sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział 26

- Ciii, spokojnie. Jesteś bezpieczna, to tylko ja. - ohh.....
Nie wiem jak mam się zachować. Czy być spokojna czy dalej panikować, chociaż z jednej strony nie mam ku temu powodu, natomiast z drugiej.. Kto chciałby być dotykany przez swojego porywacza w lesie, gdzie nie ma żadnej żywej duszy prócz nas?
- Nie bój się. Przed nami jeszcze pięć godzin jazdy, a ja tak dawno nie byłem w bliższej relacji z kobietą.. - szepcze mi prosto do ucha błądząc swoimi łapskami po moim brzuchu, lekko nami kołysząc i kontynuuje - Jakoś tak teraz wzięła mnie ochota na seks, wiesz? Sama myśl, że jesteśmy tutaj kompletnie sami, w gęstym i ciemnym lesie, gdzie nikt nas nie usłyszy i nie zobaczy, wręcz mnie podnieca. - cała się spinam, gdy jego ręka schodzi coraz niżej. Nie ma wystarczająco dużo sił, aby mu się wyrwać, ale zawsze mogę go ugryźć. Jego druga dłoń znajduje się tuz przy mojej szyi, która lekko mnie dusi. Jednak to nie zatrzymuje mnie, żeby tego nie wykorzystać. Tak jak wspominałam wcześniej, otwieram usta i bez namysłu mocno wgryzam się w jego dłoń. Gdy w końcu mogę normalnie oddychać, podejmuję kolejna próbuję wyszarpnięcia się z jego objęć i uciekam w głąb lasu. Wiem, to głupie uciekać w las przed zboczeńcem i psychopatą, ale nie zdążyłabym go wyminąć znając swoje zdolności do biegania.
Co chwilą muszę robić duże podskoki podczas biegu, żebym nie wywróciła się na gałęzie bądź do głębokiej dziury, gdzie spędziłabym resztę swojego nędznego życia. Na ułamek sekundy odwracam się, by sprawdzić, czy brunet biegnie za mną. Jak się okazuje, po nim nie ma nawet śladu. Od razu staję w miejscu i rozglądam się we wszystkie strony. Czuję się jakbym grała teraz w horrorze - wszędzie za cicho, za spokojnie, zero odgłosów ptaków bądź świerszczy, ale jest cienka nić uczucia, które mówi mi, że jestem przez kogoś obserwowana.
- Dobrze, tylko spokojnie. - zaczynam szeptać do siebie pod nosem jednocześnie robiąc małe, powolne kroki do przodu - To tylko twoja wyobraźnia. Przecież od zawsze miałaś z nią problemy. Uspokój się. Tak naprawdę nikogo tu nie ma poza tobą i szelestem liści drzew i czyimiś krokami za mną! - drugą część zdania wręcz krzyczę i nie sprawdzając czy to prawda, znowu zaczynam biec przed siebie jak najszybciej potrafię. Naoglądałam się zbyt dużo filmów akcji, gdzie przeważnie wszystko działo się w lesie. Pamiętam też jak starsi uczniowie ze szkoły dokuczali mi, że pewnego dnia także znajdę się w lesie, a wtedy...
- Hej, Pain! - słyszę za sobą głos Emanuela - lidera drużyny piłkarskiej i reprezentanta naszej szkoły.
- Odczep się ode mnie! - krzyczę przyspieszając kroku, lecz nie dane jest mi wyjść ze szkoły, gdyż blondyn mocno łapie mnie za nadgarstek pełen świeżych blizn.
- Milej, co? - syczy mi w twarz. Wolną ręką wyjmuje swój telefon z kieszeni spodni, coś w nim grzebie i po chwili odwraca ekranem w moja stronę - Przepowiem ci teraz przyszłość. Na tym wideo jest pokazane, w jakiej sytuacji się kiedyś znajdziesz. - dopiero po paru sekundach dociera do mnie treść tego filmiku. Dziewczyna ucieka w głąb lasu przed zamaskowanym mężczyzną, ale na jej pecha, potyka się o coś i upada. Niestety nie zdąża się podnieść i biec dalej, ponieważ facet ją dopada i bez żadnych ceregieli usiłuje zgwałcić. Biedna dziewczyna..
- Zatkało cię, co? - czuję jak wzbierają się łzy w moich oczach, ale nie chcę pokazywać mu, że mnie tym złamał. Wyswobodziłam swoja rękę z jego uścisku i wybiegam ze szkoły. On mnie nie złamał. On mnie po raz kolejny zniszczył od środka.
Kiedy wspomnienie dobiega końca, potykam się o coś i upadam. Nawet nie czuję bólu. Odwracam się na plecy i tępo patrzę na drzewa. To już koniec. Nie obchodzi mnie już, kto mnie ściga, czy w ogóle ktoś mnie ściga. Oddaje się dobrowolnie nawet mojemu porywaczowi! Moja przyszłość została wypowiedziana na głos, niech się dzieje co chce!
- No, tutaj jesteś. Nie ładnie to tak uciekać przed samą grą wstępną, aczkolwiek jeżeli chcesz się pobawić w kotka i myszkę, toooo... Co ci jest? - nie reaguję na niego i jego słowa ani na dotyk ani na nic. Jeszcze w życiu nie byłam tak obojętna i bezwładna jak teraz. Może to jest ten czas, w którym wszystko do mnie dociera i uznaje, że opieranie się i próby walki są marne? Wolę się poddać i być słabeuszem, niżeli zaś walczyć i przechodzić jeszcze gorsze rzeczy.
- Może lepiej jakbym nie istniała? - zaczynam mówić sama do siebie - Może wtedy nikt nie marnowałby na mnie pieniędzy, czasu i toksycznej miłości?
- Najadłaś się grzybków halucynków, że tak gadasz czy co? - śmieje się ze mnie. Chwyta mnie lekko, ale stanowczo za nadgarstki i dźwiga do góry. Moje ciało to jeden wielki wrak, nie potrafię sama ustać w miejscu. Może faktycznie coś przez przypadek powąchałam nie będąc zupełnie świadoma?
- Zakop mnie gdzieś, o tutaj. Żywcem. Tak, żeby nikt nigdy nie znalazł moich zwłok.
- Co ty pieprzysz kobieto? Chodź do samochodu. Jak nic musisz odpocząć, zbyt dużo wrażeń masz odkąd mnie poznałaś.
- Ja cię nawet nie chciałam poznawać... - mamroczę na wpół przytomnym wzrokiem.
- Oj, gdybyś znała prawdę.. - mówi bardziej do siebie niż do mnie, ale go słyszę i rozumiem.
- Jaką prawdę-ę?
- Poznasz ją pewnego dnia, skarbie. - co się ze mną dzieje? Co on mi dał, że tak okropnie się czuję?
Usadawia mnie w aucie na miejscu pasażera, tuż obok kierowcy, zapina pas, zamyka głośno drzwi, a po chwili zajmuje miejsce przed kierownicą i ruszamy.. Gdzieś tam. Powieki same mi się zamykają, więc nie czuję potrzeby walczenia z nimi. I tak bym przegrała. Jak zwykle.
- Ciekawe czy kiedyś się jeszcze spotkamy, co? - pyta mała brunetka patrząc na zachodzące słońce za morzem.
- Na pewno! - odpowiada entuzjastycznie jej towarzysz i z wielkim uśmiechem szczęścia mówi dalej - Skoro trzy lata temu się poznaliśmy, po dwóch latach się znowu spotkaliśmy, a teraz po raz trzeci się widzimy, to to musi coś znaczyć! Nawet masz mój naszyjnik, który ci dałem ostatnio! Ładnie na tobie leży, wiesz? - policzki dziewczynki stają się czerwone z każdą kolejną sekundą na ten komplement.
- Dziękuję, przypomina mi o tobie. A wiesz, że ja tym razem mam coś dla ciebie, co będziesz mógł mieć cały czas? - chwali się dumnie dziewczynka.
- Serio? Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?
- Nie wiedziałam! - chichocze - Teraz wpadłam na pomysł, że mogę ci dać moją bransoletkę, którą dostałam od taty.
- Ale.. To twój prezent, skoro masz to po swoim tatusiu.-..
- Chcę, żebyś coś po mnie miał. - ze swojej drobnej rączki zsuwa brązową bransoletkę i zakłada na nadgarstek chłopczyka, który okręca swój prezent i patrzy jak zahipnotyzowany.
- Dziękuję. Nigdy jej nie zdejmę. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy....
Już nie śpię, ale nie chcę też otwierać oczu. Czuję się już lepiej, chociaż nadal czuję to coś. Nigdy nie umiałam tego uczucia określić. Zazwyczaj tak mam, jak dostaję szoku, a taki szok mam z wyniku zbyt szybkiego myślenia, jeżeli to myśleniem mogę nazwać. Inaczej mówiąc - za dużo sobie wmawiam i uważam, że to prawda, a w rzeczywistości tak nie jest. Cóż, jak się jest psychiczną osobą to tak już się ma. Byłoby łatwiej, gdybym wiedziała jak się wyleczyć, o ile się da.
Po paru minutach moje ciało drętwieje ze względu, że przez cały czas siedzę w jednej pozycji. Staram się zmienić pozycję tak aby wyglądało, że poprawiam się przez sen i chyba mi to wychodzi.
- Wiem, że nie śpisz od ponad piętnastu minut. - albo i nie? - Twój oddech stał się szybszy, po tym wnioskuję. Za niecałą godzinę będziemy w najbliższym motelu. Tam pozbędziemy się połowy swoich rzeczy, które mamy ze sobą.
- Za dziewięć dni są święta. - nie wiem czemu to wypowiadam. Nie sadzę, aby był z tego powodu jakoś zadowolony, ale chcę widzieć jego reakcję na ten fakt i od razu tego żałuję. Auto gwałtownie hamuje. Można nawet poczuć jak tył pojazdu lekko unosi się do góry i opada na asfalt.
- Czy ty siebie słyszysz?! - wydziera się i w tym momencie otwieram szeroko oczy ze strachu - Przejmujesz się durnymi świętami zamiast tym, że ktoś chce cię za wszelką cenę zdobyć tylko po to, aby cię za dnia traktować jak służącą z wyzywającym strojem, a w nocy, żebyś była na jego polecenia?! Co z tobą... - milknie. Widzę, jak się uspokaja, a jego oddech staje się równomierny - Albo wiesz co? Nie, zrobimy inaczej. Skoro tak bardzo zależy ci na świętach niż na własnym życiu i przy okazji moim, bo specjalnie dla ciebie narażam się na niebezpieczeństwo, wyjdź.
- C-co? - czy jednak moje wcześniejsze teorie pozostawienia mnie samej na pastwie losu się spełnią?
- To co słyszysz. - nachyla się nade mną, otwiera drzwi z mojej strony i siłą mnie wypycha. Cisze przerywa trzask zamykanych drzwi. Nawet słyszę jak zamyka się od środka, abym nie weszła. Zanim odjeżdża, opuszcza jeszcze szybę i dodaje - Pamiętaj. Idź cały czas prosto. Autem jest pięćdziesiąt minut drogi, ale tobie nie wiem ile zajmie. Do zobaczenia, skarbie. - puszcza mi oczko i z piskiem opon odjeżdża zostawiając mnie samą w lesie.
- Frajer! - krzyczę za oddalającym się samochodem, który po chwili znika mi z widoku. I co teraz? Jestem bezradna, bezsilna, nie wiem co mam robić. Zostawił mnie! Tak perfidnie mnie wyrzucił i się jeszcze nie zawahał! A mówił, że bezpiecznie wrócę do Holmes Chapel! Taa, nadzieja matką głupich..
Na chwilę obecną stoję jak ten słup na poboczu pośród głuchej ciszy, która mnie przeraża coraz bardziej. Nie wiem czy mam iść, czy zostać i czekać na jakieś zbawienie, albo że jednak zmieni zdanie i po mnie wróci? Przecież obiecywał, tak? Obiecanki cacanki. Ugh! Zanim mnie opuścił, mówił, że żeby trafić do motelu, trzeba iść cały czas prosto. Chyba innego wyboru nie mam niż spiąć tyłek i iść.
***
Już nie wiem co mam robić. Nie wiem czy idę w dobrym kierunku. Tak jak zawsze lubiłam chodzić na długie, samotne spacery, tak teraz nie mam sił i czołgam się na asfalcie. Wokoło mnie jest piasek, piasek i jeszcze raz piasek! Przebyłam z piętnaście minut w lesie, bo liczyłam czas, ale odkąd jestem na tych piaszczystych terenach, tak straciłam poczucie czasu, że nie wiem ile mam lat. Może już mi stuknęła trzydziestka? Do tego zamazuje mi się obraz, mam suchość w gardle, jestem cała spocona.
Zaprzestaję swoich ruchów i opadam plecami centralnie na środek drogi. Zamykam oczy i czekam, ale na co? Na zbawienie, którego nie dostanę? W sumie, będąc szczerą przed samą sobą, jestem obojętna na wszystko. Nie mogę pozbyć się tej obojętności odkąd Harry gonił mnie w lesie. Jeżeli coś mnie zabije - trafię do świata podziemnego i umarłych, gdzie Hades nie da mi spokoju. Albo stanie się jakiś cud i pozwoli mi chodzić nieznanymi ścieżkami? Może zobaczę mamę? I tatę? Matka nie była taka święta, chociaż na anioła wyglądała. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego nie mogę być tak samo piękna jak ona przynajmniej w jednym małym procencie. Pomimo że dla mnie liczy się bardziej wnętrze, to trochę urody by mi nie zaszkodziło, nie?
Ojciec.. Ojciec miał swoje lewe interesy, co Boga podziemi pewnie by kusiło, aby mieć go w swojej kolekcji umarłych. Dzięki zatrudnianiu ludzi na czarno, stawał się bogatszy, gdyż nie musiał płacić bankowi a kolejnego pracownika.
*** Harry ***
Czy mi jej szkoda? Niezbyt. Czy żałuję swojego zachowania? Nie za bardzo. Czy da sobie sama radę? Musiałby stać się cud! Wymięknie po godzinie, jeżeli w ogóle ruszy się z miejsca. Znając ją, nie wiem co ze sobą zrobić w danej chwili i tylko czeka na jakieś zbawienie, które nie dostanie ani ode mnie ani od nikogo innego.
Kiedy na horyzoncie ukazuje mi się mały motel złączony ze stacją paliw, uśmiecham się kpiąco na samą myśl, że ja jestem już na miejscu, a biedna Dianka musi iść piechotą samotnie przez las. Taaak mi przykro...
Samochód parkuję na tyłach budynku tak, aby w razie jakby ktoś przyjechał tutaj nieodpowiedni, móc szybko i sprawnie stąd odjechać. Wysiadam z auta przy okazji biorąc walizki. Zamykam pojazd i ruszam w stronę drzwi. Przekraczając próg motelu, do moich nozdrzy uderza nieprzyjemny zapach narkotyków. Czuję jak wszystkie moje wnętrzności skręcają się w środku. Nie minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz brałem, ale co mam na to poradzić? Potrzebuję celu w życiu, aby powstrzymać się od tego nałogu. Gdybym chciał, również mogę nie brać, ale ten moment, kiedy jesteś na haju jest nie do opisania. Fakt, ostatnio było inaczej, ale to tylko dlatego, że nie brałem narkotyku z kilka miesięcy? Nie wiem jakim cudem tyle wytrzymałem. A, no i jeszcze mogę dołożyć do tego impuls, który mnie kusił.
Z drugiej strony wystrój też nie jest za ciekawy. Na cały, mały hol jest niewielka lada po lewej stronie z napisem 'Recepcja', a po prawej stronie tuz przy oknie znajdują się dwa brązowe, skórzane fotele, które nie są zadbane i mały, porysowany, szklany stolik. Ciekawie się zapowiada..
Powstrzymując się od sięgnięcia do mojej torby w poszukaniu dawki, poschodzę do lady. Odczekuję kilka minut, a gdy nikt nie raczy przyjść, naciskam na dzwonek, który leży na ladzie. Wydaje z siebie wysoki dźwięk jak na takie przedmioty i dalej czekam. Ponawiam czynność, ale bez skutku. Tym razem co kilka sekund naciskam na dzwonek z głupawym uśmiechem. Taa, to mi się nigdy nie znudzi.
- Ekhm. - moją zabawę przerywa męski głos. Zaprzestaję i spoglądam na danego osobnika. Facet o ciemnej skórze, niby napakowany, a tak naprawdę to kupa tłuszczu. Związał sobie ten tłuszcz tu i ówdzie, żeby nie wyszedł na kozła ofiarnego - W czym mogę pomóc?
- Chciałbym zameldować siebie i partnerkę. Niestety ukochanej nie ma, ponieważ chciała rozprostować nogi po długiej jeździe, więc nie wiem kiedy się zjawi. Do wieczora powinna być. - jeżeli ktoś jej nie porwie, nie zgwałci bądź nie zabije, dopowiadam z myślach.
- Dooobrze.. Na ile dnia zamierzają państwo zostać? - przyglądam mu się z uwagą. Coś mi w nim nie pasuje, ale jeszcze nie wiem co. Niedługo się dowiem.
- Na chwilę obecną to jest nieokreślone. Przyszłość zadecyduje, ile tu będziemy. - odpowiadam tajemniczo. Niech się nagłówkuje trochę, myślenie nie boli.
- Pokój numer szesnaście. - wyrywam klucze z jego dużej dłoni, biorę walizki i idę schodami w górę. Skręcam w prawo i korytarzem zmierzam do właściwego pokoju. Gdy go odnajduję, przekręcam klucz w zamku i szybko wchodzę do środka zamykając się z wielkim hukiem. Walizki rzucam na bok i bezwładnie opadam na dwuosobowe łóżko.
Z kieszeni spodni wyciągam telefon, wybieram numer do Willa i przykładam urządzenie do ucha. Po pięciu sygnałach odbiera.
- Har...
- Nie ma czasu na pogaduchy. Musisz mi pomóc i to bardzo. Nie ma za wiele czasu, rozumiesz? - jako odpowiedź uzyskuję jego cichy śmiech. No masz się z czego śmiać, rzeczywiście.
- Stary, przecież ja zawsze ci pomagam! Kogo mam tym razem namierzyć?
- Nie tym razem, Will. Znajdź mi jakieś miejsce do ukrycia się. Najlepiej gdzieś, gdzie nie ma dużo ludzi.
- To nie wybierasz się do Holmes Chapel? - z jego głosie wyraźnie słychać zdziwienie i radość. No tak, rzadko się widujemy. Dla niego to mógłbym wcale nigdzie nie wyjeżdżać, byleby miał towarzystwo do picia i zaliczania panienek.
- Powiedzmy, że to skomplikowane, okej?
- Po prostu przyznaj się, że chodzi o Dianę.
- Nie, to n..
- Co mi ostatnio mówiłeś jak zamierzałeś ją ocalić?
- Za dużo o mnie wiesz. - stwierdzam nie dodając do tego odpowiedzi, ponieważ obydwoje wiemy jaka ona jest, więc nie widzę sensu, aby mówić to na głos po raz drugi. Tym bardziej, że ledwo co te słowa przeszłyby przez moje gardło. Wolę uniknąć upokorzenia przed samym sobą.
- I vice versa. - panuje chwila ciszy. Zapewne czeka aż ja coś powiem, ale gdy dochodzi do wniosku, że nie zamierzam nic mówić, kontynuuje - Właśnie szukam, szukam i.. O, mam! Mała posiadłość na wzgórzu góry w okolicach Hamburga w Niemczech?
- Tam jestem poszukiwany.
- Wszędzie jesteś poszukiwany. - mamrocze pewnie sam do siebie, ale doskonale go słyszę. Nie komentuję tego, żeby nie czuł się dziwnie, że myślał na głos - Podziemna komnata w stolicy Chorwacji?
- Zbyt duże ryzyko. Tam są jego ludzie. Szybko mnie namierzą. - wypuszcza głośno powietrze z płuc i stuka dalej w klawiaturę sadząc po odgłosach.
- Dobra, to chyba będzie, szlag by to trafił..
- Co jest?
- Lubisz się opalać, nie?
- Do rzeczy.
- Jestem w siedemdziesięciu procentach pewny, że na Baham...
- Zabiłem trzy rodziny, które były na wakacjach, więc mogę powiedzieć, że tam nie będę za mile widziany.
- Czy nie mógłbyś raz odpuścić? - jęczy do słuchawki - Od kiedy tak bardzo przejmujesz się tym, czy ktoś cię złapie czy nie, hm?
- Sprawdź Malediwy.
- Może od razu Atlantyda? - prycha pod nosem, ale po chwili oznajmia - Nikt cię tam nie zna? - nie czekając na moja odpowiedź, mówi dalej - Na kiedy ma być ten lot i skąd?
- Północna Kalifornia, pojutrze. - jeszcze przez chwilę ustalamy godzinę lotu i miejsca w samolocie. Już zamierzam się rozłączyć, ale zatyka mnie, gdy słyszę co mój przyjaciel mówi na sam koniec.
- Jeżeli przedłużasz wyjazd do Holmes Chapel z powodu Diany to przynajmniej spraw, abyście obydwoje byli w końcu szczęśliwi. Za niedługo gwiazdka, przekonaj ja do siebie tak, aby ci zaufała. Powiedz jej prawdę. - i bez żadnego pożegnania się rozłącza. Jeżeli on myśli, że takim gadaniem coś wskóra to się myli i to bardzo. Jednak ani na moment z mojej głowy nie opuszcza mnie to jedno zdanie Powiedz jej prawdę. Jaką prawdę? Nie mam nic do ukrycia! Skoro nie pamięta to trudno, jej problem, nie mój.
Nie wiem w którym momencie moje oczy się zamykają i zapadam w upragniony sen. Powiedz jej prawdę.

