środa, 23 grudnia 2015

Rozdział 22

Ledwo co otwieram oczy, a już słyszę jego pytanie jak się czuję. Mówię, że jest okej, ale tego nie łyka. Ja też. Zauważam, że siedzi przy łóżku na którym leżę i głaszcze moją dłoń. Jego wyraz twarzy jest inny. Widzę, że się martwi, ale nie potrzebnie. Kto by się mną przejmował? Z drugiej strony nigdy go takiego nie widziałam. Nie wiem czy mam się bać czy nie.Czy to cisza przed burzą, czy nie? Jak na zawołanie burczy mi w brzuchu. Lekko się za niego chwytam.
- Jesteś głodna. - stwierdza niż pyta. Kiwam przecząco głową, ale i tak na marne. Wychodzi z pokoju mówiąc, żebym za pół godziny zeszła do kuchni na kolację.
Próbuję wstać, ale od razu opadam na plecy. Ból jak widać nie ustępuje, a ciało nie chce ze mną współpracować. Cicho jęczę i przeklinam za każdym razem, gdy czuję pieczenie poprzez nawet najmniejszy ruch. Muszę iść do tej kuchni. Nie chcę go zdenerwować, a wiadomo jak to się kończy u takich osób jak on czy jego szef. Do moich uszu dociera dźwięk kroków, bez fatygowania się usiłuję wstać. W momencie, gdy drzwi się otwierają, upadam na podłogę. Styles szybko się przy mnie znajduje i pomaga mi wstać. Wolę go w wersji 'nie podchodź bo cię zabiję' niż 'nic ci się nie stało? dobrze się czujesz?'.
- Nic ci się nie stało? Dobrze się czujesz? - o ironio - Zaniosę cię do kuchni tylko musisz się ubrać. - podchodzi do szafy z której wyjmuje wełniany, cienki sweter z długimi rękawami i jakieś jeansowe spodenki. Z innej szuflady wyciąga świeżą bieliznę i z tym wszystkim idzie do mnie. Kładzie i mówi, żebym się przebrała. On sam jednak nie zamierza stąd wyjść. Odwraca się do mnie tyłem i gestem ręki ponagla mnie. Porównuję bieliznę, którą mam na sobie z tamtą. Moja jest cała we krwi, a tamta zapewne czysta i pachnąca. Skąd on może wiedzieć jaki ma rozmiar stanika?
- Sugerowałem się swoją pamięcią, więc nie wiem czy będzie pasował. - to tak jakby czytał mi w myślach - Już? - cicho mamroczę, że tak. Penetruje mnie od góry do dołu i lekko się krzywi - Zanim się ubierzesz, musimy opatrzyć ci te rany. - ciągnie mnie do łazienki.
Usadawia mnie na umywalce i zaczyna szukać odpowiednich rzeczy do dezynfekcji. Po chwili znajduje się przede mną. Waciki namacza wodą utlenioną. Od razu zaciskam pięści, usta formuję w wąską linię i zamykam oczy. Gdy tylko wacik dotyka jednej z ran na brzuchu, wydobywam z siebie głośny jęk. I tak za każdym razem. Im głębsza rana tym bardziej piecze.
Gdy lekko otwieram oczy, widzę, że wszystkie świeże nacięcia i te, które nie zdążyły się się jeszcze zagoić są w pianie.
- Zaraz przestanie boleć i szczypać. - szepcze kompletnie skupiony na tym co robi. Nie żeby co, ale wolę go takiego. Wtedy mogę się czuć inaczej, ale nie potrafię tego nazwać.
- Mmam kilka ppytań. - spuszczam wzrok na podłogę.
- Zaraz mi je zadasz. Teraz możesz iść się przebrać. Czekam w kuchni. - wychodzi, a ja chwilę po nim. Ubieram wybrane przez niego ubrania. Szkoda, że nie wybrał dłuższych spodni. Mam całe nogi w plastrach i bandażach, ale nie zakrył pewnych ran. Nacięć zrobionych przeze mnie. Co prawda są stare, ale zawsze mogą się odnowić. Nie jestem chora, po prostu to od dawna jest moim uzależnieniem. Głupie, wiem. Nie mogę tego powstrzymać, to jest silniejsze ode mnie.
