wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 15

* Harry *
Widok śpiącej Diany jest taki dziwny, bo dobrze wiem, że za chwilę będzie miała piekło. Nie chciałbym być na jej miejscu.
- Podać coś panu? - słyszę piskliwy głos. Odwracam głowę w lewo i widzę niską ciemną brunetkę. Mierzę ją wzrokiem z góry do dołu i się cwaniacko uśmiecham. A narzekałeś, że ci się będzie nudzić, Styles. 
- Ciebie. - na moją odpowiedź, dziewczyna spuszcza wzrok i zasłania twarz długimi włosami. Gdyby nie patrzeć to każda tak reaguje, kompletnie nie wiem czemu. - Gdzie tu jest jakaś toaleta? Najlepiej, żeby była oddalona od tych wszystkich ludzi.
- J-jjasne, proszę z-zza mną. - idę za nią patrząc ostatni raz na Dianę. Żeby była na miejscu jak przyjdę. Chyba aż tak głupia nie jest, żeby gdzieś się przenieść. I tak ją bym znalazł. Uderzam lekko swoim torsem w plecy brunetki. Za nią znajdują się niewielkie drzwi, chyba do tej upragnionej toalety.
- No to czas się zabawić, mała. - wpycham ją do środka. Nie stawia oporu i dobrze. W sumie, czego się mam spodziewać? Odrzucenia? Nie takie słowo dla mnie. Nie cierpię tego gestu. Jeśli ktoś nie stosuje się do moich zasad, pożałuje tego i tyle. Cała filozofia.
Zamykam drzwi na zamek i szybko odwracam się do dziewczyny oblizując przy tym usta. Przypieram ją do ściany całym swoim ciałem. Słyszę jej ciche jęki, gdy wodzę swoimi rękami po jej ciele. Zaczynam całować ją nachalnie w usta, a po chwili schodzę z pocałunkami niżej. Od szyi poprzez obojczyk. Zasysam kawałek jej skóry przez co zostaje widoczna malinka. Już jest naznaczona, że ja tu byłem.
- Dotykaj się. - rozkazuję jej. Jest speszona moją prośbą, ale gdy posyłam jej groźne spojrzenie od razu to robi. Masuje się po brzuchu, dotyka po piersiach, ale to wciąż jest za mało jak dla mnie. Mama Diany miała wprawę, szkoda tylko, że popełniła samobójstwo. - To mi nie wystarcza, skarbie.. - szybko rozpinam rozporek, wyjmuję swojego penisa, podwijam sukienkę nieznajomej, ściągam jej bieliznę i bez żadnego ostrzeżenia gwałtownie w nią wchodzę zakrywając jej usta dłonią. Nie chcę, aby ktoś ją słyszał.Jej ciche pojękiwania dodawały mi większego pożądania. Przyciskam ją mocniej do ściany.
- J-już starczy.. - sapie, a ja się zwycięsko uśmiecham. Nie tak szybko.. Gdy przyspieszam jeszcze bardziej swoje ruchy, wyrywa się. Czuję, że jest blisko orgazmowi, więc z niej wychodzę, zapinam rozporek, a z kieszeni wyciągam ....
* Diana *
Moje ciało jest całe zdrętwiałe przez co jestem zmuszona się podnieść. Przy okazji ziewam zakrywając usta ręką jak tego kultura wymaga. Patrzę na miejsce obok. Jest puste. Czyżby mnie zostawił samą w jakimś samolocie? Nie zdziwiłabym się jakby zapłacił pilotom, żeby mnie wywieźli jak najdalej od niego, ale z drugiej strony on ma zlecenie oddać mnie w obce ręce, więc po co miałby to robić?
Poprawiam się na miękkim fotelu, przykrywam cieplutkim kocem, nawet nie wiem skąd go mam. Przede mną siedzi jakieś starsze małżeństwo. Oby nie była powtórka jak z tamtą kobietą.
- Już nie śpisz? Jeszcze mamy niecałe 4 godziny do lądowania. Chcesz coś zjeść? - ta chrypa w jego głosie będzie chyba moim drugim głosem w głowie, będzie mnie prześladować. A skąd on taki miły? Zleciało mu coś na łeb? Co ty taka odważna? Ugh, w środku mogę być tym kim chcę, nawet tym kim nie jestem na zewnątrz. - Czyli rozumiem, że nie chcesz jeść skoro nie odpowiadasz, okej... Zmieniając temat, jak ci się spało, skarbie? - patrzę na niego jak na jakiegoś głupka. Chyba faktycznie czymś musiał dostać. To jest Harry Styles, on jest nieprzewidywalny. Racja to racja, może coś knuć, a ja mogę się na to nabrać.
- Nie ze mną te numery, panie Haroldzie. - prycham naciskając na dwa ostatnie słowa. Mój zwycięski uśmiech nie trwa długo, gdy zauważam jak zaciska usta w prostą linię, jednak po chwili wraca do wcześniejszego wyrazu twarzy.
