sobota, 16 lipca 2016

Rozdział 25

*** Harry ***
Nerwowo stukam palcami w kierownicę i co chwila patrzę przez lusterko na poczynania Diany. Czy robi to tak jak trzeba czy coś jak zwykle pieprzy. W sumie, nie wiem dlaczego jej to zaproponowałem. Tak jak wcześniej mówiłem, mogłem sam uciec pozostawiając ją na pastwę losu, bądź w ogóle nie robić tego całego szumu wokół wysadzenia tunelu. Gdyby tak czysto teoretycznie ktoś odkrył zawalony tunel sądząc, że ktoś jest po drugiej stronie, zadzwoniłby na straż pożarną, policję i karetkę, a tylko tego mi jeszcze potrzeba do szczęścia...
Jednak wiem, że nie wiadomo co będzie się dziać, jakaś część mnie nie pozwoli, żeby zostawić ją z tym wszystkim samym. Jestem w stu procentach pewny, że Diana  nie da rady sama w życiu po tym wszystkim co przeszła. W sumie, odkąd pamiętam, to ona nigdy nie dawała sobie rady, nawet po jakiejś głupiej, małej błahostce sięgała po żyletkę i okaleczała sobie nadgarstki. To jest chore i głupie. W sumie, sam nie jestem lepszy spożywając narkotyki, które jeszcze mi zostały, ale mam takie odchyły jeszcze po odwyku. Niby miało mi to pomóc, a tylko pogorszyło sprawę. Poszedłem na odwyk z przymusu. Szef, który był zarazem dla mnie jak ojciec, chociaż nie starał się go zastępować, pomimo że był surowy i wymagający w wielu sprawach, to był wobec mnie nad wyraz opiekuńczy. Zawsze martwił się o mnie, gdy jechałem sam na dłuższą trasę, gdy miałem się bić o tej godzinie z tym bądź tamtym, ale najbardziej martwił się moim stanem, gdy spożywałem nieograniczone ilości alkoholu bądź, gdy byłem pod wpływem narkotyków. Na początku mało go to obchodziło, ale, gdy zauważył, że sobie z tym nie radzę, kazał mi iść na odwyk, bo inaczej stracę wszystko. Swój wysoki poziom społeczny, kasę, reputację, swój gang, a nawet i przyszywanego ojca. Zawsze wiedział jak mnie podejść, żebym wybrał właściwą decyzję. Mówiłem mu wiele razy, że ten odwyk nic nie zmieni, a jedynie pogorszy mój stan, ale wolałem już zaryzykować swoją psychiką i życiem, żeby mieć to wszystko, na co tak pracowałem odkąd skończyłem piętnaście lat. Opowiadano mi, że dzień przed moim wstąpieniem do gangu - miałem wtedy osiemnaście lat - zmarł szef mojego szefa. Mój szef widząc przez trzy lata moją ciężką pracę i jak bardzo mi zależy na tym, oddał mi swój gang w ten sposób zostając przywódcą. Nie robiło to na nim zbyt wielkiej różnicy, ponieważ ma jeszcze kilka asów w rękawie, więc oddanie jednego z kilku gangów nie było dla niego trudną decyzją. Ogółem w tamtym czasie było wszystko pomieszane, że głowa wysiadała. Chociaż jedyne co mnie do teraz dziwi to fakt, skąd ma tyle tych gangów? Czy tych samych? Albo jest zdrajcą i każdy inny gang jest naszego wroga? Nie, raczej nie. Mogę mu zarzucić wiele, że jest zboczeńcem, mordercą, gwałcicielem, pedofilem, ale nie zdrajcą. Prędzej u mnie to miano byłoby trafne - ja jestem zdrajcą. Było wiele sytuacji, w których sprzeciwiałem się ojczymowi i niestety obrywało mi się to i nie raz. Miał nade mną kontrolę, więc mógł mną pomiatać, dopóki nie odważyłem się mu postawić. To chyba zawsze będzie dla mnie niewyjaśnioną zagadką - jego zachowanie. A tamten jednorazowy incydent z narkotykiem... Niepotrzebnie Diana się wtrącała. Sam dałbym sobie radę. Tez mnie zadziwia fakt, jakim cudem ta bezsilna dziewczyna dała radę wywarzyć drzwi? Może aż tak słaba nie jest? Kogo ty oszukujesz, oczywiście, że jest! Ale pomimo że go tu po części chwalę, był bezuczuciowym dupkiem przez większość czasu. Po jego śmierci, mógłbym mieć wszystko to, co on ma teraz pod warunkiem, że będę robił jak mi zagra. Cóż, raczej to już nie jest ważna umowa. Teraz nasze stosunki nie będą należały do tych miłych. Już odkąd skończyłem siedemnaście lat i zabiłem jego dłużnika, nasze relacje się pogorszyły. Ale tak jak mówię, były momenty i te dobre.