Gdy znajduję się w kuchni, siadam jak najdalej od niego. Podaje mi talerz pełen kanapek i herbatę. O dziwo wraca na swoje miejsce, nie zamierza zmieniać dystansu między nami. Lekko odsuwam jedzenie. Nie jestem przekonana co do tego jedzenia i ogółem.
- Zjedz to, jesteś wychudzona i osłabiona. - kręcę głową. Nie czuję potrzeby jeść i on jak to on mógł coś dodać do tych kanapek. Powoli odsuwam od siebie talerz jak i herbatę. Wolę głodować..
- Jeeeestem! - z dużego przedpokoju słychać głos Willa i trzask frontowych drzwi. Wchodzi do kuchni obładowany kolorowymi torbami - Kupiłem wszystko co dziewczynom jest potrzebne. - zwraca się do mnie pokazując mi zakupy, miło z jego strony - To ja was zostawiam... - w śmieszny sposób wychodzi z kuchni. Uśmiecham się lekko, chyba pierwszy raz od dwóch, trzech miesięcy?
- Jedz to.. - uśmiech od razu znika. Prawie niezauważalnie zaprzeczam ruchem głowy - Masz. To. Zjeść. Teraz. - syczy przez zęby robiąc sekundową przerwę pomiędzy wyrazami.
- Nnnie mmogę.. Nnie.. Nie jjestem głoddna.
- Umrzesz to nie moja sprawa. Będę miał spokój.. - mamrocze pod nosem na tyle głośno, że mogę go usłyszeć. Nie wiem czy to specjalnie robi czy faktycznie nie wie, że powiedział to za głośno.
Nie wiem jak mam się teraz zachować. Zapewne jeden niewłaściwy ruch i po mnie.
- Jakie masz pytania.. - moje usta drżą, ciało ogarnia gęsia skórka. Przed chwilą ledwo co mogłam wydusić jakieś słowo, a teraz czuję się jakby ktoś odciął mi język. Nie dam rady nic powiedzieć, nie potrafię na niego spojrzeć, chociaż doskonale wiem, że on patrzy na mnie jak w obrazek. Czuję to..
Moje ciało ogarnia jakieś dziwne uczucie, zaczyna robić mi się gorąco, pot spływa po moich plecach. Nie mogę opanować emocji, które we mnie siedzą. Rozglądam się wszędzie kłopotliwie, a po chwili mój wzrok zatrzymuje się na nim. Mogę przysiąc, że wyglądam jak jakiś strach na wróble, ale nie wiem co się ze mną dzieje. Robi dwa powolne kroki w moją stronę, na co ja reaguję ucieczką z kuchni do salonu. Staram się otworzyć wyjście na taras, ale ręce za bardzo mi się trzęsą.
- Dobrze się czu... Ej, co ty robisz?! Nie uciekaj! - gdy chwyta mnie za ramiona, już czuję się stracona. Odwraca mnie przodem do siebie i zaczyna coś mówić. Zagłuszam go moim głośnym płaczem. Łzy lecą po mojej twarzy jak jakiś wodospad.To chyba ten moment, gdzie tracę resztki tej siły, która starała się mnie podtrzymać.
Próbuję się wydostać z jego silnych rąk. Szarpię się, próbuję go kopać, lecz nadaremno. Albo on jest za silny, albo ja za słaba, lecz obstawiam obydwa.
- Uspokój się wreszcie! Nie chcę zaś znosić twoich humorków! Jeżeli chcesz żyć ze mną w zgodzie, masz się mnie słuchać, zrozumiano? - energicznie ruszam głową na znak, że się zgadzam. Patrzę z przerażeniem na niego, jak będę się go słuchała, wszystko będzie dobrze, tak? Tak mówił.. Chyba nie wierzysz w jego puste słowa? Nie wiem. Nie wiem w co mam wierzyć.
Puszcza mnie i zamyka drzwi tarasowe na klucz. To samo robi z oknami i drzwiami wejściowymi. Idzie na górę. Słyszę, że wchodzi do pokoi, coś robi, a po kilku minutach wraca na dół.