- Nie teraz. Teraz nie zepsujesz mojego dobrego humory.
- A założysz się?
- Radzę ci naprawdę nie pogrywać ze mną, bo nasza znajomość się skończy inaczej niż to zaplanowałem. - marszczę brwi na jego wypowiedź. O co mu chodzi? Chce się ze mną pożegnać? Nie będzie to miłe pożegnanie.
Ciszę, która panuje między nami zostaje przerwana przez burczenie w moim żołądku.
- A jednak. - uśmiecha się - Co byś zjadła? Radzę ci się teraz najeść do syta, bo w szpitalu tak nie będzie. Nie będziesz miała taryfy ulgowej. Jeden posiłek na dzień o 14 i to nie byle co. Jakaś papka zrobiona z resztek jedzenia, ale to twój wybór. - nie wiem co on takiego powiedział, nie słuchałam go za bardzo. Patrzę na pusty talerz przed siebie i jeszcze dalej. Dostrzegam, że ręce Stylesa wędrują po 4 kromki chleba, nóż, który wbija w masło i smaruje nim chleb, na to kładzie szynkę, ser, pomidor.  Dobra, chyba już nic mnie nie zaskoczy. Czyżby się zmienił? Tacy jak on nigdy się nie zmieniają, ale to NIGDY. 
- Masz i jedz. - jego ton mówi sam za siebie - nigdy się nie zmieni. A było tak miło. Właśnie, było...
***
- Uwaga, uwaga, proszę o chwilę uwagi. Za chwilę będziemy lądować. Proszę zapiąć pasy, dziękujemy. -  Szybko zapinam pas i z przerażeniem spoglądam na Stylesa. Pokazuje mi, żebym się niczego nie bała. O co tu chodzi?
Czuję jak samolot zmienia kąt lotu i lecimy w dół. Ktoś bierze moją rękę w objęcia. Wędruję wzrokiem na tą osobę. Gdy spotykam twarz Stylesa szybko zabieram swoją dłoń i dociskam się do fotela.
- Nadal się mnie boisz? Nawet jak jestem taki miły? Jeśli będziesz taka jak teraz jesteś, to nie będę dla ciebie zły. - mamrocze jeszcze coś pod nosem. - Chodź, wylądowaliśmy. - wstaje i nawet nie patrzy czy idę za nim, po prostu idzie w stronę wyjścia.
To się za szybko dzieje z dnia na godzinę, z godziny na minuty, z minut na sekundy. Muszę sobie kiedyś pogratulować życia. Starta rodziców, strata Nialla, strata wszystkiego co miałam i czego nie doceniałam. Jeszcze się dziwię, że to znoszę. Ponoć po stracie rodziców nie da się nie płakać 24/h przez 365 dni, a ja co? Nawet nie chcę mówić.
Zdezorientowana wstaję i szybko przytrzymuję się stolika, żeby nie stracić równowagi. Czekam aż ludzie opuszczą samolot i na końcu dopiero wychodzę. W tłumie próbuję znaleźć Stylesa, ale nie wychodzi mi to. Idę jak najdalej od tego zamieszania, siadam przy drzewie i zamykam oczy. Nie wiem ile spałam, ale na pewno nie długo, bo nie czuję się na siłach. Skąd drzewo na lotnisku?
- Masz swoją torbę, wstawaj szybko i biegnij ile masz sił jeśli nie chcesz zginąć. - robię to co karze, ale pytanie dlaczego? Rozgląda się i pokazuje mi, żebym zaczęła za nim biec. Ale zaraz, czy my mieliśmy cały czas bagaże?
- Gdzie.. Gdzie biegniemy? - pytam dysząc. W-f nie jest moją mocną stroną.
- Jak najdalej od tego zbiegowiska, bo.... - nie dokańcza, bo szturcha mężczyznę i się zatrzymuje przez co jestem zmuszona zrobić to samo, aby na niego nie wpaść. Wyłaniam głowę zza jego pleców.
Co jest grane?


Dzień dobry wam po takiej dłuższej przerwie. Wiem, że się spóźniłam z rozdziałem, ale nie miałam go jak pisać, bo nie miałam czasu, więc rozdział też taki krótki, bo nie wiedziałam jak to jeszcze bardziej rozwinąć, a chcę was przytrzymać w niecierpliwości. Mam nadzieję, że się nie pogniewacie. :)
komentarz = motywacja 

środa, 8 kwietnia 2015

Rozdział 14

Przeczytajcie notke pod rozdziałem! :)
------------------------------
Harry Styles. Styles Harry. Harold... Czy mi się zdaje czy ja go skądś kojarzę? Nieee, pewnie nie... A może? Sama już nie wiem.. Głowa zaczyna mnie boleć od tego ciągłego myślenia.