- Pomocy! Ratunku! Zostaw mnie! - coraz bardziej staje się zdesperowany, kiedy nie mogę jej znaleźć, a przecież ją słyszę, więc nie muszę być daleko!
- Will, pospiesz się! Ona tu jest! - krzyczę na chłopaka, który próbuje dorównać mi biegu.
- Uspokój się, bo w takim stanie, w którym ty jesteś to jej wcale nie znajdziemy! - szarpie mną dość mocno za rękaw tak, że upadam na trawę - Biegnij za mną, okej? W końcu to moje tereny, więc się nie zgubię i szybko ją namierzymy. - tak jak mówi mój przyjaciel, tak tez robimy. Biegnę za nim trochę nie niecierpliwiąc myśląc, że za wolno się poruszamy. Teraz każda sekunda jest dla mnie ważna. Nie wiem co zrobię, gdy okaże się, że jest za późno.
Po lesie roznosi się pisk Diany i JEGO szyderczy śmiech. Krew w moich żyłach szaleje. Jeżeli on coś jej zrobił...
- Tutaj są! - te dwa słowa sprawiają, że jakaś część mnie się uspokaja. Przeciskam się przez duże krzewy i włosy stają mi dęba. Diana, moja Diana jest przywiązana wokół bioder do pnia drzewa. Ręce jak i nogi ma także związane. Nawet ja nigdy nie miałem takich myśli co do tej dziewczyny. Ten widok jest okropny. Dostrzegam jeszcze, że jest naga, a spomiędzy jej ud spływa krew. Gdy w końcu dochodzi do mnie fakt, co on jej zrobił, rośnie we mnie nieopisany gniew. Dłonie formuję w pięści i już zamierzam ruszyć w jego stronę, aby obić mu mordę, lecz oni znikają. Tak po prostu, bez żadnego śladu. Mrugam kilka razy dla pewności, ale... Nie ma ich. Jest tylko drzewo do którego chwilę temu była przywiązana brunetka.
- Widzisz co straciłeś przez swoją głupotę? Nie chciałeś powiedzieć jej prawdy, nie próbowałeś żyć z nią w zgodzie, co chwila ją poniżałeś, więc masz teraz to, co chciałeś. - mówi Will i po chwili także znika pozostawiając mnie samego w lesie.
Upadam na kolana, a twarz chowam w dłoniach. Wszystko straciłem..

Gwałtownie podnoszę się do siadu. Oczy mam jak pięciozłotówki, ciężko i nieregularnie oddycham, a ręce i nogi się trzęsą. To był tylko sen. Nic nie znaczący zły sen, więc nie mam się niczego obawiać, prawda?