- Nie uciekniesz mi teraz. Zamknąłem wszystkie okna oraz drzwi. Nie dasz rady ich otworzyć ani z zewnątrz ani z wewnątrz. Gdy mi zwiejesz, będą jeszcze gorsze kłopoty dla ciebie i dla mnie. Mam nadzieję, że już podejmujesz właściwą decyzję. - klepie mnie lekko w policzek, siada na kanapie, włącza telewizor i jak gdyby nigdy nic ogląda, pozostawiając mnie zdezorientowaną - Siadaj. Muszę z tobą coś obgadać. - wyłącza telewizor i nastaje niezręczna cisza. Waham się przez chwilę czy usiąść czy nie. Gdy jego wzrok mógł zabijać, już dawno byłabym martwa. Usadawiam się na fotelu jak najdalej od niego. Chwilę się zastanawia, co chce powiedzieć, rozgląda się dookoła jakby chciał mieć pewność, że nie ma nikogo oprócz nas i nikt tej rozmowy nie słyszy bądź nie nagrywa. 
- Zacznijmy od twoich pytań. A więc słucham. - łokciami opiera się o kolana i czeka aż coś powiem. Nie wiem o co mam go pytać, jeszcze rano byłam zdecydowana, wiedziałam co chcę powiedzieć, a teraz to przeminęło z wiatrem. Zamykam oczy, robię głęboki wdech. 
- Dlaczego mnie uratowałeś? - pytam na wydechu i bardzo szybko. Powieki mimo że są zamknięte, to drżą tak jak usta. Boję się usłyszeć prawdy. Boję się, że powie 'Ponieważ chciałem mieć cię tylko dla siebie, dla swoich potrzeb'. Ze zdenerwowania, obracam swój łańcuszek wyczekując odpowiedzi. Coś długo myśli nad odpowiedzią.
- Kiedy indziej ci powiem. Coś jeszcze? Nie? To marsz do siebie na górę. - jego ton głosu oznajmia, że lepiej z nim nie zadzierać, więc pospiesznie idę na górę do swojego obecnego pokoju. Zamykam drzwi na zamek, opadam na łóżko i patrzę w sufit. Jego ostatnie zdanie brzmiało, jakby rozmawiał z jakimś dzieckiem, a przecież nim nie jestem.
Dlaczego muszę mieć takiego pecha w życiu? Wszystko co zrobię bądź nie zrobię, ma swoje konsekwencje. Mogłam siedzieć tamtego dnia w swoich czterech ścianach i może by do tego nie doszło? Albo to wszystko było zaplanowane? Albo raczej nie? Już nie wiem co jest prawdą, a co nie.
A co, jeśli to wszystko przez mamę? Nie! Jak śmiesz tak myśleć! Ona niczym nie zawiniła! To na pewno nie jej wina, nie jej..
***
Budzę się przez ciche chrapanie. Próbuję się odwrócić na drugi bok, ale dwie rzeczy mi przeszkadzają. Jestem cała zdrętwiała i czyjaś ręka mocno trzyma mnie za biodra.Przełykam głośno ślinę. Przecież byłam sama w pokoju, zamknęłam się na zamek z tego co pamiętam. Z wielkim bólem wyślizguję się spod kołdry i patrzę kto śpi obok mnie. Czemu mnie nie dziwi jego widok...
Wykorzystując okazję, że śpi, po cichu schodzę na dół w poszukiwaniu kluczy. Teraz liczy się tylko czas. W każdej chwili może się obudzić. Zobaczy, że mnie nie ma i się domyśli co robię. 
Staram się być jak najciszej, lecz strach, który mną włada, nie pozwala mi na to. Ręce mi się trzęsą, gdy otwieram każdą inną szufladę, bądź szafkę. W kuchni nic nie znalazłam, w przedpokoju też. Jeżeli w salonie nic nie będzie, będę musiała zebrać się na odwagę i wejść do jego pokoju, jeżeli go nie zamknął. 
Przez chwilę nasłuchuję, czy nie chodzi po pokojach. Jedyną odpowiedzią jest nic, kompletna cisza, która daje mi nieco sił.
Zaczynam przeszukiwać każdą szafkę, która znajduje się w okolicach wielkiej plazmy. Oprócz płyt, filmów i dwóch mikrofonów jak mniemam do karaoke, nic nie rzuciło mi się w oczy. Jednak, nagle natrafiam na jedną zamkniętą szafkę. Skoro nie da się jej otworzyć, znaczy to, że coś tam musi być ciekawego. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Zdaje mi się, ale chyba już mówiłam, że będę smarzyć się w piekle? 