Nie wiem ile minęło odkąd jestem zamknięta w pokoju. 2 bądź 3 dni? Tak gdzieś około. Mój codzienny rytuał polega na wstawaniu, ogarnięciu się, próbowaniu zjeść czegoś co i tak mi nie wychodzi. Jak już to Styles zamawia dwie pizze. Bardzo twórcze... No i oczywiście na spaniu. Czasami może włączę telewizję, żeby posłuchać co się dzieje na świecie. Jak mam być szczera, to czuję się jak jakaś świnka morska, która tylko je, pije, załatwia się i śpi. Tak mogę opisać swój nowy styl życia.
Styles... Co do niego, jest zwykłym dupkiem. Od początku wiedziałam, że coś z nim jest nie tak. Myśli, że wszystko może. Jak on to uznał chyba wczoraj 'Ja mam swoje zasady i ich się trzymam. Reszta mnie nie obchodzi.'. Skoro reszta go nie obchodzi, jakby zareagował na wieść, że coś złego przytrafiło się jego rodzinie. Jeśli ją w ogóle ma. Gdybym miała takiego syna, najprawdopodobniej bym się go wyrzeczyła. Albo zabił swoją rodzinę albo wyrzucili go z domu albo on odszedł albo faktycznie się go wyrzeczyli. I która propzycja jest prawidłowa?
Nagłą ciszę przerywa dźwięk przekręcanych kluczy. Od razu patrzę w tamtą stronę, gdzie po chwili zza drzwi wyłania się postać Harry'ego. Nie wiem co on ma takiego w sobie, że wszystkie moje mięśnie się napinają, a serce bije z prędkością światła.
- Pakuj się. Jedziemy. - oschły jak i lekko ochrypły głos chłopaka odbija się echem w moich uszach.
- Gdzie jedziemy? - dziwię się, że bez żadnego trudu wypowiadam te słowa.
- Nie ważne. Masz 10 minut. - trzaska drzwiami, a ja ciężko wzdycham.
Zaraz, parę dni temu wspominał coś o Los Angeles.. Tam jedziemy? Taki kawał drogi? Geografia zawsze była, jest i będzie moją słabością. Tam w LA jest ciepło czy zimno?
Wstaję z łóżka, rozciągam się rozluźniając w ten sposób ciało i udaję się w kierunku torby, która niechlujnie leży w kącie.  Nie dbając o porządek w niej, wrzucam wszystko do środka. Rozglądam się po pomieszczeniu i upewniam się, że wszystko mam. Telefon i słuchawki chowam do kieszeni spodni. Dziwię się, że takie rzeczy mam przy sobie. Czy nie ma tak, że tacy ludzie jak on zabierają wszystko porwanym ludziom? Że ja nawet nie próbuje działać, uciekać, że jeszcze jestem spokojna i nie panikuję. Czyżby cisza przed burzą?
- Chodź już. - warczy.. Boże, co ja mu zrobiłam pytam się chyba po raz milionowy. Jakby nie mógł wziąć kogoś innego tylko mnie!
Żeby nie sprawiać dla niego kolejnych problemów, posłusznie biorę torbę i wychodzę zamykając za sobą drzwi. Puszcza mnie pierwszą w drzwiach. Jaki dżentelmen, patrzcie no go! Zamyka cały apartament i mnie wyprzedza szturchając. Skończyła się chwilowa dobroć. Co ty sobie myślałaś? Że od tak zmieni stosunek co do ciebie? Głupia Diana... Nawet tego nie chcę.
- Dziękujemy i zapraszamy ponownie. - mówi na oko 30-letni mężczyzna i puszcza mi oczko.
- Ona jest moja, więc wara od niej. - słyszę jego głos i ciągnie mnie za rękę w stronę wyjścia. Przy okazji spoglądam na mężczyznę przepraszającym wzrokiem, na co przytakuje lekko.
Idziemy na tyły hotelu. Czy on zawsze musi parkować inaczej niż normalni ludzie? Zaraz, nie.. Wróć... On nie jest normalny.
- Daj swoją torbę. - grzecznie mu podaje, a on jak gdyby nigdy nic rzuca nią do bagażnika. To się nazywa mieć tupet. - Siadaj z przodu. Muszę mieć cię na oku. - wchodzimy w tym samym czasie do pojazdu, zapinamy pasy i wyjeżdżamy spod hotelu. A teraz gdzie jedziemy? Na lotnisko? Do LA?