Jeżeli długość rozdziału was nie zadowala, to przepraszam, ponieważ według mnie wydaje się być jeszcze krótki, lecz z drugiej strony nie chciałam przyspieszać akcji. Wolę, abyście pomyśleli co mogłoby być dalej. Z miłą chęcią dowiedziałabym się czego się obawiacie, a co możecie przypuszczać. Kto wie, może w kolejnych postach zaczerpnęłabym waszych pomysłów? ;)
P.S. Tak się zastanawiam czy jest sens dodawać pod każdym rozdziałem zdjęcie bądź gif.. Może wam to się przejadło i uważacie, że przeszkadza?

sobota, 16 lipca 2016

Rozdział 25

*** Harry ***
Nerwowo stukam palcami w kierownicę i co chwila patrzę przez lusterko na poczynania Diany. Czy robi to tak jak trzeba czy coś jak zwykle pieprzy. W sumie, nie wiem dlaczego jej to zaproponowałem. Tak jak wcześniej mówiłem, mogłem sam uciec pozostawiając ją na pastwę losu, bądź w ogóle nie robić tego całego szumu wokół wysadzenia tunelu. Gdyby tak czysto teoretycznie ktoś odkrył zawalony tunel sądząc, że ktoś jest po drugiej stronie, zadzwoniłby na straż pożarną, policję i karetkę, a tylko tego mi jeszcze potrzeba do szczęścia...
Jednak wiem, że nie wiadomo co będzie się dziać, jakaś część mnie nie pozwoli, żeby zostawić ją z tym wszystkim samym. Jestem w stu procentach pewny, że Diana  nie da rady sama w życiu po tym wszystkim co przeszła. W sumie, odkąd pamiętam, to ona nigdy nie dawała sobie rady, nawet po jakiejś głupiej, małej błahostce sięgała po żyletkę i okaleczała sobie nadgarstki. To jest chore i głupie. W sumie, sam nie jestem lepszy spożywając narkotyki, które jeszcze mi zostały, ale mam takie odchyły jeszcze po odwyku. Niby miało mi to pomóc, a tylko pogorszyło sprawę. Poszedłem na odwyk z przymusu. Szef, który był zarazem dla mnie jak ojciec, chociaż nie starał się go zastępować, pomimo że był surowy i wymagający w wielu sprawach, to był wobec mnie nad wyraz opiekuńczy. Zawsze martwił się o mnie, gdy jechałem sam na dłuższą trasę, gdy miałem się bić o tej godzinie z tym bądź tamtym, ale najbardziej martwił się moim stanem, gdy spożywałem nieograniczone ilości alkoholu bądź, gdy byłem pod wpływem narkotyków. Na początku mało go to obchodziło, ale, gdy zauważył, że sobie z tym nie radzę, kazał mi iść na odwyk, bo inaczej stracę wszystko. Swój wysoki poziom społeczny, kasę, reputację, swój gang, a nawet i przyszywanego ojca. Zawsze wiedział jak mnie podejść, żebym wybrał właściwą decyzję. Mówiłem mu wiele razy, że ten odwyk nic nie zmieni, a jedynie pogorszy mój stan, ale wolałem już zaryzykować swoją psychiką i życiem, żeby mieć to wszystko, na co tak pracowałem odkąd skończyłem piętnaście lat. Opowiadano mi, że dzień przed moim wstąpieniem do gangu - miałem wtedy osiemnaście lat - zmarł szef mojego szefa. Mój szef widząc przez trzy lata moją ciężką pracę i jak bardzo mi zależy na tym, oddał mi swój gang w ten sposób zostając przywódcą. Nie robiło to na nim zbyt wielkiej różnicy, ponieważ ma jeszcze kilka asów w rękawie, więc oddanie jednego z kilku gangów nie było dla niego trudną decyzją. Ogółem w tamtym czasie było wszystko pomieszane, że głowa wysiadała. Chociaż jedyne co mnie do teraz dziwi to fakt, skąd ma tyle tych gangów? Czy tych samych? Albo jest zdrajcą i każdy inny gang jest naszego wroga? Nie, raczej nie. Mogę mu zarzucić wiele, że jest zboczeńcem, mordercą, gwałcicielem, pedofilem, ale nie zdrajcą. Prędzej u mnie to miano byłoby trafne - ja jestem zdrajcą. Było wiele sytuacji, w których sprzeciwiałem się ojczymowi i niestety obrywało mi się to i nie raz. Miał nade mną kontrolę, więc mógł mną pomiatać, dopóki nie odważyłem się mu postawić. To chyba zawsze będzie dla mnie niewyjaśnioną zagadką - jego zachowanie. A tamten jednorazowy incydent z narkotykiem... Niepotrzebnie Diana się wtrącała. Sam dałbym sobie radę. Tez mnie zadziwia fakt, jakim cudem ta bezsilna dziewczyna dała radę wywarzyć drzwi? Może aż tak słaba nie jest? Kogo ty oszukujesz, oczywiście, że jest! Ale pomimo że go tu po części chwalę, był bezuczuciowym dupkiem przez większość czasu. Po jego śmierci, mógłbym mieć wszystko to, co on ma teraz pod warunkiem, że będę robił jak mi zagra. Cóż, raczej to już nie jest ważna umowa. Teraz nasze stosunki nie będą należały do tych miłych. Już odkąd skończyłem siedemnaście lat i zabiłem jego dłużnika, nasze relacje się pogorszyły. Ale tak jak mówię, były momenty i te dobre.
Niestety moje dalsze myśli przerywa głośny wrzask Diany. A tak fajnie było sobie powspominać te lepsze i gorsze momenty.
Wychodzę z auta w celu nawrzeszczenia na nią, ale gdy widzę to, co mam przed oczami, nie dość, że włosy stają mi dęba, to czuję też dziwny paraliż i ukłucie gdzieś tam w żołądku. A dopiero co mówiłem, że sama sobie nie da rady!
Przede mną są wielkie płomienie ognia. Co jakiś czas mogę dostrzec wymachujące w górze ręce. Bo ja nie wiem gdzie ona jest...
- ...agam! Pomóż mi! - szczerze? Nie wiem co robić. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji, w której muszę komuś ocalić życie. Nie muszę jej ratować, ale mam do niej jakiś sentyment, który nie pozwala mi jej zostawić nawet jak coś ma mi się stać.
-  Spokojnie! Wszystko jest pod kontrolą! Zaraz cię stamtąd wydostanę! - mentalnie daje sobie w twarz. Przecież to najbardziej idiotyczne zdania jakie człowiek może wypowiedzieć w takiej sytuacji! Brawo, Styles, jesteś geniuszem. Geniuszem idiotów.
- Kpisz sobie ze mnie?! Uratuj mnie do cholery! - moje oczy robią się jak pięciozłotówki. Już wcześniej to zauważyłem, ale teraz to sobie uświadamiam - Diana pod wpływem emocji jest odważna i szczera. Może jest jakiś cień szansy, żeby ją naprawić?
Z bagażnika wyciągam średnią gaśnicę samochodową, odblokowuję ją i kierując w stronę ognia, odpalam ją. Są nikłe szanse, żeby pożar ustał, ale zawsze coś, prawda?
- Słuchaj mnie teraz uważnie! - zaczynam pospiesznie czując jak gaśnica staje się coraz to lżejsza - Musisz szybko przeskoczyć fragment ognia, który próbuję gasić, rozu...
- Nie ma mowy! Nie zrobię tego! - przestaję używać gaśnicy, gdy dostrzegam jak brunetka oddala się od ognia, odwraca się do mnie plecami i biegnie w drugą stronę. Momentalnie zalewa mnie krew i złość. Cofam się do tyłu. Gdy moje plecy dotykają samochodu, biorę rozpęd i skaczę jak najwyżej tym samym znajdując się na drugiej stronie tunelu. Nie ma zbytnio czasu, więc biegnę przed siebie. Jak na kogoś takiego, szybko biega, chociaż nie takie osoby już goniłem. Były gorsze. Zdarzało się, że byłem zmuszony biegać za uciekinierami nawet dwie godziny, ale nie mam im tego za złe. Teraz moja kondycja jest bardzo dobra, więc złapanie Diany zajmuje mi dosłownie kilka sekund. Chwytam ją mocno w pasie i obracam do siebie. Gdy zauważam jej zapłakane i wystraszone oczy, złość od razu mnie opuszcza.
- Pomyliłaś kierunki, skarbie. - unoszę ją do góry i zarzucam na swoje barki tak, że nogami zwisa z przodu mojego brzucha, a jej głowa wraz z rękami opierają się o moje plecy i dalej kontynuuje - Teraz się mnie trzymaj jak najmocniej, bo będziemy skakać. - oczywiście, gdy orientuje się, że będziemy skakać przez ogień, ponownie wpada w panikę. Już zamierzam iść, gdy...
- Tam są! Brać ich! - słyszę głosy za mną. Nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że są to ochroniarze mojego szefa. A może mam mówić, że byłego szefa? Wątpię, żeby po takim czymś znowu z nim normalnie współpracować. Biorę głęboki wdech i wydech i ruszam w stronę samochodu. Nie zastanawiając się po raz enty nad tym co robię, rzucam brunetkę na drugą stronę, a sam zatrzymuję się tuż przed skokiem. Odwracam się na pięcie i czekam, aż Olivier, Ivan i Peter przybliżą się do mnie.
Pierwszy wystartował Peter, który nie przemyślał chyba swojego ruchu. Wystarczyło, abym posunął się w lewo, a już jeden z nich pali się w ogniu koszmarnie błagając o pomoc, której z mojej strony nie dostanie. Drugi chwyta mnie mocno za kark. Gdy widzę, że i Ivan zamierza dołączyć do naszej zabawy, unoszę jedna ugiętą nogę do góry i wyprostowuję ją trafiając w krocze napastnika. Upada na kolana trzymając się za obolałe miejsce. Gwałtownie spycham Oliviera na ścianę za nami, dzięki czemu uścisk na karku nieco się rozluźnił. Łokciami staram się trafiać w jego żebra. Za chwilę zaś podkładam mu nogę i wywracam na podłogę. Kopię go parę razy w brzuch zanim nie zostaje od niego odciągnięty. Chwytam którąś rękę Ivana i wykręcam do tyłu. Oprócz jego jęków bólu mogę usłyszeć także chrup w jego ręce. Usatysfakcjonowany rzucam nim na ziemię. Niestety nie dane mi jest podziwiać ten widok. Coś bardzo mocno uderza w tył mojej głowy przez chwilę mnie otumaniając. Po chwili czuję jak upadam na podłogę, a Olivier siada na mnie okrakiem i okłada pięściami moją twarz. Z każdym kolejnym ciosem słabnę, ale się nie poddaję. Jakoś udaje mi się złapać go za nadgarstki i przewrócić nas tak, że teraz to ja teraz siedzę na nim.
- Nadal jesteś taki chojrak jak przed chwilą? - mówię obijając jego twarz. Co kolejne uderzenie, wpadam w jakiś trans. Każde następne spotkania moich pięści z jego twarzą sprawiają, że zaczyna lecieć krew nie tylko moja, ale i Oliviera.
Na chwilę przestaję i ciężko oddychając wstaję. Patrzę na jego zmasakrowane ciało. Leży w wielkiej kałuży krwi i jestem pewny, że większość kości jest połamana. Co do jego twarzy, no cóż, za wiele nie muszę mówić. Nie widzę jego oczu, ponieważ są całe przepełnione czerwoną cieczą, widać jak na dłoni, że jego nos jest porządnie wykrzywiony w prawo, a usta... Jest w nich dużo krwi, więc zakładam, że za niedługo się udusi.
Kątem oka dostrzegam jak Ivan usiłuje wstać. To on jeszcze żyje? Niby nie dostał tak jak Olivier, ani nie został spalony w ogniu jak Peter, chociaż żałuję, że nie dane było mi patrzeć jak cierpi. Zanim zdążam zrobić krok w jego stronę, słyszę pisk opon, a już po sekundzie przed moimi oczami ukazuje się mój samochód, a za kierownicą siedzi wręcz zdesperowana Diana. Biedactwo nie ma pojęcia, że właśnie przejechała człowieka robiąc z siebie mordercę. Ale nie powiem, jestem w szoku i to ogromnym. Jest w tobie nadzieja, skarbie...
Z uśmiechem na twarzy pospiesznie wsiadam do pojazdu. Nawet nie zamknąłem prawidłowo drzwi od strony pasażera, a już przejeżdżamy w ogniu, by w końcu wyjechać z tunelu. W tym samym momencie, w którym opuszczamy podziemia, za nami wybucha reszta tunelu. Nie powiem, serce szybciej bije.
- Jestem z cie... - nie dokańczam, ponieważ auto gwałtownie skręca w lewo za duże skały i z taką samą siłą hamuje przez co mogę poczuć jak tył pojazdu unosi się lekko do góry i opada. W normalnych okolicznościach wściekłbym się do granic niemożliwości widząc jak traktuje MÓJ samochód, ale z drugiej strony Diana nawet nie jest teraz niczego świadoma. Wystarczy, że kiwnę palcem, a zrobi to, o co ją poproszę.
Myśli przerywa mi głośny huk zamykanych drzwi. Wkurzona dziewczyna obchodzi samochód, otwiera drzwi z mojej strony i usiłuje mnie wyciągnąć. Gdybym sam się nie podniósł, w ogóle bym się nie ruszył z miejsca. Zanim dociera do mnie co się dzieje, czuję jak policzek zaczyna mnie piec. Po chwili i drugi.
- Czy ty mnie uderzyłaś?! Jak ja ci zaraz oddam to..
- Zamknij się wreszcie! - krzyczy na tyle głośno, że aż usta formuję w wąską linię i czekam na ciąg dalszy - Dosyć! Przez ciebie o mało co nie zginęłam! Rozumiesz to? Raczej nie, bo ty byś jakoś wybrnął, ale ja nie, bo moje życie to jeden wielki pech! Ja wiem, że jestem psychiczna i mam za sobą kilka, a raczej kilkadziesiąt nieudanych prób samobójczych, ale to tylko dlatego, że sram w gacie jak tylko pomyślę o śmierci! A dzisiaj ewidentnie byłam o ty... - wywracam oczami dalej już jej nie słuchając. Chwytam ją za ramiona, przybliżam nasze twarze tak, że dzielą nas milimetry i wręcz wpycham swój język do jej ust. Muszą być jakieś sposoby, żeby była cicho, nie?
Podczas tej 'namiętnej' wymiany śliny, odwracam nas tak, aby Diana była tyłem do drzwi. Gdy mam pewność, że znowu będzie tą cichą i zawstydzoną dziewczyną jaką znam, wpycham ją na miejsce pasażera obok kierowcy. Nie zwracam najmniejszej uwagi na to, czy gdzieś się uderzy czy nie. Wsiadam na miejsce kierowcy, odpalam silnik i ruszam jak najdalej stąd. Teraz trzeba skupić się na tym pościgu, który się zaczął...
*** Diana ***
- J-jaa... J...
- Nic nie mów. Siedź cicho. Możesz jedynie oddychać i mrugać oczami, nic więcej. - jego surowy głos przyprawia mnie o dreszcze. Nawet zielonego pojęcia nie mam, czemu chcę się tłumaczyć i to jeszcze przed nim. Nawet przed sobą nie potrafię się wytłumaczyć z mojego zachowania. Kompletnie nie wiem, co mną jeszcze chwilę temu kierowało. Byłam - i nadal jestem - zła za to, że tak perfidnie wepchnął mnie w ogień! Poza tym, nie rozumiem po co było to wszystko! Żebym spaliła się żywcem, a on miałby z tego wielką satysfakcję? Mógł jechać dalej, a nie wymyślać pod pretekstem, że 'nie wolno zostawiać po sobie śladów'. Jakich śladów? I tak wyszłoby na to samo z czy bez próby zniszczenia tunelu. Będę miała koszmary i to wielkie. Jaki człowiek chciałby na własne oczy zobaczyć śmierć trzech osób z czego jeden pali się żywcem? Za dużo emocji i wrażeń jak na tak krótki czas..
Przez ten cały natłok myśli i wydarzeń, które mają co chwila miejsce, nawet nie wiem która dzisiaj godzina, który dzień, miesiąc. Nie wiem, gdzie jedziemy. Niby mówił wcześniej, że do motelu czy hotelu czy czegoś tam innego, ale teraz, gdy ktoś usiłuje nas schwytać, wszystkie dotychczasowe plany ulegają zmianie, ale czy na lepsze? Tak wiele pytań, zero odpowiedzi i pewności, że są poprawne. To się dzieje za szybko, zdecydowanie za szybko.
Biję się z samą sobą, żeby coś powiedzieć. Żeby przynajmniej znać dzisiejszą datę, ale jak zacząć? Kazał mi tylko oddychać i mrugać. Gdyby tylko mnie nie pocałował to... Aż wciągam gwałtownie powietrze do płuc na myśl, że on to zrobił po raz kolejny. Ale, za bardzo tego momentu nie mogę sobie przypomnieć. Chyba byłam zbyt przejęta tą sytuacją, że nie docierało do mnie nic innego. Gdyby mnie gwa... Nie! Nawet tak nie myśl! Przecież tego chcesz... Nie, ja tego nie chcę. To tylko moja wyobraźnia chce mnie sprowokować. Tym razem postaram się nie poddać. Jednak z drugiej strony, mogę sobie wyobrazić ten pocałunek. Odkąd mnie pierwszy raz pocałował u niego w piwnicy w celu zaspokojenia mnie, że nie przechowuje żadnych martwych ciał, jakoś nie mogę przestać myśleć o jego ustach. Jakaś część mnie chce być wiecznie całowana przez niego, natomiast druga ja broni się jak może, żeby do kolejnego razu nie doszło. Doprawdy, nie wiem czemu tak się ze mną dzieje. Akurat bycie w związku z mordercą i gwałcicielem to chyba ostatnia rzecz na mojej czarnej liście, której tak naprawdę nie ma i nie będzie.
Boże, o czym ja myślę?! O związku z tym psychopatą? Raczej podziękuję, wolę być starą panną z kotami, chociaż zakładam, że i koty ode mnie uciekną. Zostanę tylko ja wraz z moją wyobraźnią. Albo lepiej będzie, gdy w końcu się przełamię i odbiorę sobie moje nic nieznaczące życie.
- H-H-Ha...Har...
- Dla ciebie pan Harold, smarkulo. - aż spoglądam na jego twarz. Wcześniej jakoś mu to nie przeszkadzało, o ile zwracałam się do niego po imieniu.
- Co ddzisiajj jest za dzi...
- Piętnasty grudzień. - ledwo co kończę pytanie, a on wie, co odpowiedzieć. Może nie jest człowiekiem, a robotem? Półczłowiekiem , a pół maszyną? Zaraz moje teorie będą nie z tego świata, jeżeli nie przestanę.
Stop! Czy on powiedział grudzień? I do tego piętnasty? Czyli że półtora miesiąca trwa ta cała szopka? Od półtora miesiąca nie mam już nikogo? Ani mamy, ani taty, nawet o Niallu nie zapomniałam, chociaż nie mam z nim kontaktu. Wiecznie się zastanawiam co u niego słychać, czy mnie jeszcze pamięta, czy się martwi o mnie, że nie daję żadnych oznak życia. Tak bardzo chciałabym tylko usłyszeć przez moment jego cudowny, melodyjny głos. Ugh, nie wiem czemu robię sobie nadzieję, że go kiedykolwiek jeszcze zobaczę. Kto wie, co przyniosą kolejne dni?
W ostatnim momencie się powstrzymuję od podskoczenia na siedzeniu, gdy uświadamiam sobie, że za dziewięć dni są święta! Pamiętam jak pierwsze płatki śniegu zaczęły sypać w Holmes Chapel, ale to było tam, w Wielkiej Brytanii. Teraz jestem w Stanach Zjednoczonych, w Los Angeles, gdzie śnieg to rzadkość. I jak ja je spędzę? W hotelu? Albo jeszcze lepiej - w samochodzie i to z nim? Święta powinno spędzać się w ciepłym domku z rodziną przy choince, a nie w samochodzie z gwałcicielem-mordercą na którego jestem zdana. Może się okazać, że akurat w wigilię  stanie się jakiś cud i będę wolna, bądź stanie się coś złego, ale co, wolę nie myśleć. Lepiej żyć w nieświadomości.
- Słuchaj uważnie, plan jest teraz taki. - przerywa ciszę w aucie przez sekundę spoglądając na mnie i kontynuuje - Chyba zdążyłaś już zauważyć, że szef nie daje za wygraną, prawda? Musimy być teraz ostrożni, nie wiadomo gdzie obecnie się znajduje. Za wszelką cenę będzie próbował cię zdobyć, więc będzie zdolny zrobić wszystko. Niestety jest taki jeden, malutki problem, ale trzeba działać najszybciej, bo inaczej przegramy, rozumiesz? Przegramy tą wojnę, a wiem, że ani ja nie chcę tego i ani ty. - na słowa, że jest jakiś problem, sztywnieję. O co chodzi? Odda mnie jego szefowi, żeby przeżył i miał spokój już na zawsze, podczas gdy ja będę torturowana? Chyba nie chcę wiedzieć, co ma mi do powiedzenia.
- Co, co to z..
- Otóż, nie wiadomo jak szef wygląda. - mrugam kilkakrotnie oczami. Czy ja dobrze usłyszałam, czy też ze słuchem coś mi się dzieje? jak to nie wiadomo jak wygląda? Przecież go widziałam! Nie potrafię wymazać z pamięci jego okrutnej twarzy, więc jestem pewna, że go rozpoznam w tłumie.
- Al.-le prze..
- Źle mnie zrozumiałaś. - przerywa mi po raz drugi - On wcale taki głupi nie jest. Może wydawać się to niedorzeczne, ale nie wiadomo też jak się nazywa. Może i spędziłem z nim kilka lat, ale nie wiele mówił o sobie. Zazwyczaj każdy mówił do niego po prostu 'szefie' i na tym się kończyło. Co jeszcze, co je.. A, tak.. Ma dwa charaktery - czasami jest dobry dla mnie, ale dla swojej rodziny potrafi zabić nawet i mnie. Zły staje się, gdy nie ma jego żony i dzieci przy nim, wtedy wyżywa się na innych. Żeby policja go nie rozpoznała, zawsze, gdy przychodzi co do czego, zakłada jakąś specjalną maskę dzięki której nie widać jego prawdziwej twarzy. Potrafi się nieźle kamuflować.
- Jjak to? Czyli, że...?
- Czyli, że to. Nie mamy na to wpływu. Jedyne co możemy robić to uważać i nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Dlatego też pierwsze co zrobimy to zmienimy swój wygląd przynajmniej w minimalny sposób.
- Więc, jedziemy ddo sklepu?
- Jeżeli jakiś się trafi po drodze, w co wątpię. Musimy także wyrzucić swoje telefony, żeby jego ludzie nas nie wychwycili. - na tym kończy się nasza rozmowa. Odwracam głowę w stronę okna i obserwuję mijające drzewa i krzaki. Gdzieniegdzie można zauważyć duże skały.
Nie wiem ile mija czasu odkąd jedziemy tym lasem. Niby widzę różne gatunki drzew i krzaków, a wyglądają prawie identycznie. Jedne są iglaste, drugie liściaste, niektóre są szerokie i wysokie, inne chude i niskie. Jedyne czego mogę być pewna to to, że mam potrzebę pójścia w krzaki. Boje się spytać, czy mógłby zatrzymać auto na chwilę. Jest tutaj haczyk. Może odjechać, gdy ja będę załatwiała swoją potrzebę i zostawi mnie tutaj samą. Dziwię się, że jeszcze mnie nie wyrzucił na zbity pysk.
- Jeżeli chcesz się załatwić, to się zatrzymam. Ja za ten czas wyszukam na GPS jakiś najbliższy sklep i hotel. Korzystaj z mojej ulgi póki możesz. Gdy wszystko się unormuje, wszystko wróci do normy. Jak na razie ma zbyt dużo do obmyślania, więc nie mam czasu się z tobą droczyć i cię męczyć. - mówiąc to skręca w prawo w jakąś małą dróżkę, a po chwili się zatrzymuje. No nic, jak odjedzie to zjedzą mnie dziki. Będę miała pewność, że komuś się przydałam, chociażby do jedzenia.
Wychodzimy z auta równocześnie i zamykamy za sobą drzwi w tym samym czasie.
- Raczej nikogo tu nie ma. Możesz iść. - dla pewności i ja rozglądam się po okolicy. To, że jest dla mnie miły 'jak na razie' nie zmienia faktu, że mu ufam. Dla mnie i tak to wszystko było ustalone wcześniej. Oni chcą się mną zabawić, a później pójdę w szpony tego bydlaka. Przecież nikomu na mnie nie zależy, więc czemu mam się łudzić, że od tak nagle Harry stanie się moim najlepszym kumplem, a w przyszłości pomimo wzlotów i upadków będziemy szczęśliwym małżeństwem, a naszym dzieciom i wnukom będziemy opowiadać co przeszliśmy za młodu. Piękne marzenia, Diana!
Przez moją chwilową zadumę zdążam się załatwić. Gdy kończę zapinać rozporek, czuję jak czyjeś ręce szybko oplatają mnie wokół talii i ciągną do tyłu. Przerażona zaczynam się szarpać, usiłuję też kopnąć napastnika w cokolwiek, ale nie umiem wycelować. Po chwili, gdy orientuję się, że to nic nie daje, najgłośniej jak potrafię, krzyczę. Wołam o pomoc Harry'ego. Już nawet sam fakt, że wypowiedzenie jego imienia mnie przeraża, tak teraz 'Harry' ulatuje z moich ust bardzo gładko. Niestety moja druga próba także okazuje się być nieskuteczna. Nieznajomy zatyka mi usta swoją dużą dłonią. Mogę wyczuć, że na jednym z palców ma pierścień. Czemu ja zwracam uwagę na takie coś, podczas gdy ktoś usiłuje mnie porwać? Zgwałcić? Zabić? Zgwałcić i zabić?
- Ciii, spokojnie. Jesteś bezpieczna, to tylko ja. - ohh.....