Kombinuję, jakby tu otworzyć tą szafkę, ale każdy pomysł od razu odrzucam. Czego bym nie zrobiła, byłby hałas, ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Potrzebuję choćby kombinerek, ale skąd je wziąć? Oh, chwila! Widziałam je gdzieś w kuchni! Może jest jakaś nadzieja w tobie? W kuchni podchodzę do szafki pod zlewem, wyjmuję potrzebny przyrząd i wracam z powrotem do salonu. Kombinerki przykładam do kłódki, odliczam od 5 i mocno oraz szybko przyciskam przyrząd do blokady. O dziwo, kłódka pęka na pół, a mnie ogarnia wielka satysfakcja, że tak łatwo sobie poradziłam. 
Biorę głęboki wdech i wydech szykując się na to, co mogę zaraz zobaczyć. Powoli otwieram szufladę i od razu czuję, jak moje ciało dostaje paraliżu. W środku znajduje się mały rewolwer, a obok niego kilka naboi. Przysięgam, że w ciągu sekundy moja twarz nabrała koloru tak bladego, że niektórzy mogliby pomylić mnie z wampirem. 
Ostrożnie podnoszę przedmiot i okręcam go w dłoniach uważając, aby nie nacisnąć spustu. Nie wiem czy jest załadowany czy też nie. 
- Co tam robisz? Co trzymasz w dłoniach? - nie wiem kiedy, Styles znajduje się przy framudze drzwi. Jak poparzona wstaję, a ręce razem z pistoletem chowam za siebie. Robi kilka kroków w przód, a ja w tył.
- Nie podchodź do mnie. - mówię stanowczo. Ten tylko się śmieje cicho i zmierza w moją stronę. Nie wytrzymuję. Wyciągam zza pleców rewolwer i celuję w Stylesa. Przez chwilę w jego oczach mogę ujrzeć zaskoczenie, ale po chwili widzę rozbawienie. 
- Oh, no proszę cię. - robi krok do przodu - Przecież obydwoje wiemy, że tego nie zrobisz. Nie masz wystarczająco dużo odwagi, aby we mnie strzelić. A poza tym, jest rozładowany. - gdy próbuje odebrać ode mnie broń, moje place, które znajdują się na na spluwie, automatycznie naciskają na nią. Przez ułamek sekundy można usłyszeć głośny dźwięk. 
Broń wypada mi z rąk. Nie mogę uwierzyć, że to zrobilam. Postrzeliłam człowieka! Nic do mnie nie dociera. Otępiałym wzrokiem patrzę na upadającego bruneta, który trzyma się za prawy bark. Przeklina, syczy z bólu, próbuje zatamować krwotok. Oczy zaczynają mnie szczypać,głowa mocno pulsuje, robi mi się nie dobrze. 
- T.. Tyyy... - nagłą ciszę przerywa jego głos. Jest inny niż zazwyczaj. A co mu sie dziwisz? Postrzeliłaś go! Ma się z tego powodu cieszyć? Lekko podnosi głowę i patrzy na mnie. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Ból, cierpienie, smutek, żal, zaskoczenie, niedowierzanie, nienawiść - to jedna czwarta emocji, które odczytuję z jego wyrazu twarzy. 
- M.. Mmówi... Mmmówiłłeś, ż-że tto nie jesttt.... Naładddowane... - czuje formującą się gule w gardle. Nie wytrzymuję tego widoku i uciekam na górę zanosząc się donośnym płaczem. Co ja najlepszego narobiłam? Skąd ta odwaga się we mnie wzięła? Przecież nawet muchy nie potrafię zabić, a co dopiero postrzelić człowieka! 
Czy mama byłaby ze mnie dumna? 
Pytanie szybko przelatuje mi przez głowę cały czas. Mogłam zrobić to co ona! Popełnić samobójstwo i może zaznałabym w końcu jakiegoś spokoju. Nienawidzę siebie! Nienawidzę swojego życia! Nienawidzę świata i losu! 
