworzyłam drzwi. Wchodzę do środka, zapalam światło, rzucam torbę na ziemię. Jak to dobrze być u siebie w domu, tylko że coś tutaj zbyt ponuro. Aż ciarki mnie przechodzą na tą myśl. Zapalam wszędzie światła, nawet w toalecie. Gdy jestem pewna, że nic mi nie zagraża siadam na kanapie, włączam telewizor, ale i tak zasypiam. 

Pamiętacie tą krótką historię o małej dziewczynce i chłopcu? Na końcu było, że już nigdy się nie spotkali. Niestety to była nieprawda. Chcecie wiedzieć, kiedy się spotkali? Opowiem wam ...
Dziewczynka szła za rączkę ze swoją mamą. Dziewczynka bardzo szybko dorastała, miała już 7 lat. Ale nadal pamiętała tego chłopczyka. 
- Mamo? A my kiedyś jeszcze spotkamy tego chłopczyka co był 2 lata temu na wakacjach?
- Jakiego chłopczyka?
- Przyjaźniłaś się z jego mamą, pamiętasz?
- Oh, tak. Skarbie, nie wiem czy to możliwe. 
- Czemu?
- Bo nie wiem skąd są, to był taki jednorazowy kolega, kochanie.
- Czyli jaki?
- Że raz się zobaczyliście przez przypadek. 
- Ale ja go chcę zobaczyć! - dziewczynka buntowała się i uciekła mamie. Mama ją wołała, goniła, ale nóżki dziewczynki były bardzo sprawne. W mgnieniu oka znikła z pola widzenia mamy. 
Dziewczynka biegła i biegła do parku, na plac zabaw. Usiadła na piasku i szlochała. Ktoś do niej podszedł. 
- Czemu płaczesz? - usłyszała głos jakiegoś chłopczyka. Rozpoznała ten głos. Uniosła głowę do góry i go ujrzała. Tego samego chłopczyka, którego poznała dwa lata temu.
- Bo myślałam, że cię już nie zobaczę. - chłopczyk ją przytulił. 
- Ale się widzimy, ważne jest to, że jesteśmy tutaj, razem. Wiesz co?
- Co?
- Bo ja myślę, że cię lubię. 
- Ja ciebie też.
- Ale, że tak bardzo, kocham cię.
- Ale, że tak jak dorośli?
- Nie, ja cię kocham naprawdę.
- Ja ciebie też kocham naprawdę. - powiedziała dziewczynka i pocałowała chłopczyka w usta. - A gdzie mieszkasz? 
- Na Green Street 23/5. Przepraszam, ale muszę iść. Mamusia mnie woła. Nie płacz już, kocham cię papa. - pocałował dziewczynkę i podbiegł do mamy.....
 