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaką miałam radość, gdy czytałam wasze komentarze nie tylko pod poprzednim rozdziałem, ale i na całym blogu! Normalnie aż chciało mi się pisać i pisać i pisać i tak bez końca! Ale niestety uznałam, że na czymś trzeba skończyć no i tak jakoś wypadło na tym momencie. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie za tą końcówkę. :D
Zanim przejdę do omawiania postu, chciałam wam powiedzieć, że przeglądałam i czytałam niektóre fragmenty tego bloga od początku i aż się załamywałam, gdy widziałam jak pisałam wcześniej, a jak piszę teraz. Oczywiście wiem, że moje pisanie nie należy do perfekcji, bo są lepsi niż ja, ale tak czy owak ja jestem z siebie dumna, bo widzę, że się poprawiłam i nadal poprawiam. Płakać mi się chciało jak widziałam długość tych rozdziałów. Na Harry'ego! Dlaczego ja was tak wtedy karałam?! Muszę to nadrobić kolejnymi rozdziałami i starać się pisać je dłuższe. Zastanawiałam się też, czy nie zrobić jakiegoś 'remontu' na tym blogu. Głównie chodzi mi o poprawianie tych pierwszych rozdziałów, ale nie jestem co do tego pewna, bo gdybym je zmieniła, to - według mnie - to opowiadanie nie byłoby już takie inne. No bo chyba się ze mną zgodzicie, że widać moje postępy w pisaniu? :D
Co sądzicie o całej tej akcji, która teraz się dzieje? Jak na Harry'ego, dużo powiedział Dianie, nie uważacie? Co sądzicie o jego szefie? Próbowałam jakoś go sprostować, bo w rozdziale 19, albo 17 wspominałam o nim i chciałam jakoś wam nie mieszać pisząc coś zupełnie innego niż było wcześniej i mam nadzieję, że mi jakoś wyszło.. A jak myślicie, kto tam napada biedną Dianę?
Dziękuję wszystkim tym, którzy mnie cały czas wpierają! ❤
Oraz dziękuję i podziwiam tych, co przebrnęli przez notatkę ode mnie :D