*****
Nie wiem ile czasu mija odkąd tu siedzę. Zdaje się, że wieczność. Co chwila spoglądam na zegar ścienny, który mi nic nie ułatwia. Jedyne co robi, to sprawia wrażenie, jakby sekundnik zwalniał z każdym ruchem, przez co wydaje mi się, że wszystko się wydłuża. Wzdycham cicho, zamykam na chwilę czerwone od płaczu oczy. Czuję ostre pieczenie, gdy je mocniej zaciskam. Wydzieram się na całe gardło. W ten sposób staram się w jakimś stopniu rozładować to, co siedzi we mnie, lecz nie pomaga. Prześpij się na tak długo, a żebyś już nie wstała. Podpowiada mi głos w głowie. Chciałabym. Tak bardzo bym chciała, ale zawsze stchórzę. Zawsze jest jakaś przeszkoda, która nie pozwala mi tego zrobić. Może gdybym sie upiła do stanu, w którym nie panowałabym nad sobą...
Otwieram oczy. Muszę zejść na dół czy tego chcę czy nie. Muszę wiedzieć, czy go... Czy go nie sprowadziłam na drugi świat. A co zrobię jak okaże się, że go zabiłam? Będę taka jak on, jak jego szef... Jak oni wszyscy, a tego nie chcę. 
O trzęsących się nogach i rękach, przekręcam zamek w drzwiach i po cichu schodząc na dół, nasłuchuję jakieś szmery bądź mamrotanie. Gdy odpowiedzią zdaje się być głucha cisza, moje serce zaczyna bić sto razy szybciej, w gardle mam ścisk, nie potrafię złapać powietrza. Niestety to jest niczym w porównaniu z emocjami, jakie dołączają do mnie, gdy tylko przekraczam próg salonu. Nie ma go. Nie ma żadnej krwi na podłodze. Salon wyglada tak, jakby nic się tu nie odbyło. Co najgorsze, nawet szuflada jest w idealnym stanie, w jakim była zanim próbowałam dowiedzieć się, co znajduje się w środku. A może to wszystko nie miało miejsca? Może to tylko moja zniszczona wyobraźnia płata ze mnie figle? Ale nie... To jest.. To było zbyt realistyczne na sen czy wyobraźnię. To musiało dziać się naprawdę. Lecz czy z drugiej strony dałabym radę postrzelić człowieka? Nie! On przecież nie był człowiekiem! On był potworem! Koszmarem, cieniem, czarnym kotem, który wiecznie przynosi pecha! Jednak tą grobową ciszę przerywa bardzo cichy szelest wydobywający się zza moich pleców. Przełykam głośno ślinę i obawiam się najgorszego....
Powoli odwracam się do tyłu i... Nic. Nikogo nie ma, a szelest nie ustaje. Wytężam słuch. Ostrożnie kieruję się do celu dobiegającego z jednego z pomieszczeń na parterze. Jedne drzwi są uchylone, więc ON tam musi być. Staję przy drzwiach i przez szparę patrzę w lustro, gdzie mogę dostrzec jego odbicie. Coś przeklina pod nosem, a po chwili zdejmuję swoją koszulkę. Mogę przysiąc, że mam zawał i dostaję palpitacji serca. Jego idealnie wyrzeźbiony tors jest pokryty niezliczoną ilością tatuaży, a opalenizna jest takim dodatkiem to całego obrazu, który widzę. 
- Wiem, że tam jesteś. Chodź tu do mnie. - mówi z wielkim spokojem, więc nie wiem czy mam się bać i obawiać najgorszego czy nie. Oh nie, pogratuluje ci, że do niego STRZELIŁAŚ. Niech on bynajmniej ubierze koszulkę, proszę! - Mam sam podejść? - jak poparzona wskakuję do łazienki bojąc się konsekwencji, co by było gdybym nie weszła. 
Głowę spuszczam w dół. W tej chwili oglądanie jasnych niebieskich kafelek jest chyba ciekawszym zajęciem, niż patrzenie na niego. W małym pomieszczeniu panuje cisza, że zapewne da się usłyszeć bicie mojego serca albo przełykaną ślinę. 
