wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 15

* Harry *
Widok śpiącej Diany jest taki dziwny, bo dobrze wiem, że za chwilę będzie miała piekło. Nie chciałbym być na jej miejscu.
- Podać coś panu? - słyszę piskliwy głos. Odwracam głowę w lewo i widzę niską ciemną brunetkę. Mierzę ją wzrokiem z góry do dołu i się cwaniacko uśmiecham. A narzekałeś, że ci się będzie nudzić, Styles. 
- Ciebie. - na moją odpowiedź, dziewczyna spuszcza wzrok i zasłania twarz długimi włosami. Gdyby nie patrzeć to każda tak reaguje, kompletnie nie wiem czemu. - Gdzie tu jest jakaś toaleta? Najlepiej, żeby była oddalona od tych wszystkich ludzi.
- J-jjasne, proszę z-zza mną. - idę za nią patrząc ostatni raz na Dianę. Żeby była na miejscu jak przyjdę. Chyba aż tak głupia nie jest, żeby gdzieś się przenieść. I tak ją bym znalazł. Uderzam lekko swoim torsem w plecy brunetki. Za nią znajdują się niewielkie drzwi, chyba do tej upragnionej toalety.
- No to czas się zabawić, mała. - wpycham ją do środka. Nie stawia oporu i dobrze. W sumie, czego się mam spodziewać? Odrzucenia? Nie takie słowo dla mnie. Nie cierpię tego gestu. Jeśli ktoś nie stosuje się do moich zasad, pożałuje tego i tyle. Cała filozofia.
Zamykam drzwi na zamek i szybko odwracam się do dziewczyny oblizując przy tym usta. Przypieram ją do ściany całym swoim ciałem. Słyszę jej ciche jęki, gdy wodzę swoimi rękami po jej ciele. Zaczynam całować ją nachalnie w usta, a po chwili schodzę z pocałunkami niżej. Od szyi poprzez obojczyk. Zasysam kawałek jej skóry przez co zostaje widoczna malinka. Już jest naznaczona, że ja tu byłem.
- Dotykaj się. - rozkazuję jej. Jest speszona moją prośbą, ale gdy posyłam jej groźne spojrzenie od razu to robi. Masuje się po brzuchu, dotyka po piersiach, ale to wciąż jest za mało jak dla mnie. Mama Diany miała wprawę, szkoda tylko, że popełniła samobójstwo. - To mi nie wystarcza, skarbie.. - szybko rozpinam rozporek, wyjmuję swojego penisa, podwijam sukienkę nieznajomej, ściągam jej bieliznę i bez żadnego ostrzeżenia gwałtownie w nią wchodzę zakrywając jej usta dłonią. Nie chcę, aby ktoś ją słyszał.Jej ciche pojękiwania dodawały mi większego pożądania. Przyciskam ją mocniej do ściany.
- J-już starczy.. - sapie, a ja się zwycięsko uśmiecham. Nie tak szybko.. Gdy przyspieszam jeszcze bardziej swoje ruchy, wyrywa się. Czuję, że jest blisko orgazmowi, więc z niej wychodzę, zapinam rozporek, a z kieszeni wyciągam ....
* Diana *
Moje ciało jest całe zdrętwiałe przez co jestem zmuszona się podnieść. Przy okazji ziewam zakrywając usta ręką jak tego kultura wymaga. Patrzę na miejsce obok. Jest puste. Czyżby mnie zostawił samą w jakimś samolocie? Nie zdziwiłabym się jakby zapłacił pilotom, żeby mnie wywieźli jak najdalej od niego, ale z drugiej strony on ma zlecenie oddać mnie w obce ręce, więc po co miałby to robić?
Poprawiam się na miękkim fotelu, przykrywam cieplutkim kocem, nawet nie wiem skąd go mam. Przede mną siedzi jakieś starsze małżeństwo. Oby nie była powtórka jak z tamtą kobietą.
- Już nie śpisz? Jeszcze mamy niecałe 4 godziny do lądowania. Chcesz coś zjeść? - ta chrypa w jego głosie będzie chyba moim drugim głosem w głowie, będzie mnie prześladować. A skąd on taki miły? Zleciało mu coś na łeb? Co ty taka odważna? Ugh, w środku mogę być tym kim chcę, nawet tym kim nie jestem na zewnątrz. - Czyli rozumiem, że nie chcesz jeść skoro nie odpowiadasz, okej... Zmieniając temat, jak ci się spało, skarbie? - patrzę na niego jak na jakiegoś głupka. Chyba faktycznie czymś musiał dostać. To jest Harry Styles, on jest nieprzewidywalny. Racja to racja, może coś knuć, a ja mogę się na to nabrać.
- Nie ze mną te numery, panie Haroldzie. - prycham naciskając na dwa ostatnie słowa. Mój zwycięski uśmiech nie trwa długo, gdy zauważam jak zaciska usta w prostą linię, jednak po chwili wraca do wcześniejszego wyrazu twarzy.
- Nie teraz. Teraz nie zepsujesz mojego dobrego humory.