wtorek, 28 czerwca 2016

Rozdział 24

Mija kilka dni 'ciszy' między mną, a nim. Nie mam odwagi do niego cokolwiek powiedzieć, nawet nie chcę na niego patrzeć. Dlatego też, jak jest w kuchni czy salonie, przechodzę jak najszybciej do innego pomieszczenia, aby nie kompromitować się jeszcze bardziej. Przez dwie, bądź trzy noce miałam koszmary. Raz śniłam o rodzicach, innym razem miewałam przebłyski tego jakże feralnego dnia, w którym byłam torturowana przez jakiegoś oblecha, a zarazem uratowana przez Stylesa. Jeszcze po raz enty miałam ten sam sen o dzieciach i ich matkach. To już staje się uciążliwe. Najgorsze było to, że w środku nocy budziłam się z krzykiem przez co budziłam jego. W tempie bardzo szybkim zjawiał się u mnie i próbował mnie uspokoić, chociaż nie potrzebowałam takiej troski. Jestem kobietą samowystarczalną, więc nie potrzebuję żadnej opieki. Jedyne co mnie zastanawia to to, czemu tak nagle Harry zmienił swoje zachowanie co do mojej osoby? Czyżby coś w nim pękło? Mam nadzieję, że to nie jest cisza przed burzą, albo jeszcze przed czymś gorszym...
Od jakiegoś czasu myślami znajduję się w przeszłości zastanawiając się, czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze Holmes Chapel tak jak to on mówił, że będę bezpieczna. Co on w ogóle zamierza teraz zrobić? Jak na razie to od 2 tygodni że tak powiem - gnijemy w Los Angeles i co? Nic. Zero. Kompletna pustka jeśli chodzi o ten temat. Chyba jestem zmuszona coś z tym zrobić, nie chcę siedzieć tu całą wieczność. 
Z chwilową odwagą, wychodzę z pokoju i kieruję się do jego sypialni. Nawet nie staram się o to, aby zapukać. Po prostu wchodzę otwierając gwałtownie drzwi. Leży na swoim dużym łóżku z laptopem na kolanach. Spogląda na mnie. Unosi prawą brew do góry dziwiąc się moją nagłą odwagą. Nie tylko on jeden...
- Coś chciałaś? - pyta po chwili ciszy wpatrując się w ekran laptopa. 
- Ja, ja... Znaczy ty.. Znaczy, ugh! 
- Spokojnie. - śmieje się cicho - Zamknij drzwi i chodź tutaj. - klepie ręką miejsce obok siebie po lewej stronie łóżka. Niepewnie zamykam za sobą drzwi i podchodzę do niego. Gestem ręki pokazuje mi, abym zajęła wyznaczone miejsce. Gdy tylko siadam na złotawej pościeli, czuję jak materac ugina się pod moim ciężarem. Czemu? Przecież nic takiego nie jadłam dzisiaj! Ani wczoraj, ani przedwczoraj..
Tępo patrzę na szafkę nocną. Od razu przypomina mi się akcja sprzed kilku dni, gdzie prawdopodobnie miałam do czynienia z narkotykami. Potrząsam lekko głową chcąc, aby te niemiłe wspomnienie szybko opuściło moją głowę. 
- O czym chcesz porozmawiać? - zaczyna. Zamyka laptopa i odkłada go na podłogę obok łóżka. Po chwili jego zielone tęczówki wpatrują się we mnie. 
- Bo mówiłeś, że... - wypuszczam głośno powietrze z płuc. Gdzie jest ta odwaga co jeszcze chwilę temu we mnie była? 
- Że co ja mówiłem? Powiedz to w końcu. - opuszkiem palca dotyka mojego ramienia, przez co wzdrygam się.
- Mówiłeś, że jak jja odpocznę, to.. T-to zawieziesz mnie do, do Holmes Chapel. 
- Faktycznie było coś takiego. - wzdycha drapiąc się teatralne po brodzie. - Ale pytanie, czy odpoczęłaś? 
- Tak.
- Nie sądzę. Spójrz na to z innej strony. Czy potrafiłabyś żyć w samotności wiedząc, że nie masz już nikogo? Ani rodziny, ani przyjaciół. Że zostałaś sama jak ostatnie zwierzę na pustyni? Czy umiałabyś żyć wiedząc, że każdego dnia ktoś może cię porwać i wykorzystać seksualnie jak najgorszą dziwkę, a potem bez żadnych uczuć cię zabić? Potrafiłabyś czy nie? Bo ja w to watpię. - patrzę na niego w wielkim osłupieniu. Jak to ktoś ma mnie zabić? Co on sugeruje? Ja.. Mam się bać? Raczej tak. 
- J-jak to zabić? Kkto?
- Czy ty naprawdę myślisz, że to koniec tego całego chaosu? Że wszystko jest już uporządkowane i nic nikomu nie grozi? 
- Przecież zabił-łeś go, prawda? - jąkam się.
- Czy ty na serio myślisz, że to takie proste?! Faktycznie, czasami na zabicie człowieka potrzebuję minimum trzech minut, maks pięć, ale to w sytuacjach, gdzie ktoś nie dotrzymał słowa i zawinił nie robiąc tego, co im kazałem. Poza tym, nie mogłem go zabić.. Możesz wyjść. 
- Allle, przecież to twój szef, t-tak? Więc to ty mogłeś zaw.. Zawinić. To on mógł cię... Cię... Zab-bić.
- Ale nie zawiniłem i się ciesz, że zdążyłem cię uratować. 
- Dlaczego mnie uratowałeś? - mówię szybko i na jednym wdechu.
- Nieważne. - zbywa mnie i wstaje z łóżka nerwowo chodząc po pokoju. Sprawia wrażenie kogoś zamyślonego. Co jakiś czas zerka na mnie i potrząsa przecząco głowa - Słuchaj, na razie nie mam żadnych planów i powodów, aby wylatywać stąd. Nie wiadomo gdzie on jest, czy nie kazał komuś nas obserwować, dlatego też od teraz, od tego momentu, gdy skończę mówić, bez żadnego marudzenia idziesz się pakować. Masz wziąć tylko jedną torbę z najbardziej potrzebującymi rzeczami. Od teraz każda sekunda naszego życia musi być doskonale przemyślana. Więc ruszaj się! Za godzinę widzę cię na dole z rzeczami, no już! - wygania mnie za drzwi i nimi trzaska, aż podskakuję. 
Mamy iść w inne miejsce? Gdzie on chce mnie zabrać, wywieźć? W bezpieczne miejsce? Albo może to kolejna jego pułapka i, gdy tylko w nią uwierzę, okaże się, że każde jego słowo było idealnie zaplanowane, a na miejscu będzie czekać reszta jego otoczenia. Próbuję nie dopuszczać okropnych myśli, co by było gdyby to wszystko okazało się prawdą. 
Przecieram twarz dłońmi i udaję się do swojej oazy, którą będę zmuszona zaraz opuścić. Zamykam za sobą delikatnie drzwi. Z dużej, białej, rozsuwanej szafy wyciągam jedną z tych większych walizek na kółkach i kładę ją na łóżku. Przez chwilę zastanawiam się, jakie mam wziąć ubrania. Przecież nie powiedział gdzie jedziemy, idziemy. A może on sam nie wie gdzie chce nas zabrać?
Najpierw do środka pakuję cztery pary rurek, dwie bluzy, dziesięć koszulek, potrzebną bieliznę wraz ze skarpetkami i inne tego typu rzeczy do noszenia, które z pewnością mi się przydadzą. Staram się brać jak najmniej, chociaż to trudne, ponieważ nie wiem jaka będzie tam pogoda. Czy będzie ciepło czy zimno, słonecznie czy pochmurnie. Następnymi rzeczami jakie biorę ze sobą to kosmetyki, szampony, szczoteczkę do zębów i włosów. Sama się sobie dziwię, że tyle rzeczy zmieściło się do nie za dużej walizki, która ma jeszcze trochę miejsca. 
Myśląc, że najpotrzebniejsze rzeczy mam spakowane, opadam na łóżko ponownie przecierając twarz dłońmi. Ostatnio jestem zbyt uległa, za dużo myślę, za dużo się dzieje i do tego mój własny umysł nie daje mi spokoju. Za każdym razem mam albo dziwne sny, albo przewidzenia, przez które nie funkcjonuję normalnie. Ty nigdy nie funkcjonowałaś normalnie. I o tym właśnie mówię! Czuję się wtedy, jakbym miała jeszcze jeden mózg w swoim ciele poza mną. Tak jakbym miała dwa charaktery, ale ten drugi jest potężniejszy i ten pierwszy nie daje sobie z nim rady, bo jest za słaby, aby walczyć. Nigdy nikomu nie mówiłam o tym problemie, bo pomyśleliby, że już całkowicie postradałam zmysły i wysłaliby mnie na oddział zamknięty, ale mam już tak odkąd skończyłam pięć, może sześć lat. Od tamtej chwili byłam zmuszona stać się dojrzalsza. Musiałam bardziej skupiać uwagę na wszystko co mnie otaczało, na ludzi czy im ufać czy nie. Z zamyśleń wyrywa mnie jego donośny głos:
- Gotowa?! To złaź na dół! Szybko, szybko! Nie mam czasu! - mruczę sama do siebie i niechętnie wstaję z łóżka. Biorę walizkę w ręce i ciągnę ją za sobą. U progu drzwi ostatni raz spoglądam na miejsce, do którego w jakimś stopniu się przyzwyczaiłam. Wzdycham ostatni raz i zamykam drzwi. Schodzę z walizką na dół, gdzie czeka na mnie Styles. W jednej ręce trzyma klucze i telefon, a w drugiej taką samą walizkę jaką mam ja. Bez słowa idzie przed dom. Podążam za nim. Bierze ode mnie walizkę i układa ją w dużym bagażniku srebrnego audi a4. Niepewnie się rozgląda, aby po chwili powiedzieć mi, żebym wsiadła na miejsce pasażera, zaraz obok kierowcy. Spełniam jego prośbę i po chwili znajduję się na wyznaczonym przez niego miejscu. Czekam na niego. Przez lusterko dostrzegam, że zamiast otworzyć bramę, on ją zamyka na wszystkie spusty, po czym podchodzi do garażu, otwiera go i jakimś pilotem sprawia, że podłoga się zniża robiąc wjazd do jakiegoś półciemnego tunelu. Przysięgam, że moje oczy gdyby mogły, wyskoczyłyby ze zdziwienia. Brunet wchodzi do auta, odpala silnik i szybko wjeżdża do podziemia jadąc dalej. Ponownie coś wciska na pilocie. Odwracam się do tyłu i zauważam, że podłoga unosi się ku górze. 
- Har... - gestem ręki pokazuje mi, abym nie kończyła. W ciszy siedzę przez kilka sekund. Nagle auto spowalnia, a po chwili się zatrzymuje. Spoglądam na kierowcę chcąc wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Także zerka na mnie.
- Pewnie chcesz wyjaśnień. - robi krótką przerwę na zastanowienie się co dalej mówić - Jeszcze dwadzieścia minut temu miałem pewność, że jednak dotrzemy do Holmes Chapel bez problemu, ale jak to w życiu bywa, potrafi ono zaskakiwać. Wspominałem ci wcześniej o szpiegach, którzy mogliby cię cały czas obserwować, gdybyś została sama, prawda? Kilku z nich niestety namierzyło mój telefon, który musiałem zniszczyć. Gdybym miał go przy sobie, bez problemu by nas znaleźli. 
- A, a skąd t-to wiesz? - myślałam, że to koniec takich sytuacji. W sumie, spodziewałam się może czegoś, bo było zbyt spokojnie, ale do takiego stopnia, żeby jechać jakimś tunelem?
- Pamiętasz Willa? Włamuje się do komputerów ludzi takich ja. Przez przypadek udało mu się zidentyfikować jednego ze szpiegów, który obserwował cały czas mój dom, nawet jak mnie w nim nie było. Powiedział, że znalazł wiadomość, że za dokładnie trzy dni mieli zrobić niespodziankę wchodząc w nocy do domu. 
- Ja...
- Nie! Nie masz tu nic do gadania! Będziesz trzymać się cały czas mnie, zrozumiano? Nie możemy się teraz rozdzielać, a zwłaszcza ty nie możesz sama nigdzie chodzić. 
- Gdzi.. Gdzie teraz je-jedziemy? - patrzę z przerażeniem na niego ciągle nie dowierzając w to, co usłyszałam przed chwilą. Co by się stało, gdyby Will nie znalazł tej wiadomości? Co ci ludzi by zrobili, gdyby wtargnęli w nocy do domu?
- Nie wiem. Jak najdalej stąd. Na razie będziemy zatrzymywać się w hotelach, motelach albo spać w aucie jeżeli będzie taka konieczność. 
- Dlaczego... Dlaczego mi to mów-wisz?
- Nie chcę cię okłamywać i zadawać ci więcej bólu, Pain. - robi nacisk na dwa ostatnie słowa - Przy mnie jesteś bezpieczna, pamiętaj o tym już na zawsze. - głaszcze moje kolano, po czym ruszamy ponownie przed siebie. To jest zbyt dużo emocji, informacji, miejsc jak na dzisiejszy dzień, a już nie jestem przekonana co do następnych dni.
Odwracam głowę w stronę szyby, chociaż nie ma niczego ciekawego do podziwiania, bo co niby miałoby być w ciasnym tunelu, gdzie mieści się tylko jedno auto i panuje tu półmrok? Jednak błyskawicznie znajduję sobie zajęcie. Co jakiś czas zerkam na bruneta, który wydaje się być skupiony na drodze. O mało nie wbijam się w fotel wykonany z czarnej skóry, kiedy widzę ile jedziemy na godzinę. 
- Przestań się tak gapić na mnie. Lepiej będzie, jak pójdziesz spać. Z jakieś trzy godziny będziemy jeszcze jechać tym tunelem. - od razu robi mi się głupio, bo zauważył, że na niego ukradkiem patrzyłam. Ale to nie moja wina, że nie potrafię się na niego nie patrzeć! Co chwila staje się inny. Raz jest oschły, podły, patrzy na wszystkich z mordem w oczach, a kiedy indziej potrafi być nieco łagodniejszy i zapewnić bezpieczeństwo. Chyba nigdy go nie zrozumiem. 
- Dlaczego mnie u...uratowałeś? - to pytanie nigdy nie przestanie mnie męczyć. Muszę znać odpowiedzieć choćby nie wiem co. Mam kilka swoich teorii jak dla mnie beznadziejnych. Pierwsza to taka, że może on chce się nade mną znęcać. Druga - może ta cała wcześniejsza szopka była na pokaz i teraz udaje, że uciekamy, a tak naprawdę na końcu tunelu wszyscy tam czekają na mnie. Trzecia i ostatnia - ma wyrzuty sumienia i zaczęło mu w minimalnym stopniu zależeć, w co watpię. Od razu trzecią staram się wyrzucić z głowy, ale jest to trudne. Jakaś część mnie chciałaby, aby to była w jakimś stopniu prawda...