Budzę się poprzez trzaskanie drzwiami. Nie robię żadnego ruchu, nie wiem kto to jest. Czy mama czy ktoś inny. 
- Diana? - podnoszę głowę do góry, widzę moją rodzicielkę w totalnym szoku. Nie dziwię jej się. Też bym tak zareagowała.
- Cześć? - wymuszam uśmiech.
- C-co ty tu robisz? A gdzie John? - pyta siadając obok mnie.
- Eh, uciekłam z hotelu, bo nie chciałam tam dłużej być.
- Coś ci zrobił? 
- Co? Nie! Znaczy .... Byliśmy wczoraj na jakiejś tam kolacji, a ja zbytnio nie byłam głodna, ale on oczywiście się uparł i krzyknął na całą jadalnię, abym to zjadła, no i wtedy ja pobiegłam do mnie do pokoju, zamknęłam się na klucz, płakałam, fakt. Po chwili przyszedł ojciec i przed drzwiami mnie przepraszał i w ogóle. A później gdzieś poszedł no to ja uznałam, żeby uciekać jak najdalej, bo nie wytrzymałabym z nim ani minuty dłużej.
- Wiesz, że mogło ci się coś stać? O której uciekłaś?
- Po 21 tak gdzieś około.
- Jezu, dziewczyno! A jak dotarłaś do domu? 
- Pociągiem. - zaś ją okłamuję. Gdybym powiedziała jej o tym Marcelu jeszcze bardziej by się przejęła. 
- Wiesz, że nie powinnaś, prawda? John pewnie się teraz o ciebie martwi - albo śpi skacowany - i myśli co się z tobą stało, gdzie teraz jesteś i w ogóle. Nigdy więcej tak nie rób. A teraz wybacz, ale muszę iść spać. Papa, kocham cię. - idzie do sypialni. Biorę torbę z przedpokoju i ruszam do siebie, do swojego łóżka. Jednak coś mnie zatrzymuje. Pokój gościnny jest cały brudny, śmierdzi w nim, a pościel jest ułożona jak po jakiejś wojnie. Wchodzę dwa kroki dalej, pusta  butelka wina albo szampana, albo wódki? Nie wiem, nie odróżniam tego, i jakiś woreczek. Wolę nie brać go do rąk. Podchodzę bliżej i uważnie się mu przyglądam. Tam coś jeszcze jest. Biały proszek.. Czyżby to narkotyk? Alkohol i narkotyk razem? Mamo! Czy ty ocipiałaś? Wychodzę, zamykam drzwi i idę do siebie. Nie, nie chce mi się wierzyć. Nie mogę. To moja mama. Zawsze mi mówiła, co jest dobre, a co złe. To, co ona robi jest złe! A zdawała się być uporządkowaną kobietą, która może mieć wszystko, bo ma bogatego męża i córkę psycholkę, willę, pieniądze, markowe ubrania, wszystko. Szkoda tylko, że córka im się nie udała...
Podchodzę do lustra, zaciągam górne ubranie do góry i z ciekawości patrzę na swój brzuch. Do chudych to on nie należy. Idę do kuchni. Muszę coś zjeść. Pomimo, że żołądek zaś mi na to nie pozwala, ignoruję go. Śniadanie to podstawa, trzeba zjeść coś rano, albo przez resztę dnia nie jesteś sobą. Dzisiaj niedziela, jak zwykle w ten dzień nie mam nic do roboty. Ciekawość zżera mnie od środka przez ten sen. Moja wyobraźnia szykuje dla mnie opowiadanie, które muszę rozwiązać czy co? Robię kanapkę z szynką i ogórkiem i popijam wodą. Brzuch chyba tego nie strawi. Pędem biegnę do łazienki, otwieram kibel i zwracam śniadanie. Mam w oczach łzy, nie chcę, ale to samo działa. Gdy męczarnia się kończy, wstaję, przemywam twarz, myję zęby i patrzę na swoje odbicie. Wyglądam coraz gorzej. Z każdym kolejnym dniem. Robię makijaż, czesze włosy i wychodzę. Jeszcze mi nie dobrze, ale mam nadzieję, że świeże powietrze polepszy mój stan. 
Mój pierwszy cel - plac zabaw. Sama nie wiem czemu na to się piszę. Może to są fragmenty mojego dzieciństwa, którego po części nie miałam?  A ta dziewczynka to ja? A ten chłopczyk to kto? 
Właśnie znajduję się na placu zabaw. Jest pusty, nie dziwię się. Jest wcześnie rano. Okrążam go całego, do czasu, gdy znajduję to miejsce ze snu. Siadam na piasku, zamykam oczy, wiatr lekko wieje, Głupku, a gdzie masz śnieg? Nie wiem, nie przejmuję się tym. Dostaję natchnienia? Tak, chyba tak to mogę nazwać. Wstaję i biegnę na tą ulicę. Nie jest to dość łatwe, ale po próbach udaje mi się.Stoję przed drzwiami nie za dużego domu. Na pierwszy rzut oka wygląda nie za ładnie. Niezadbany - jednym słowem. Niezadbany. No nic. Pukam. Dzwonię. Słyszę czyjeś kroki, które zbliżają się. Drzwi się otwierają, a w nich staje kobieta po 40, brązowe włosy, chyba się pomyliłam. 
- A ty to kto? - pyta i się chwieje. Jest pod wpływem mocnego alkoholu. Czuć to na kilometr...


Uff, no to jestem! Mam nadzieję, że ten rozdział was zachęci do komentowania. :) 
I, że starcza wam taki nieco dłuższy. 
Na moim pierwszym blogu napisałam taką zasadę, to i tutaj też. Mam nadzieję, że się nie pogniewacie. 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)
I hope you like it! :) 
Za błędy przepraszam i do następnego. xx

3 komentarze:

  1. cudo, czekam na następny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. wow *o* świetnie piszesz ;* czekam na nexta ;)
    http://always-one-direction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Theme by violette