- A założysz się?
- Radzę ci naprawdę nie pogrywać ze mną, bo nasza znajomość się skończy inaczej niż to zaplanowałem. - marszczę brwi na jego wypowiedź. O co mu chodzi? Chce się ze mną pożegnać? Nie będzie to miłe pożegnanie.
Ciszę, która panuje między nami zostaje przerwana przez burczenie w moim żołądku.
- A jednak. - uśmiecha się - Co byś zjadła? Radzę ci się teraz najeść do syta, bo w szpitalu tak nie będzie. Nie będziesz miała taryfy ulgowej. Jeden posiłek na dzień o 14 i to nie byle co. Jakaś papka zrobiona z resztek jedzenia, ale to twój wybór. - nie wiem co on takiego powiedział, nie słuchałam go za bardzo. Patrzę na pusty talerz przed siebie i jeszcze dalej. Dostrzegam, że ręce Stylesa wędrują po 4 kromki chleba, nóż, który wbija w masło i smaruje nim chleb, na to kładzie szynkę, ser, pomidor.  Dobra, chyba już nic mnie nie zaskoczy. Czyżby się zmienił? Tacy jak on nigdy się nie zmieniają, ale to NIGDY. 
- Masz i jedz. - jego ton mówi sam za siebie - nigdy się nie zmieni. A było tak miło. Właśnie, było...
***
- Uwaga, uwaga, proszę o chwilę uwagi. Za chwilę będziemy lądować. Proszę zapiąć pasy, dziękujemy. -  Szybko zapinam pas i z przerażeniem spoglądam na Stylesa. Pokazuje mi, żebym się niczego nie bała. O co tu chodzi?
Czuję jak samolot zmienia kąt lotu i lecimy w dół. Ktoś bierze moją rękę w objęcia. Wędruję wzrokiem na tą osobę. Gdy spotykam twarz Stylesa szybko zabieram swoją dłoń i dociskam się do fotela.
- Nadal się mnie boisz? Nawet jak jestem taki miły? Jeśli będziesz taka jak teraz jesteś, to nie będę dla ciebie zły. - mamrocze jeszcze coś pod nosem. - Chodź, wylądowaliśmy. - wstaje i nawet nie patrzy czy idę za nim, po prostu idzie w stronę wyjścia.
To się za szybko dzieje z dnia na godzinę, z godziny na minuty, z minut na sekundy. Muszę sobie kiedyś pogratulować życia. Starta rodziców, strata Nialla, strata wszystkiego co miałam i czego nie doceniałam. Jeszcze się dziwię, że to znoszę. Ponoć po stracie rodziców nie da się nie płakać 24/h przez 365 dni, a ja co? Nawet nie chcę mówić.
Zdezorientowana wstaję i szybko przytrzymuję się stolika, żeby nie stracić równowagi. Czekam aż ludzie opuszczą samolot i na końcu dopiero wychodzę. W tłumie próbuję znaleźć Stylesa, ale nie wychodzi mi to. Idę jak najdalej od tego zamieszania, siadam przy drzewie i zamykam oczy. Nie wiem ile spałam, ale na pewno nie długo, bo nie czuję się na siłach. Skąd drzewo na lotnisku?
- Masz swoją torbę, wstawaj szybko i biegnij ile masz sił jeśli nie chcesz zginąć. - robię to co karze, ale pytanie dlaczego? Rozgląda się i pokazuje mi, żebym zaczęła za nim biec. Ale zaraz, czy my mieliśmy cały czas bagaże?
- Gdzie.. Gdzie biegniemy? - pytam dysząc. W-f nie jest moją mocną stroną.
- Jak najdalej od tego zbiegowiska, bo.... - nie dokańcza, bo szturcha mężczyznę i się zatrzymuje przez co jestem zmuszona zrobić to samo, aby na niego nie wpaść. Wyłaniam głowę zza jego pleców.
Co jest grane?


Dzień dobry wam po takiej dłuższej przerwie. Wiem, że się spóźniłam z rozdziałem, ale nie miałam go jak pisać, bo nie miałam czasu, więc rozdział też taki krótki, bo nie wiedziałam jak to jeszcze bardziej rozwinąć, a chcę was przytrzymać w niecierpliwości. Mam nadzieję, że się nie pogniewacie. :)
komentarz = motywacja 

4 komentarze:

  1. Myślałam, że ona go przyłapie..
    Świetny rozdział
    Czekam na next
    Zapraszam do mnie
    saveyoutonight-louistommo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, że dopiero teraz komentuje! Nie miałam czasu :( Wybaczysz?
    Rozdział wspaniały! I co nagle on się taki miły zrobił?
    Z niecierpliwością czekam na next! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zostałaś nominowana do Libster Awards!
    Gratuluję!
    Więcej informacji u mnie.
    saveyoutonight-louistommo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Theme by violette