- Opowiedz mi coś o sobie. Chcę wiedzieć o tobie więcej niż dotychczas. - że co? Co ja mam mu niby powiedzieć? - Pewnie się zastanawiasz co mogę o tobie wiedzieć, prawda? Otóż... Nazywasz się Diana Sophia Pain, urodziłaś się 15 lipca 1994 w Holmes Chapel. Tego dnia była cholerna burza i tak przez 3 kolejne lata w dniu twoich urodzin. Przez te wydarzenia, boisz się burz i piorunów. Niby cicha, nieśmiała, skryta w sobie, a ja widzę odważną i seksowną dziewczynę. Masz bulimię, tniesz się. Czasami miałaś myśli samobójcze. Nie masz znajomych, uważasz się za najgorszą osobę świata i muszę się z tym zgodzić. - prycha, a ja patrzę na niego z niedowierzaniem. Prawie wszystko się zgadza oprócz jedzenia. Nie mam bulimii! Fakt, nie jestem wielką fanką jedzenia, ale nigdy go nie zwracam. Jestem cicha, czasami mi coś odwala. Tobie zawsze coś odbija. - I masz zaburzenia psychiczne. Słyszysz głosy o których ponoć tylko ty wiesz, lecz tak nie jest. - skąd on tyle wie na mój temat? Kto mu powiedział? Mama? Nie, ona napewno nie. Chciała mnie przed nim bronić, prawda? Albo jednak nie.. Nie mówiłam mamie o tych głosach w mojej głowie. Sama nawet nie chcę przyjąć tego do wiadomości, że mogę być chora psychicznie.
Czuję jak auto się zatrzymuje co nie powiem dziwi mnie to bo minęło z 10-15 minut odkąd ruszyliśmy. Patrzę przed siebie i widzę długi rząd aut przed nami. No pięknie, jesteśmy w korku. Los nie jest po mojej myśli.
- Los jest po mojej myśli. - uśmiecha się patrząc w to samo miejsce co ja. Czy on czyta mi w myślach? - Powiesz coś czy mam cię zmusić? - mówi już ze złością. Oho, rozzłościłam demona!
- Coś.. - mamroczę z nadzieją, że tego nie usłyszy. Mylę się. Spuszcza wzrok na kierownicę, aby po chwili spojrzeć na mnie. Jego tęczówki są ciemne, pełne złości. Swoją prawą ręką obejmuje moje obydwa policzki i je mocno zaciska, a ja wydaję cichy jęk.
- Nie zadzieraj ze mną ja ci radzę. - spuszcza wzrok na wysokość moich piersi. Oblizuje usta i przygryza dolną wargę. Co to ma być? - A więc zapytam się ciebie jeszcze raz... Powiesz coś? - no dalej.. Muszę coś powiedzieć. Zdejmuje rękę, a ja czuję ulgę.
- Nie mam bu-bulimii.. - wysilam się na jakiekolwiek słowa. Wiem, że teraz to dla niego oznacza, że się poddałam.
- Ja wiem swoje. Czemu się tniesz? Tylko nie mów, że przez rodzinę, bo to miałaś normalne. - w jego głosie mogę dostrzec smutek? Nie przesadzaj, tacy jak on nie wiedzą co to uczucia. A tak w ogóle to wolę określenie 'samookaleczanie' niż 'cięcie się'.
- Przez nich. - wzdycha głośno, a pojazd powoli się porusza. Jest całkiem skupiony na autach przed nami. - Gdzie jedzzziemy? - zdobywam się na odwagę, wow! Co się z tobą dzieje? Nie wiem..
- Brawo.. Chcesz nawiązać ze mną kontakt. - śmieje się. Nie, nie, nie! To nie tak ma być. - Otóż, jedziemy na lotnisko do Los Angeles, gdzie będzie czekał na nas mój szef. Jak tylko będziesz chciała to mogę cię przelecieć w kabinie w samolocie na poże...
- Nigdy, a zwłaszcza z tobą! - wybucham nagle. Czekam na jego reakcję. Ten tylko się zaśmiewa z cicha. Oddycham z ulgą, która nie trwa długo.
Gwałtownie skręca w prawo i się zatrzymuje.
- Na mnie się nie krzyczy. - mówi ze złością, a zarazem i spokojem. To tak się da?
- Czemu nie jeddziesz? - zaraz pewnie pożałuję tych słów, bo może odebrać to jako rozkaz. Brawa dla mnie. Styles patrzy na mnie z rozbawieniem. Co ja takiego śmiesznego powiedziałam?
- Jesteśmy na lotnisku. Czekaj tu. Nie wychodź. - wychodzi z samochodu, obkrąża je i po chwili znajduje się obok drzwi po mojej stronie. Otwiera je i wyciąga rękę. Czy ja śnie? Czy to jakiś żart? Powoli odpinam pas bezpieczeństwa i chwytam jego rękę. Co ja do cholery robię?! Z bagażnika bierze nasze torby. O dziwo nie daje mi mojej i kierujemy się w stronę wejścia na lotnisko.
- Masz tu klucze. Za tydzień widzę Gemmę z powrotem. - kogo? Kto to jest Gemma? Jego dziewczyna?
- Masz to jak w banku! Tam gdzie zaparkowałeś, tam będzie stać jak wrócisz. 'Gemma' będzie czekać. - mówi jakiś chłopak robiąc cudzysłów w powietrzu, na co się uśmiecham.