- Nie.Waż.Ne. - syczy przez zaciśniętej zęby i po chwili dodaje - Może kiedyś to zauważysz i zrozumiesz. - mówi nieco łagodniej. 
W samochodzie panuje niezbyt miła atmosfera, tak czuję. Jedziemy może z godzinę. Przez ten czas żadne z nas się nie odezwało, może to i dobrze? Chciałabym znać odpowiedzi na dręczące mnie pytania, ale wiem, że ich nie uzyskam. Już przez jakiś czas w głowie układam sobie dialog jaki mógłby być między mną, a nim, gdybym odważyła się jakoś zaglądać. Dziwne. Rano jeszcze nie chciałam go widzieć, a teraz? W sumie nie wiem czemu tak mi zależy. Chęć poznania go? Jaki może być, gdy się go lepiej pozna? Miałam okazję zobaczyć, jaki był w stosunku do Willa - przyjazny, ale muszę wiedzieć, że co do mojej osoby, on taki nie będzie. Nigdy. 
- Możesz włączyć radio jak cisza cię przytłacza. - usłyszałam nagle. Niepewnie zerkam na radio, które przez cały ten czas było wyłączone - No śmiało. - drżącą dłonią klikam mały, czarny przycisk i już po chwili mogę usłyszeć cichą muzykę wydobywającą się z głośników. Przełączam kilka stacji, aż nagle słyszę pierwsze uderzenia piosenki 'Spring Nicht' od Tokio Hotel - jednego z moich ulubionych wykonawców. Mimowolnie się uśmiecham sama do siebie. Mogę słuchać tego utworu wiecznie. Jest w pewnym sensie dla mnie bardzo ważna i związana ze mną, ponieważ dużo razy myślałam o samobójstwie jak i starałam się to zrobić. Pamiętam, że był taki dzień, w ktorym chciałam skoczyć z dachu wieżowca. Gdy byłam o krok od zrobienia tego, naprzeciwko mnie była dyskoteka na dworze. Był tam także średniej wielkości telebim, gdzie widniały piosenki z teledyskami. Wtedy jak zahipnotyzowana patrzyłam się w ekran i wsłuchiwał się w słowa angielskiej wersji. Od tamtego momentu, gdy tylko próbuję się zabić, automatycznie w mojej głowie słyszę tą piosenkę. I właśnie dlatego nie mam odwagi skończyć ze swoim życiem raz na zawsze. Jakoś ta czwórka wariatów wpłynęła do mojego życia w ciagu tych trzech minut. I nie obchodzi mnie fakt, że pochodzą z Niemiec. Zawsze uważałam, że każdy naród trzeba szanować, nawet jeżeli za czasów wojny tępił niewinnych ludzi. A to nie wina Niemców, że byli pod dowództwem tyrana....
Niestety w połowie piosenki odebrano mi przyjemność dalszego słuchania niemieckiego zespołu, gdyż kierowca szybko zmienił stację radiową. Oburzona cofnęłam o jeden kanał, aby ponownie odpłynąć w krainę marzeń spowodowany cudownym głosem wokalisty. Jednak brunet nie chce dać za wygraną. Przełączaliśmy tak stacje, aż w końcu zrezygnowana opadłam na fotel, gdy moja piosenka się skończyła. Kątem oka dostrzegam jego triumfalny uśmieszkiem na twarzy przy okazji ukazując urocze dołeczki w policzkach. Ugh... 
- Jak chcesz, to umiesz walczyć nawet o taką błachostkę, ale doprawdy? Niemcy? 
- Bynajmniej są lepsi niż Eminem.. - co jak co, ale do obrony swego zawsze miałam odwagę, chociaż tego po mnie nie było widać.
- Hmm, tu się raczej z tobą zgodzę. Też nie przepadam za jego muzyką, aczkolwiek lubię rap. Przynajmniej nie mają pedalskich słówek ani podkładu jak ten brytyjski girlsband, One Piction? 
- Raczej chciałeś powiedzieć brytyjsko-irlandzki boysband, One Direction. - syczę przez zęby. Kolejny powód, żeby go nienawidzić. 
- Jeszcze mi powiedz, że słuchasz tego geja Bajbera! - zaczął się śmiać. Już nie chciałam dalej brnąć w ten bezsensowny dialog, więc odwróciłam twarz w stronę okna, głowę kładąc miedzy drzwiami, a zagłówkiem i próbując zasnąć. Jednak nie dane mi odpłynąć w objęcia Morfeusza, ponieważ znowu słyszę jego głos z lekką chrypką.
- No nie obrażaj się, idiotko! Może mi nie uwierzysz, ale jestem osobą tolerującą większość nowoczesnej muzyki. Więc wymień mi, jakie gatunki lubisz? - mocniej zaciskam powieki, ale cicho odpowiadam, bo tego chyba chciałam - rozmowy, co nie?
- Pop, po-pop rock, mmetal, rock-k...
- Twoi ulubieni wykonawcy dwóch ostatnich gatunków to Metallica i Green Day, tak?
- Skąd-d tty...
- Przeczuwam, że w wielu kwestiach jesteśmy tacy sami. - gdy wypowiada te zdanie, coś ściska mnie w żołądku. Nic nie chcę mieć z nim wspólnego. Nawet wykonawców. 
Wzdycham ciężko tym samym nie odpowiadając na jego stwierdzenie. Skąd on tyle o mnie wie? To jest trochę dziwne... Chyba aż za dziwne.... 
*** Harry ***
Muszę przyznać, że nie łatwo było mi podjąć szybką decyzję, co zrobić z zaistniałą sytuacją. Oczywiście, odkąd wziąłem Dianę z jego rąk, wiedziałem, że narażam nie tylko siebie ale i ją na swojego rodzaju śmierć. Nie wiem dlaczego tak bardzo mu na niej zależy, dziewczyna jak inna - depresyjna, łatwowierna, ulegająca chociaż czasami umie pokazać pazurki, ciekawa wszystkiego. Jest wiele takich na świecie! Aczkolwiek nie zaprzeczam, że Diana ma coś w sobie takiego, hm... Dziwnego? Coś, co intryguje mnie jeszcze bardziej i to nie fakt, że ona to ta sama dziewczynka sprzed kilkunastu lat. To jest jeden z niektórych powodów, dla których narażam nas, aby ona miała najlepiej i, żeby była bezpieczna w jakimś tam procencie. 
Trzeba szybko działać. Muszę myśleć tak, aby pozostawić jak najmniej śladów. Jeszcze lepiej by było, jakby w ogóle nie było śladów po nas. 
Na razie zamierzam uciec jak najdalej od Los Angeles. Przez dwa, maks trzy dni zatrzymamy się w pierwszym lepszym motelu na jakimś zadupiu, żeby przemyśleć to wszystko jeszcze raz, tym razem bardziej na spokojnie i nie pod wpływem stresu. Będę też musiał nauczyć Dianę jakiejś samoobrony w razie gdyby. Wiem, że nie da rady pokonać kogokolwiek, bo jest bez szans, ale gdyby tak wykręciła rękę za plecy i przewróciła na podłogę, miałaby jakąś tam szansę na ucieczkę, chociaż niczego nie gwarantuję. Mam nadzieję, że nic takiego się nie stanie w przyszłości.
Przez półtorej godziny panuje cisza w aucie. Jedynie ciche dźwięki z radia nie sprawiają, że zaczynam wariować. Nie cierpię ciszy. Wydaje się być podejrzana, że zaraz coś się stanie, jak w horrorach. Wtedy moje wszystkie zmysły się wyostrzają i działają na największych obrotach. Pomimo że wiem, że ten tunel jest bezpieczny, lepiej zachować powagę. Na początku, gdy kupowałem ten dom, Will wyskoczył mi z pomysłem, żebym zrobił tunel pod sobą. Gdy tylko to usłyszałem, zastanawiałem sie 'Po chuja mi tunel?'. Jak się teraz okazuje, to był genialny pomysł. Teraz, te podziemia ratują mi tyłek. Mam nadzieję, że nikt inny z wyjątkiem Willa nie wie o tym przejeździe, bo byłoby wtedy po mnie. Szybko wytropiliby, gdzie uciekłem. Droga prowadzi na autostradę. Nie byłoby co rozważać, w którą stronę pojechałem - w lewo. Nie byłoby sensu jechać w prawo i wracać do miasta, z którego uciekam, nie?
Tak jak powiedziałem, tunel już się skończył. Zatrzymałem się przed wyjazdem stąd. Spoglądam na brunetkę i dopiero teraz dochodzi do mnie fakt, że ma ścięte włosy. Kiedy ona to zrobiła? Czyżbym był aż tak zajęty wszystkim, że nawet takiej głupoty nie zauważyłem? Zagryzam mocno dolną wargę i zamykam oczy. Łatwiej by było, gdybym spalił samochód razem z nami, ewentualnie beze mnie. Mógłbym zmienić nazwisko, ściąć włosy, przefarbować się na rudy, założyć niebieskie soczewki kontaktowe i żyć normalnie, ale coś by mi nie dawało spokoju, tylko nie wiem co. A gdyby tak....
*** Diana ***
Mała dziewczynka radośnie biega po parku w ręce trzymając różowy balonik z wizerunkiem Królewny Śnieżki. Wokół niej lata kolorowy, mały motylek, a pod jej fioletowymi bucikami na rzepy, wirują delikatnie liście. Za nią biegnie uśmiechnięty chłopczyk, który usiłuje za wszelką cenę dogonić swoją towarzyszkę. Gdy dziewczynka na chwilę odwraca głowę do tyłu wciąż biegnąc, nie zauważa małego rowu w ziemi, przed co upada na trawę. Jej kolega szybko ją wymija myśląc, że to forma zabawy. Gdy orientuje się, że dalej biegnie sam, tyle ile ma sił w swoich nóżkach, zawraca i szybko dopada do swojej małej koleżanki. Jest przerażona, nie wie co zrobić. Myślała, że ją zostawi i pobiegnie do swojej mamy, ale tak nie zrobił. Zawrócił. Zawrócił dla mnie?, zadała sobie pytanie w myślach. 
- Wszystko w porządku? Możesz wstać? A może ci pomóc? Zanieść cię? Albo zawołać twoją mamę? - zasypywał ją pytaniami przerażony chłopczyk. Niestety tylko na pytaniach się kończy...
- Pobudka! Słyszysz mnie? Ej, zdechłaś? O kur...de. - mamroczę coś pod nosem starając otworzyć ciężkie powieki, ale jak na złość nie daję rady. Po kilku próbach udaje mi się osiągnąć cel i pierwsze co moje oczy dostrzegają po otwarciu się to jego twarz bardzo blisko mojej. Odruchowo staram się głowę oddalić od jego. Dlaczego on jest tak blisko? Co zamierzał zrobić? Bądź zamierza? - Wstawaj, nie mamy czasu! Robota czeka. - wysiada z samochodu trzaskając przy tym drzwiami. O co mu chodzi? Jaka robota? Mam się bać? Ale zaraz, moment... Jesteśmy jeszcze w tym przerażających tunelu, czemu nie jedziemy dalej? O matko, a co jak już nas gonią? Są może kilka minut za nami, a my tutaj sobie stoimy. To podstęp! Ja wiedziałam, przeczuwałam, że tak będzie! On przecież ma gdzieś to, co się ze mną będzie dziać, gdy zostanę sama. 
- Ile razy mam powtarzać?! - krzyczy, a raczej ryczy jak jakiś ogr, który nie znosi sprzeciwu. Przerażona tym wszystkim, wychodzę z auta i nieśmiało podchodzę do niego. Spuszczam głowę w dół, a kosmyk włosów daję za ucho. Czuję, że to co zaraz usłyszę, nie będzie przyjemne. - Mniej więcej powiedziałem ci, dlaczego uciekamy. Właśnie, skoro uciekamy, to co za tym idzie? Nie wolno, powtarzam, NIE WOLNO pozostawiać jakichkolwiek śladów, rozumiesz? Na pewno rozumiesz, przecież jesteś mądrą kobietą. - klepie mnie po policzku jak psa i kontynuuje - Nie wiem, czy już nas ścigają czy jeszcze nie, w każdym bądź razie, musimy utrudnić im drogę do n... Do mnie i do ciebie. Zatem, tutaj masz łatwopalny materiał, który rozsypiesz tam - wskazuje ręka fragment podłogi oddalony od nas o kilka metrów - i jeszcze inny kawałek dalej zalejesz benzyną. Później podpalisz materiał łatwopalny i tyle, ile masz sił w nogach, biegniesz i wsiadasz do samochodu. Ja za ten czas, spróbuję otworzyć bramę. Jeżeli wszystko pójdzie tak jak to zaplanowałem, przeżyjemy, a jeżeli nie, to cóż.. Chyba nie muszę ci mówić, prawda? - mogę się przejąć tym, co mi powiedział przed chwilą, ale jakoś w głowie tkwi mi jego błąd. Chciał powiedzieć 'nas', a nie 'do mnie i do ciebie', więc czemu się poprawił? Czemu tak się tym przejmujesz? jesteś nic nie wartym śmieciem w jego oczach! 
Myśli przerywa mi Styles, który podaje do moich rąk średni woreczek czarnego proszku, a pod moimi nogami stawia mały baniak z paliwem. Przełykając narastającą gulę w gardle i z trzęsącymi nogami podążam na wyznaczony teren. Znając swojego pecha, zrobię coś nie tak i będzie po nas, albo po mnie. Zawsze jest opcja, że mnie zostawi, odjedzie jak najdalej stąd i będzie się pławił w luksusach, podczas gdy ja trafię do piekła. W sumie, dlaczego mnie to obchodzi? Coś tam w mojej głowie podpowiada mi, że się zmieniłam i nadal zmieniam, ale szybko tłumię w sobie ten głos.
Nawet nie wiem kiedy wszystko zostało porozstawiane, a w ręce trzymam paczkę zapałek. Patrzę może po raz ostatni na to wszystko, po czym trzęsącymi się rękami odpalame34 jedną zapałkę, która się łamie. Z drugą, trzecią, czwartą i jeszcze siódmą jest to samo. Dopiero za ósmym razem udaje mi się odpalić zapałkę, którą przykładam do jednego końca materiału. Przez chwilę się tylko dymi, a potem zaczyna się wypalać w bardzo szybkim tempie. Gwałtownie się podnoszę i nie odrywając od tego wszystkiego wzroku, biegnę przed siebie. Gdy słyszę swoje imię, odwracam się i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że biegnę w złą stronę. Zamiast biec w stronę auta i wyjścia, można powiedzieć, że jestem samobójcą. 
Nie wiem co robić. Patrzę wystraszonym wzrokiem na Stylesa, który nerwowo zaciska dłonie w pięści. Robię jeden krok do przodu, a tuż przed moją twarzą wybucha ogień, który zasłania mi samochód i jego właściciela. To już koniec...