- Skoro ty nic nie mówisz, pozwól, że ja zacznę... A więc, po pierwsze chciałbym, abyś wiedziała, że jestem z ciebie dumny. Strzeliłaś we mnie. Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewał. Nadal nie mogę tego pojąć i uwierzyć, że Diana Pain miała tyle odwagi, aby dokonać się takiego czynu. Na twoim miejscu nie zasypiałbym już wcale, jeśli nie chciałbym mieć koszmarów. - czasami mam wrażenie, że jestem Einsteinem przy nim. Kto o zdrowych zmysłach jest dumny z drugiej osoby, która strzeliła w tą pierwszą? Oh, no tak. Tylko on.. - Druga sprawa. Zastanawiasz się jakim cudem uniknąłem śmierci? Na tą odpowiedź będziesz musiała czekać. Ile? Tego nie wiem. Może do momentu, w którym ci w pewnym stopniu zaufam? - prycha i dodaje - To nigdy nie nastanie. Trzecia i chyba ostatnia sprawa to taka, że nie pozostaniesz bez kary. - wstaje. Szybko cofam się do tyłu, cały czas mając głowę spuszczoną. Jestem na straconej pozycji, gdy plecami dotykam zimnej ściany. Jest coraz bliżej. Próbuję wcisnąć się w ścianę z nadzieją, że przeniknę przez nią jak duch. 
Odruchowo ręce kładę na dekolcie i poprzez dotyk wyszukuje mojego łańcuszka. Zaciskam go mocno, zamykam oczy i czekam na jego jakikolwiek ruch. Mogę przysiąc, że czas zatrzymał się w miejscu. Nic mi się nie dzieje, nie czuję żadnego bólu. A może on nie chce mnie bić? Może chce na mnie nakrzyczeć jak nigdy dotąd?
Jedyne co teraz mogę poczuć to jego zimne dłonie dotykające moją rękę, w której zaciskam mały samolocik. Przez moment jego ścisk wydaje się być mocny, a po chwili siła stopniowo maleje.
- Wyjdź, proszę. Nie chcę ci zrobić krzywdy. - szepcze unikając mojej twarzy. Jednak moje oczy nie mogą oderwać się od tatuaży, które zdobią tors Stylesa. Jestem ciekawa co one oznaczają dla niego. Czy w ogóle mają jakaś historię czy zrobił sobie dziarę od tak. 
Nie panując nad sobą, wskazującym palcem dotykam dużego statku na lewym ramieniu. Wpatruję się jak zahipnotyzowana. Jestem tak skupiona na ramieniu, że nie dociera do mnie żadne słowo, które wypowiada. Palec zsuwam niżej, dotykając każdy napotkany tatuaż. Gdy trasa się kończy, wracam do góry i znowu ma dół. To tak, jakbym próbowała się nauczyć ich położenia i wielkości. Spoglądam na twarz Stylesa. Ma lekko rozchylone usta, zamknięte oczy, a miedzy brwiami robi mu się mała, śmieszna zmarszczka. Gdy przez przypadek zahaczam pazurem o jego skórę, wydaje z siebie cichy jęk. Teraz dochodzi do mnie co właśnie robię. Szybko cofam dłoń i obydwie ręce daje za siebie. 
- Dl... Dl... Idź do salonu, kuchni. Gdziekolwiek. - mamrocze robiąc mi drogę. Jestem w osiemdziesięciu procentach pewna, że nie to chciał powiedzieć, ale nie chcę mieć kłopotów, więc się zamykam i wychodzę jak najszybciej z łazienki. 
Dlaczego do licha to zrobiłam?! 


Akuku!! Po trzech miesiącach przerwy powracam do was z nowym rozdziałem, który zostawiam wam do ocenienia. ;)
Jest tu ktoś? Ktoś pamięta mnie jeszcze i ten blog? 
Rozdział 22 jest takim małym prezencikiem z okazji świat i urodzin Louisa. Nie przedłużając chciałabym wam życzyć wesołych świat, dużo prezentów, zabawy, szczęśliwego nowego roku, abyście w 2016 spełniali swoje marzenia. :)
P.S. Notkę dodaje z telefonu, wiec z góry przepraszam za inną czcionkę bądź cokolwiek. 
P.S.2. Nie wiem czemu wyświetla mi się inna data. Jest 24, a ukazuje się, że post został dodany 23. Dziękuje Bloggerze za współpracę ! 
Theme by violette