- Wal się. - odpyskuje mu Styles z rozbawieniem. Czyli może być dla kogoś miły? - Chodź za mną. Tylko się nie zgub. - aż taką niezdarą nie jestem, nie?
Idziemy w stronę bramek, gdzie następnie nasza dwójka jak i nasze torby zostają sprawnie przeszukane czy nie mamy narkoryków czy Bóg wie czego. Ja mam czyste konto, nie to co osobnik obok mnie...
- Czyści. Następni! - zostaję popchnięta przez bramkę o mało co nie wpadając na plecy Stylesa.
- Wystarczy powiedzieć, że na mnie lecisz. Nie dziwię ci się. Gdybym był tobą, też bym marzył o mnie. - odwraca się do mnie na pięcie. Wiem, że to mówiłam, ale on ma z 2 metry jak nic! A jego wysportowane ciało można z łatwością dostrzec poprzez przebijający się materiał koszuli. I te zielone oczy. Może i hipnotyzują, ale ja wolę niebieski kolor tęczówek, takie jakie ma Niall.
O kurwa... Sztywnieję. Przez ten cały zament zapomniałam o Niallu! O cholera i co teraz? Bo oprócz paniki nic nie potrafię zdziałać. Mój telefon..
- Albo go wyłączysz, albo włącz tryb samolotowy. - ignoruję go. To, że nigdy nie leciałam samolotem nie usprawiedliwia mnie, że nie wiem co mam robić. - Chodź już, bo mnie spowalniasz. - ściska mnie mocno za nadgarstek i ciągnie za sobą. Krzywię się, bo z każdym krokiem jego chwyt staje się mocniejszy. On to robi specjalnie czy co.
Mija z 40 minut, gdy wchodzimy do samolotu. Nigdy nie przypuszczałam, że to może tyle zająć!
- Bilety poproszę. - mówi jakaś kobieta. Styles wyciąga z portfela (wow) dwa kawałki papieru i nasze paszporty. Nie obchodzi się bez tanich zalotów do Loczka. Co? Loczek? Serio głosie? Przepuszcza mnie jak na dżentelmena przystało i kieruje mną w odpowiednie miejsce.
- To tutaj. Nasze miejsca. Idź pierwsza. - siadam obok okna i nawet się cieszę. Gdy tylko wylądujemy obiecuję sobie, że zadzwonię do Nialla, ale ciekawe jak skoro nie mam jego numeru. Brawo po raz kolejny!
Włączam tryb samolotowy, wchodzę w muzykę, zakładam słuchawki do uszu i zamykam oczy. Może coś mi się przyśni? Ten chłopczyk wydaje się być nawet ładny. Moja wyobraźnia...
- Dobranoc, skarbie. Piekło się zaraz zacznie. - szepcze mi do ucha najpierw wyjmując jedną słuchawkę, a po chwili moje mięśnie się napinają pod dotykiem jego ust na swojej szyi i ustach. Otwieram oczy. Jak zwykle rozradowany. Mi nie jest do śmiechu. Ale ma miękkie usta..
- Śpij dobrze. - całuje mnie po raz ostatni i przgryza moją dolną wargę.
No teraz to na pewno nie zasnę. Chcę jeszcze raz...


I tak oto jest kolejny rozdział! Coraz bliżej tego tajemniczego szefa... ^^ Jak myślicie, co będzie z Niallem? 
Wpadłam ns pomysł, aby założyć drugiego bloga z fanfiction ale o.. Uwaga.... O Neymarze! Więc jeśli ktoś jest zainteresowany to tutaj macie bloga. To też wiąże się z dodatkową robotą, więc spodziewajcie się rozdziałów trochę później .xx
*motywacja*
next = 5komentarzy :)

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział 13

Przykładam urządzenie do ucha, po chwili słyszę sygnał, gdy nagle...
- Przepraszamy, ale ten numer został przez ciebie zablokowany. Nie możesz wykonywać połączeń. - szlag mnie tu zaraz weźmie! Jak to nie mogę wykonywać połączeń?! Od kiedy?!
Rzucam telefonem w kąt w ogóle się nie przejmując, że może być potrzaskany. Moja jedyna deska ratunku właśnie utonęła. Jakim cudem? Kto... O nie.. Jednak grzebał w mojej torbie... Mógł zobaczyć moje rzeczy..
- Żyletki... - nasłuchuję się czy nie jest gdzieś w okolicach moich drzwi. Gdy jestem pewna, po raz kolejny rzucam się na torbę jak jakieś dzikie zwierze na swoją nową zdobycz. Czemu musze być tak naiwna?
Kamień spada mi z serca, gdy widzę małe, metalowe, srebrne ostrza. Może zabrać mi ubrania, kosmetyki, telefon, ale to muszę mieć zawsze przy sobie. Dalej, zrób to... Dłużej tak nie pociągniesz. Wiem, że tego chcesz..