Tak jak zawsze - coś od autora, który tylko narzeka i narzeka...
Głupio mi jest, że zaczynałam bloga bez wyjaśnień. O co mi chodzi.. Na przykład o tym anonimie. Nie wiadomo skąd się wziął, tak nagle o nim pisałam i teraz nie ma wzmianki o nim. Ale! Jeżeli wena mi na to pozwoli, jakoś go jeszcze wmieszam w to opowiadanie, chociaż na razie się na to nie zapowiada. Innym przykładem jest Niall, którego Diana spotyka przez przypadek. Tutaj jestem w stu procentach pewna, że pojawi się dopiero pod koniec opowiadania. I zostaje jeszcze kwestia tej dziwnej staruszki, która naszła Harry'ego w jego domu i do której Diana zapukała. To także się wyjaśni, ale nie wiem kiedy. W bohaterach dwuplanowych jest mama i siostra naszego bruneta, tutaj również nie zapowiada się na to, że pojawią się bardzo szybko, a może już się pojawili, a my o tym nie wiemy? ;) W każdym bądź razie można z tego wyczytać, że fanfiction się tak szybko nie skończy, chociaż myślałam, że będzie z 40 rozdziałów, pewnie będzie i więcej, żeby wszystko wyjaśnić. Musicie być cierpliwi!!!
Co do nowego rozdziału - nie zabijać mnie, proszę! Nie mogłam się powstrzymać, aby tak nie zakończyć! Chcę was trochę przytrzymać w niepewności i niecierpliwości i chyba mi się to udało, prawda? 
Mam nadzieję, że wam się podobał rozdział, do następnego! :)
*za błędy przepraszam i mam nadzieję, że długość wam odpowiada*

niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 23

*** Harry ***
Jestem zdenerwowany jak i bardzo zaskoczony. Zdenerwowany z dwóch przyczyn. Pierwsza to taka, że nie dopilnowałem, aby jakakolwiek broń w domu była pusta. Jedak myślałem, że niczego nie pominąłem. Drugą przyczyną jest postrzał skierowany w moim kierunku i to jeszcze od Diany. Zaskoczyła mnie tym i to bardzo. Kto by pomyślał, że taka płochliwa istota mogłaby nacisnąć spluwę i strzelić do człowieka? Gdy zjawiła się w łazience, miałem ochotę ją zabić i mało by brakowało, a nie wiem co bym jej zrobił. Natomiast ta nienawiść szybko przeminęła, gdy zaczęła mocno zaciskać TEN łańcuszek. To tak, jakby coś, co od dawna we mnie siedzi, nagle pękło. Powiedziałem jej, żeby stąd wyszła, lecz ona nie zdawała się mnie posłuchać. Zamiast wyjść, swoimi opuszkami palców dotykała każdego tatuażu na moim lewym ramieniu. Czułem jej strach na to jak zareaguję, ale nic sobie z tym nie robiłem. Nie mogę pojąć mojej reakcji na ten gest. Oczy samowolnie się zamknęły, a usta rozchyliły. Po chwili otrząsnąłem się i szybko się wycofałem, a ręce dałem za siebie. Język sam się plątał. O mało co nie spytałem jej, dlaczego tak zrobiła i co ją do tego skłoniło. Trzymam się wersji, że zrobiła to pod wpływem emocji i niech takie wytłumaczenie zostanie. Nie wiem co by się dalej działo, gdybym faktycznie się nie odsunął na większą odległość.
Podchodzę do umywalki, puszczam strumień lodowatej wody, daję ręce pod kran i nabieram wodę, aby po chwili poczuć zimną ciecz na twarzy. Powtarzam tą czynność kilka razy, po czym podnoszę głowę i spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Moje oczy wyrażają pustkę, nicość. Czuję uczucie, które nie towarzyszyło mi od kilku miesięcy. Jestem poddenerwowany, mam mieszane uczucia czy zrobić to czy nie. Jeżeli wezmę odpowiednią ilość, będzie ze mną wszystko dobrze. Gdy wezmę za mało, będę chciał częściej, natomiast kiedy będzie tego za dużo, mogę stracić nad sobą kontrolę, a nie mogę do tego dopuścić. Nie może być teraz żadnych ofiar, nie mogę się pokazywać zbyt często na ulicy. Oni mogą być gdzieś, gdzie się najmniej ich spodziewam. Zaatakują i co wtedy będzie?
- Opanuj się Styles, opanuj... - pod wpływem przypływu emocji, z całej siły uderzam pięścią w lustro, które rozpada się na duże i małe kawałki upadając na kafelki. Jestem bezradny, stracony. Zapewniałem, a jednak kłamałem. Nigdy nie czułem się tak jak teraz. Nawet nie potrafię opisać tych wszystkich uczuć. Ból spowodowany przez szkło, które weszło mi w rękę jest niczym w porównaniu z bólem głodu. Nie mam zielonego pojęcia skąd to od tak wróciło. Przez pięć miesięcy wszystko było w miarę dobrze, a teraz nagle przybyło i nie chce mnie opuścić, dopóki tego odpowiedni nie zaspokoję. Kurwa, nie wytrzymam! Skręca mnie w tym cholernym żołądku!
Szybko wybiegam z łazienki i pędem biegnę po schodach do swojego królestwa, inaczej pokoju. Zamykam się na zamek dla bezpieczeństwa, żeby Diana nie weszła. Gdyby mnie zobaczyła, doszłoby do rękoczynu, mówię prawdę.Po prostu wpadłbym w furię widząc ją zapatrzoną we mnie i moje poczynania. Także źle bym się czuł, wiedząc, że ona wie.
Szukam po wszystkich szufladach i tajnych skrytkach zbawienia. Po jakimś czasie udaje mi się to znaleźć. Dziękuję Bogu w duchu i czym prędzej znajduję się w mojej łazience. Przymykam lekko drzwi. Z haczyka biorę mały, czarny pasek i usadawiam się obok wanny, opierając się plecami o nią. Do strzykawki nabieram małą ilość białego proszku, a pasek zaciskam na ramieniu. Gdy żyły stają się bardziej widoczne, w jedną z nich celuję strzykawką. Jednorazówka po chwili staje się pusta, a cała jej zawartość znajduje się we mnie. Zamykam oczy opierając głowę o ramę wanny i czekam. Nie wiem ile tak siedzę, ale nie czuję się tak, jakbym miał zaraz skoczyć przez okno. Wzruszam jedynie ramionami i gwałtownie wstaję, co okazuje się złym pomysłem, bo od razu do mojej głowy uderza okropny ból skroni. Pomimo tego, że ból, który nie tak dawno odczuwałem w żołądku minął, teraz czuję się o wiele gorzej. Wszystko zaczyna mi świdrować, przeskakiwać, mieszać. Oczywiście skaleczona ręka i miejsce, gdzie zostałem postrzelony też dają się we znaki. Czuję jak mi pulsuje w skroniach.Upadam i zaczynam krzyczeć. Głosy odbijają mi się echem w uszach, i to nie tylko moje, lecz czyjeś jeszcze. Nie potrafię zlokalizować tego tajemniczego odgłosu, ale jest daleko, bardzo daleko. Tak mi się zdaję. Ten ktoś krzyczy, przeraźliwie krzyczy moje imię. Dotyka mnie, a raczej szarpie z całych sił za ramiona, przez co sprawia mi dodatkowe cierpienie. Nie wiem co dalej się ze mną dzieje..... To wszystko jest za szybkie, nie nadążam....
*** Diana ***
 Tak jak mi powiedział, poszłam do kuchni, co okazało się złym pomysłem. Noże były na widoku, a co za tym idzie? Noży nie używa się tylko w gastronomii, ale jeżeli jesteś seryjnym mordercą, to ich na pewno użyjesz, więc tak szybko jak tam weszłam, tak też wyszłam do salonu. Siadając na kanapie, jeszcze raz na spokojnie analizuję wszystko, co miało miejsce 15 minut temu. Tata nie byłby ze mnie dumny, ani mama.. Twoja matka pracowała dla Harry'ego, nie zapominaj. A co to ma do rzeczy? Bez względu na wszystko, kochałaby mnie, gdyby jeszcze żyła....
Muszę się stąd jak najszybciej wydostać, nie chcę żyć w tym piekle wieczność. Chcę przez chwilę poczuć świeże powietrze w płucach, co jest niemożliwe, bo od x lat na świecie nie ma w stu procentach świeżego i czystego tlenu. To po jaką cholerę żyć? Wiem, że mój stan społeczny sięga dna, nie ma dla mnie przyszłości z karierą, zostanę starą panną z kotami, jeżeli one zechciałyby się przyznawać do kogoś takiego jak ja.
Ciszę i moje myśli przerywa huk tłukącego się szkła i przekleństwa wydobywające się z łazienki, którą opuściłam. Co on zaś robi? Przez moment waham się czy nie zobaczyć, co się stało, ale gdy tylko widzę go pędzącego na schody w górę, przeczuwam, że coś go rozzłościło. Mam nadzieję, że to nie chodzi znowu o mnie. Kto wie, co by mi zrobił...
Słyszę donośny trzask drzwi i zamka. Wyraźnie też słyszę jak szpera w swoim pokoju i ponownie trzaska drzwiami. Przez chwilę panuje grobowa cisza. Gwałtownie podskakuję, gdy do moich uszu dochodzą krzyki. Wstaję i pędem biegnę na górę. Szukam odpowiednich drzwi, z których dobiega odgłos.Gdy je odnajduję, okazuje się, że są zamknięte. No tak, przecież słyszałam jak zamykał się na klucz...
Jednakże muszę szybko działać, bo nie wiem co tam się dzieje. Może wyważyć drzwi? Pozostaje pytanie czym? Młotek nie da rady, nie wiem czy jest tu gdzieś siekiera albo coś podobnego. Co tu robić, co tu robić... Kuźwa, nic nie wymyślę! Co ci tak na nim zależy? Czy ty...? Nie zależy mi na nim, ale strasznie się niepokoję. Przecież nie krzyczałby bez powodu, prawda? Oraz zbyt szybko wybiegł z łazienki, więc coś musiało być na rzeczy.
Po kilku minutach rozglądania się po korytarzu, z całych sił uderzam swoim ciałem w drzwi. Próbuję nie skupiać się na bólu, który z każdym kolejnym uderzeniem czuć coraz mocniej. W końcu nie wytrzymuję i po raz ostatni uderzam z impetem w drzwi ze skutkiem. Drzwi z wielkim hukiem upadają na podłogę, lecz przejmować będę się później, gdy Styles to zobaczy. Nie mam czasu podziwiać jego pokoju, więc w szybkim tempie wparowuję do kolejnego pomieszczenia, którym jest łazienka i od razu moje ciało staje się jak sparaliżowane, każdy włos na skórze mi się jeży. Wcześniej byłam pełna sił i energii, a teraz to uciekło.
- Harry? Harry! Zbudź się, Harry! - upadam na kolana przed nim. Klepię go po policzku, próbuję wyciszyć, bo coraz to głośniej krzyczy - Halo, słyszysz mnie? Powiedz coś, cokolwiek! - w tym momencie zaczynam panikować jak sto choler. Nie wiem co mu jest, co robić.
- Nogi do góry.. Moje nogi na wannę.. Powoli.. - każdej jego słowo było wypowiedziane z wielkim wysiłkiem, lecz go dobrze rozumiem. Pomału, delikatnie chwytam za jego kolana i kładę na wannę, ale po co mi każe tak robić? Co to ma do tego?
I teraz, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu, zauważam zakrwawioną strzykawkę. O nie, on chyba.. Nie, on bierze narkotyki? To dlatego kazał mi dać nogi do góry. Matko, on traci przytomność!
- Nie zasypiaj! Słyszysz?! Zbudź się, walcz! Ile tego wstrzyknąłeś? Harry! Harry! Nie umieraj!
- Nic mi nie będzie.. - ledwo co mówi. Ostatni raz patrzy na mnie i zamyka oczy, a ja w tym momencie czuję się winna. On umarł? Nie, to przecież niemożliwe! On nie może!
- Harry! - ostatni raz próbuję coś zdziałać. Do oczu cisną mi się łzy, a gdy tylko ręce i głowę kładę na jego klatce piersiowej, czuję, jak oddycha. Za szybko straciłam nadzieję. Zamiast sprawdzić czy oddycha, wolałam użalać się nad sobą i się obwiniać myśląc, że umarł. Aż zaczynam się śmiać. Może jednak mam coś z głową? Moja podświadomość dobrze mi podpowiada mówiąc, że jestem inna. Psychiczna.
Za bardzo skupiłam się na tym, że pochłonął całą strzykawkę tego świństwa. Skąd on w ogóle ma to?! Kompletnie zapomniałam o jego ranie na barku i .. O Boże! Całą prawą rękę ma we krwi i szkle? Oh, no jasne! Słyszałam jak coś stłukł na dole, ale żeby aż tak? Nie bardzo wiem, czy mu to opatrzyć czy nie. Może spróbuję tylko jakoś zatamować to krwawienie. Zajmuję się pierw ręką, bo sprawniej mi pójdzie, chyba. Pewnie mnie zabije za to, co zaraz zrobię, ale nie chcę mieć nikogo na sumieniu, a zwłaszcza jego. Upewniając się, że nie ześlizgnie się, wchodzę do jego pokoju. Z jednej z szaf biorę najbardziej zaniedbaną koszulę, chociaż to nie takie proste, bo wszystko ma tu w idealnym stanie. Ani jednej bluzy bądź zwykłej koszulki. Wracam do niego. Jest w takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiłam. Biorę jego dłoń w swoje ręce i najstaranniej wyjmuję kawałki szkła, co wcale nie jest łatwe. To co umiem chwycić, to wyciągam. Lepsze to niż nic. Pierwszy lepszy ręcznik moczę w chłodnej wodzie i delikatnie obmywam rany, a po chwili wyrywam cały rękaw i owijam jego rękę. Później zobaczę czy nie będzie trzeba jeszcze raz zmienić 'opatrunek'.
Teraz kolej na jego bark. Aż mi się źle robi, gdy widzę tą dziurę. Boże, co ja zrobiłam? Skąd mi przyszedł taki pomysł, żeby strzelać od kogoś, a zwłaszcza do niego do jasnej cholery! Ugh.. 
Szczerze mówiąc, nie wiem co przy tej ranie zrobić. Coś pójdzie źle i co wtedy? 
-Wody.. Pić.. - moje myśli są przerwane przez jego głos. Woda, woda, mam iść na dół i go zostawić? 
- Zaczekaj chwilę, zaraz ci przyniosę coś do picia. - zamierzam wstać, ale gdy tylko palcem dotyka mojej ręki, drętwieję. Czuję jak całe moje ciało pokrywa gęsia skórka. Czemu tak reaguję?
- W szafce nocnej jest butelka wody. - przytakuję, że dotarło to do mnie. Sprawdzam obydwie szafki i wracam z małą butelką wody. Podaję mu, a on od razu wypija większość. 
- Już lepiej? - pytam niepewnie, na co kieruje wzrokiem na mnie i przytakuje twierdząco głową. 
- Jak się tu dostałaś? Z tego co kojarzę, zamknąłem drzwi na klucz, prawda? - wstrzymuję gwałtownie powietrze, po chwili je powoli wypuszczając. Staram się patrzeć wszędzie, tylko nie na niego. I tak by się dowiedział, jakby nie zapytał, to by zobaczył i tak czy owak wpadłby w furię.
- No jak? - ponagla mnie. Lekko otwieram usta z zamiarem wytłumaczenia się mu, ale nie zdążam, bo wstaje i wychodzi. W łazience panuje dziwna cisza jak przed burzą. Gdy słyszę, że wraca, wstaję i szukam czegoś do obrony, ale nie ma nic takiego..
Gdy wchodzi do środka, a nasze spojrzenia się stykają, czuję jak nogi mi się uginają, oddech staje się cięższy, ledwo co mogę oddychać. Biorę ostatnio wydech, podchodzę do niego, formuję ręce w pięści, a oczy zamykam jak najmocniej i czekam na jego atak. To dziwne, a zarazem śmieszne jak szybko człowiek może przyzwyczaić się do innego życia z kimś, kto prawdopodobnie jest ścigany przez policję. O warunkach panujących w jego domu wolę nie wspominać. 
- Co ty robisz? - pyta zdezorientowanych głosem.
- Czekam.
- Na co? 
- Na twój ruch.
- Jaki? - tym razem pyta flirciarsko i mogę przysiąc, że do tego podle się uśmiecha.
- Aż mnie... Uderzysz.. - w samą porę zmieniłam ostatni wyraz. Gdybym powiedziała 'ukarać', zinterpretowałby to w inny sposób niż powinien. 
- Czemu miałbym cię uderzyć? - jedyne co mogę w tej chwili zrobić to nic, bo co niby? Nie wiem co mnie skłania do tego, aby z zamkniętymi oczami wymacać wyjście i uciec jak najdalej stąd, ale jak na złość nie potrafię ich otworzyć. Są zbyt ciężkie. - Bo upadniesz! - w ostatniej chwili, jego ręce chwytają mnie i uniemożliwiają zetknięcia mojego ciała z podłogą. Otwieram szeroko oczy i pierwsze co widzę to jego źrenice ślepo patrzące w moje. Że też nie mogłam chwilę się zastanowić jakie będą konsekwencje tego wszystkiego! - Krzywda ci się na razie nie dzieje, tak? Więc po co uciekasz? - oh, gdybym znała odpowiedź na to pytanie. 
- Ja... Ja... - dlaczego próbuję się wytłumaczyć? - Mogę zadać pytanie? 
- W czym problem?
- W tobie. - mówię i ciągnę dalej, bo już czuję jak jego uścisk staje się mocniejszy - Jesteś dla mnie miły. Dla.. Dlaczego? - głośno wzdycha. Widać wyraźnie, że nad czymś myśli i się z czymś bije w głowie.
- Za kilka dni to zrozumiesz. Jeżeli nie sama to z moją pomocą. - szybko zbliża swoje usta do moich. Nie daje mi ani chwili na obronę, przez co nasze wargi szybko łączą się ze sobą. Całuje mnie zachłannie, gwałtownie, widać jak się stara, żebym poddała się i oddała mu pocałunek, ale aż taka ulegliwa nie jestem. Kiedy widzi, że jego starania idą na nic, przestaje. - Nad tym też popracujemy. Wszystkiego się dowiesz, obiecuję ci to, ale potrzebuję także twoich chęci, jeśli chcesz poznać odpowiedzi na twoje pytania.
- Mam jeszcze jedno... Pytaanie. - unosi lekko brwi so góry na znak, żebym kontynuowała - Możesz.. No wiesz, mnie już... Umm... Pppuścić? - jego wzrok mówi sam za siebie - czuje się zawstydzony. Urocze..
Gdy staję na proste nogi, zwinnie go wymijam i bięgnę do swojego pokoju przeskakując nad tym bałaganem, który zrobiłam. Ciekawe kiedy wróci do tematu wyważonych drzwi.... 



I tak o to moi mili powracam! ( po raz kolejny ... ). Nawet nie wiecie jakie mam mieszane uczucia co do tego rozdziału. Myślę, że wypadłam z fory i obawiam się, że wam się może nie spodobać, ale ... ;)
Na początku chciałabym ogroooooomnie podziękować kilku osobom, które cały czas tutaj ze mną są ( notatka będzie trochę długa :D ) : 
EvaTommo19 - twoje komentarze zawsze sprawiają, że się uśmiecham i mam motywację do dalszego pisania tego opowiadania! Dziękuję ci za to, że starasz się, żebym nie zboczyła z drogi jaką jest pisanie. Dużo też myślałam i wiesz co? Już się nie przejmuję daną ilością komentarzy, ten kto komentuje to komentuje, a ten kto tego nie robi to trudno. Przeboleję jakoś :D 
Michelle Styles - wiem, że ciągle tu jesteś i zaglądasz! :) Nie jestem w stu procentach pewna, ale jesteś drugą osobą, którą kojarzę z samych początków istnienia tego bloga. Twoje komentarze mimo iż są krótkie ( co mi wcale nie przeszkadza ), to potrafią zmotywować do dalszego działania. 
Kinga Miller - nawet sobie nie wyobrażasz jakiego uśmiechu na twarzy dostałam, gdy przeczytałam twój komentarz, że czekasz i czekasz, ale głównie chodzi mi o to, kiedy to napisałaś ( mianowicie 28.03 ). Już myślałam, że nie zobaczę niczego ani nikogo nowego pod postami, a tu taka niespodzianka, czasami warto czekać ;) 
Chciałabym także podziękować wszystkim tym, którzy mimo iż nie komentują, to czytają :) Tylko szkoda, że anonimy się nie podpisują ( !! ), bo tak to nie mam komu jeszcze podziękować. ;) 
Chcę, żebyście wiedzieli, że jestem tu codziennie. Może nie piszę dzień w dzień, ale przychodzę tu poczytać wszyyyystkie komentarze i czytam je nawet po kilkadziesiąt razy! Takie coś też daje motywację, a bynajmniej mi. 
Powracając jeszcze do rozdziału, to porobiło się, nie? Kto by pomyślał, że Diana będzie miała tyle odwagi strzelić z broni i to do samego Harry'ego! Albo te narkotyki.. Wiem, że wcześniej nic o nich nie było, ale obiecuję wam, że wkrótce wszystko się wyjaśni :) 
No cóż, to chyba na tyle, bo zaraz okaże się, że notatka będzie dłuższa niż rozdział haha. Nie zanudziłam was tą gadką, nie? Cieszcie się, że piszę po rozdziale, a nie przed, bo nie wiem czy dałybyście radę przebrnąć przez krótki monolog, czy najpierw rozdział, a potem wracacie do wstępu. :D 
P.S.1 Chyba rozdział nie jest za krótki, nie? ( chociaż zakładam, że jest :D ) 
P.S.2 Za jakiekolwiek błędy przepraszam, większość rozdziału pisałam na telefonie i teraz właśnie też dodaje post z komórki. 
P.S.3 I po raz kolejny nie wiem co się dzieje z tą datą! Jest przecież 31, a nie 29... 
Theme by violette