Biorę głęboki wdech i wydech i przykładam małe ostrze do skóry pod nadgarstkiem. Naciskam na wybrane miejsce i ciągnę żyletkę w dół rozcinając skórę. Po chwili małe czerwone kropelki krwi spokojnie spływają po mojej dłoni. W tym samym miejscu jeszcze kilka razy przecinam ranę coraz to głębiej. Tylko raz zdarzyło mi się być prawie po drugiej stronie. Zrobiłam o jeden ruch za dużo naciskając żyletką głębiej. Gdyby nie mój umysł, nie byłoby mnie tutaj. Coś mnie wtedy natchnęło, żeby dać sobie drugą szansę i co mam w zamian? Piekło z tyranem, który zabiera mnie gdzieś do kogoś, do jakiegoś psychiatryka?
Czuję jak moje powieki stają się cięższe, a po chwili zasypiam...
* Harry *
Dziwne.... Jeszcze przed chwilą było słychać jakieś kroki w pokoju panny Pain, lecz nagle ucichło wszystko. Co ona zaś robi? Wzdycham i z niechęcią wstaję z nawet wygodnej kanapy i kieruję się do jej pokoju. Otwieram drzwi kluczem i wchodzę do środka. Rozglądam się po pomieszczeniu i swoim wzrokiem napotykam śpiącą dziewczynę. Wzruszyłbym ramionami, gdyby nie mała kałuża krwi znajdująca się obok jej ręki. Momentalnie znajduję się obok niej. W jednej ręce trzyma żyletkę, a drugą  ma całą we krwi. O Boże... Jakie ona ma głębokie cięcia. Szybko sprawdzam puls.
- Kurwa... - zaklinam.. Na szczęście żyje. Gdyby ona była martwa, chyba popełniłbym samobójstwo. Bez niej żywej nie mam po co jechać do tego Los Angeles. Jest za ważna dla mojego szefa. Nie wiem co ona ma takiego w sobie albo co takiego zrobiła, że on ją chce i szczerze mnie to nie obchodzi. Mam ją dostarczyć żywą. Nawet nie byłaby zdolna odebrać sobie życia, jest zbyt tchórzliwa.
Łapię jej ramiona i ciągnę w stronę łóżka, a po chwili nią rzucam na pościel przez co lekko odbija się w górę. Jej ciało bez tych blizn jest meeeega pociągające. Gdyby mnie nic nie trzymało, rżnąłbym ją ile miałbym sił, a potem zabił jak każdą. Ups, taki już jestem. Życie mnie tak nauczyło. Ciakaw jestem czy ta nowa rana jest spowodowana przeze mnie? Heh, fajnie by było. Jeśli tak, już mam pewność, że się mnie boi i dobrze. Każdy się boi Harry'ego Stylesa. Zostawiam ją samą z tym bałaganem i wychądzę. Tym razem nie zamykam jej na klucz. Muszę ją mieć na oku. Musi żyć. Może mieć pocięte ręce, nawet nogi, brzuch, może być posiniaczona, może się głodować, ale musi być dostarczona żywa. A może po psychiatryku, chce ją sprzedać? Ciekawe za ile by poszła. Jakaś fajna sumka by była, ale to by zależało od tego, co o niej by powiedzieli. Może poszedłbym na tą aukcję i ją kupił? Wtedy byłaby tylko moja, niczyja więcej. Ahhh..... Może już niedługo?
* Diana *
C'mon c'mon, tell me a lie.
C'mon c'mon, tell me that everything will be fine.
Mała dziewczynka i mały chłopczyk nucili sobie wymyślane przez nich rymowanki. Siedzieli w piasku podziwiając zachód słońca, a ich mamy były tuż za nimi. To był ich 3 dzień odkąd się poznali przez przypadek na plaży. To wszystko przez piłkę plażową... Chłopczyk odbijał sobie wtedy z jego mamą piłkę. Jego mama odbiła za wysoko i za daleko, aby chłopczyk mógł spokojnje złapać, więc był zmuszony pobiec za piłką, która trafiła w dziewczynkę. Później tylko ta dwójka odbijała piłkę. Byli pochłonięci sobą nawzajem. Czy to mogła być miłość?
Czuję nad sobą i pod sobą miękki materiał. Moje powieki są zbyt ciężkie, abym mogła je podnieść. Jest mi zbyt wygodnie, ale jednocześnie jestem zbyt zmęczona i wyczerpana z energii na jakikolwiek ruch.
Do moich uszu dobiega szelest. Olewam to, myśląc, że wiatr przerzuca papier albo mi się zdaje. Niestety i to nie pomaga, bo ktoś specjalnie kaszle, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę. Otwieram szeroko oczy, siadam po turecku na łóżku i od razu spoglądam w drzwi. Otwarte, a w nich opiera się Harry. Patrzę to na niego, to na zakrwawione miejsce obok torby i myślę jakim cudem ja się znalazłam w łóżku? To niemożliwe, żeby pan Harold mnie sam przeniósł. Za dobrze go nie znam, a wiem do czego jest zdolny. Czuję się dziwnie i niekomfortowo wiedząc, że ktoś wie o moich .... O szlag.... On o tym wie.
- Spokojnie, nie wziąłem ci tych żyletek. To nie mój interes. Tylko masz to po sobie posprzątać. Nie chcę mieć dodatkowych kłopotów... Czekaj.. - mówi szorstko i wychodzi, a po chwili wraca z tacą jedzenia? - Masz to zjeść. Musisz mieć energię na to, co cię czeka. - uśmiecha się lekko i zadziornie po czym wychodzi zostawiając mnie całkiem zdezorientowaną.
Spoglądam na prowiant.. Brzuch daje się we znaki, ale nie jestem przekonana co do tego gestu. Mógł coś dosypać do kawy, albo do jajecznicy. Wolę słyszeć burczenie mojego brzucha niż później cierpieć z bólu, bo coś mnie zżera od środka i nie mówię już o pustce, która towarzyszy mi od kilku godzin. Jestem wyczerpana, a tak kawa za bardzo kusi. I to jeszczd kawa waniliowa - jedna z moich ulubionych kaw.
Z drugiej strony miło, że pomyślał o mnie i zrobił mi jedzenie. Chciał umilić mi ostatnie momenty z nim, abym dobrze go wspominała zanim zacznie się koszmar i odda mnie w inne ręce zapewne gorsze niż jego. Czujecie ten sarkazm?
- Tak.. Dziewczyna żyje, jest z nią wszystko w porządku.. Co? Nie... Wiem, że się mnie boi i niech tak pozostanie. Szefie... - tutaj sję zacina - Daj mi 5 dni i będziesz ją miał całą, zdrową. Nie, jeszcze go nie było. - kogo? - Co?! Mam ją ze sobą zabrać?! Po co? Będzie mnie tylko spowalniać i w każdej chwili może mi uciec. - z kim on rozmawia? - Ale... - chyba jego rozmówca się rozłączył, bo wyklina na niego. Drzwi z wielkim hukiem się otwierają przez co cofam się do tyłu.
- Masz 10 minut na ogarnięcie się. Ubierz coś ładnego, nie chcę żebyś narobiła mi wstydu. - wzdycha, gdy widzi, że nie tknęłam jedzenia - Zjemy coś na mieście. - mówi bardziej do siebie niż do mnie. Wychodzi zostawiając drzwi otwarte.
Mam tylko 10 minut, mam się ubrać ładnje, żeby nie było wstydu? To ja powinnam się wstydzić, że go poznałam!
Ugh.. Czasu nie cofnę. Wstaję, biorę czarne rurki, białą koszulę z rękawami do łokci. Szybko zdejmuję tamte ubrania i kłade je niechlujnie na łóżku, a zakładam świeże. Robię tylko drobne poprawki przy make-upie, rozczesuje włosy.
- Chodź już! - warczy. Może obmyślę jakiś plan ucieczki? Chociaż wątpię, żeby mi się udało uciec od niego. On jest jak jakiś bumerang. Rzucasz nim jak najdalej i najwyżej, a dwa razy szybciej wraca do ciebie. Ciekawe gdzie mnie zabiera....
***
Od ponad 20 minut stoimy w odludnionym miejscu w parku, a od 5 minut Harry się niecierpliwi. Na kogo czekamy? Tak czy owak ten spóźnialski działa mu na nerwy, widać to na kilometr. A ja muszę marznąć. Szczerze? Wolę siedzieć zamknięta na tysiące spustów w czterech ścianach niż stać tutaj i marznąć. Nawet nie rozumiem tego, że miałam skę jakoś uporządkować, a i tak mam płaszcz. Gdzie tu logika? Moje przemyślenia przerywa ochrypły głos bruneta.
- No nareszcie! Ile mam kurwa czekać?! - wrzeszczy - Nienawidze jak ktoś się spóźnia.
- Taaa, też się cieszę, że cię widzę. - ten ktoś wywraca oczami i wyciąga białą kopertę. - Najpierw pokaż dziewczynę, później kasa. - jak na zawołanie zostaję popchnięta dość mocno do przodu przez co prawie upadam na tors nieznajomego. - No, no, no... Ładna jesteś, wiesz? - dotyka mój policzek, a ja szybko się odsuwam - Oh, przepraszam. Gdzie moje maniery, nie? Heh.... Jestem Stave, a ty pewnie ta Diana Pain, racja? Oh, zazdroszczę ci. Gdybym to ja wykonywał misję szefa, już dawno by nas tu nie było. Co chwila dostawałaby przyjemności ode mnie. - mówiąc fo przybliża się do mnie, na co ja automatycznie cofam się do tyłu i stykam z ciałem Harry'ego. Pewnie dostrzega w moich oczach wielkie przerażenie.
- Zostaw ją, albo odstrzele ci łeb. - syczy mój jakże to wielki obrońca.
- Spokojnie, ja się tylko z nią droczę.
- To lepiej tego nie rób.
- Dobra. - prycha - Masz tu część działki. - podaje mu kopertę - Do zobaczenia Styles, żegnaj skarbie. - odchodzi. Czyli nasz Harry ma na nazwisko Styles? Jak styl, ale w liczbie mnogiej? Ciekawe jak dobrze zna się na modzis i stylu. W końcu nie na daremno ma to nazwisko, nie?
- Dupek.. - syczy. Spoglądam na niego. Jest o głowę wyższy ode mnie, ma bardzo wyrazisty zarys szczęki, malinowe usta, zadbana cera, zielone oczy no i loki. Nie wyglądają na typowo układane. Założę się, że je tylko przeczesuje raz rano i już po kłopocie. Gdyby tak spojrzeć, wydaje się ładny. O BOŻE. Co ja gadam? Ktoś, kto mnie uprowadził ma być ładny? Coś ci się pomyliło.
- Długo tak będziesz na mnie patrzeć? - pyta z lekkim rozbawieniem. No w chuj śmieszne.. - Widziałem, że nic nie zjadłaś. Aż tak mi nie ufasz? Oh... Gdyby to ode mnie zależało, dawno bym to zrobił, ale nie mogę. Na razie... - ostatnie zdanie zbija mnie z tropu. Miałam to usłyszeć czy nie? - W takim razie, żeby nie było, że ci nie daję jeść idziemy do restauracji. - nawet cieszę się, że akurat tam idziemy. Będzie dużo ludzi, będę miała pewność, że nie mieszał nic w daniach.
Wolnym krokiem idę za nim. Moim oczom ukazuje się Big Ben. Czyli jesteśmy w Londynie?! Wziął mnie do Londynu? Nigdy tutaj nie byłam.. Zawsze chciałam tu przyjechać, zamieszkać z dala od Holmes Chapel, gdzie mam nieprzyjemne wspomnienia.
- Panie przodem. - mówi Stol... Nie, Styles.. Mówi Styles otwierając przede mną szklane drzwi restauracji. Wywracam oczami na jego gest i od razu tego żałuję. Mocno zaciska rękę na moim prawym ramieniu.
- Nigdy. Tak. Nie. Rób. Nienawidzę tego. - syczy i wpycha mnie do środka. Zajmujemy stolik jak najdalej od tego zamieszania, które tutaj panuje. Kątem oka spoglądam na Styusa.. Stylesa! Ugh.. Przysięgam, że gdybym go nie znała, uznałabym, że jest albo modelem albo projektantem mody albo obydwoma na raz. Jest ubrany w identyczne czarne rurki, białą koszulę na guziki i rękawami do łokcia i obydwoje mamy brązowe botki. No to pięknie....
- Uroczo państwo wyglądają. Widać, że zakochani. - wzdycha jakaś staruszka. Czuję się dziwnie... Gdyby tylko mogła znać prawdę....
- Dziękujemy. Kocham ją całym swoim sercem i nie wyobrażam sobie życia bez niej. - w co on pogrywa?
- Życzę szczęścia. - gdy kobieta odwraca się od nas, Styles piorunuje ją wzrokiem. Brawo, Diana! Pamiętasz jego nazwisko.  Widać, nie podobało mu się to tak samo jak mi to po co to pogrążał?
Chwilę po, gdy zajmujemy miejsca pojawia się kelnerka. Gdy tylko widzi Harry'ego, poprawia swoją koszulkę ciągnąc ją w dół. Gosh... Ona nawet nie ma piersi!
- Co państwo zamawiają?
- Dwa razy sałatkę grecką. - mówi oschle do niej, ale ona nie zdaje się tego zauważyć.
- Czy coś do picia?
- Białe wino i tak na przyszłość, nie eksponuj czymś czego i tak nie masz. - śmieje się, na co oburzona tleniona blondynka odchodzi. Próbuję się nie śmiać, ale nie wychodzi mi to.
- Ty masz lepsze piersi od niej. - mówi, a ja o mało co nie krztuszę się własną śliną. Nie wierzę, że to powiedział. A jednak..

Wiem, wiem.. Katastrofa jakaś. Nic się zbytnio nie dzieje, nie miałam pomyślu na ten rozdział. Muszę jakoś przyspieszyć akcję. :D
Jeśli komentujesz z anonima, to podpisz się, ok? Chcę wiedzieć, kto moje wypociny czyta. ;_;
Z jednej strony cieszę się, bo ponad 200 osób przejrzało rozdział 12, lecz z drugiej strony jak na taką liczbę było 5 komentarzy. ;////
Zależy mi na tym blogu i chciałabym go pociągnąć do końca.
7 komentarzy = next 
Theme by violette