Niestety moje dalsze myśli przerywa głośny wrzask Diany. A tak fajnie było sobie powspominać te lepsze i gorsze momenty.
Wychodzę z auta w celu nawrzeszczenia na nią, ale gdy widzę to, co mam przed oczami, nie dość, że włosy stają mi dęba, to czuję też dziwny paraliż i ukłucie gdzieś tam w żołądku. A dopiero co mówiłem, że sama sobie nie da rady!
Przede mną są wielkie płomienie ognia. Co jakiś czas mogę dostrzec wymachujące w górze ręce. Bo ja nie wiem gdzie ona jest...
- ...agam! Pomóż mi! - szczerze? Nie wiem co robić. Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji, w której muszę komuś ocalić życie. Nie muszę jej ratować, ale mam do niej jakiś sentyment, który nie pozwala mi jej zostawić nawet jak coś ma mi się stać.
-  Spokojnie! Wszystko jest pod kontrolą! Zaraz cię stamtąd wydostanę! - mentalnie daje sobie w twarz. Przecież to najbardziej idiotyczne zdania jakie człowiek może wypowiedzieć w takiej sytuacji! Brawo, Styles, jesteś geniuszem. Geniuszem idiotów.
- Kpisz sobie ze mnie?! Uratuj mnie do cholery! - moje oczy robią się jak pięciozłotówki. Już wcześniej to zauważyłem, ale teraz to sobie uświadamiam - Diana pod wpływem emocji jest odważna i szczera. Może jest jakiś cień szansy, żeby ją naprawić?
Z bagażnika wyciągam średnią gaśnicę samochodową, odblokowuję ją i kierując w stronę ognia, odpalam ją. Są nikłe szanse, żeby pożar ustał, ale zawsze coś, prawda?
- Słuchaj mnie teraz uważnie! - zaczynam pospiesznie czując jak gaśnica staje się coraz to lżejsza - Musisz szybko przeskoczyć fragment ognia, który próbuję gasić, rozu...
- Nie ma mowy! Nie zrobię tego! - przestaję używać gaśnicy, gdy dostrzegam jak brunetka oddala się od ognia, odwraca się do mnie plecami i biegnie w drugą stronę. Momentalnie zalewa mnie krew i złość. Cofam się do tyłu. Gdy moje plecy dotykają samochodu, biorę rozpęd i skaczę jak najwyżej tym samym znajdując się na drugiej stronie tunelu. Nie ma zbytnio czasu, więc biegnę przed siebie. Jak na kogoś takiego, szybko biega, chociaż nie takie osoby już goniłem. Były gorsze. Zdarzało się, że byłem zmuszony biegać za uciekinierami nawet dwie godziny, ale nie mam im tego za złe. Teraz moja kondycja jest bardzo dobra, więc złapanie Diany zajmuje mi dosłownie kilka sekund. Chwytam ją mocno w pasie i obracam do siebie. Gdy zauważam jej zapłakane i wystraszone oczy, złość od razu mnie opuszcza.
- Pomyliłaś kierunki, skarbie. - unoszę ją do góry i zarzucam na swoje barki tak, że nogami zwisa z przodu mojego brzucha, a jej głowa wraz z rękami opierają się o moje plecy i dalej kontynuuje - Teraz się mnie trzymaj jak najmocniej, bo będziemy skakać. - oczywiście, gdy orientuje się, że będziemy skakać przez ogień, ponownie wpada w panikę. Już zamierzam iść, gdy...
- Tam są! Brać ich! - słyszę głosy za mną. Nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że są to ochroniarze mojego szefa. A może mam mówić, że byłego szefa? Wątpię, żeby po takim czymś znowu z nim normalnie współpracować. Biorę głęboki wdech i wydech i ruszam w stronę samochodu. Nie zastanawiając się po raz enty nad tym co robię, rzucam brunetkę na drugą stronę, a sam zatrzymuję się tuż przed skokiem. Odwracam się na pięcie i czekam, aż Olivier, Ivan i Peter przybliżą się do mnie.
Pierwszy wystartował Peter, który nie przemyślał chyba swojego ruchu. Wystarczyło, abym posunął się w lewo, a już jeden z nich pali się w ogniu koszmarnie błagając o pomoc, której z mojej strony nie dostanie. Drugi chwyta mnie mocno za kark. Gdy widzę, że i Ivan zamierza dołączyć do naszej zabawy, unoszę jedna ugiętą nogę do góry i wyprostowuję ją trafiając w krocze napastnika. Upada na kolana trzymając się za obolałe miejsce. Gwałtownie spycham Oliviera na ścianę za nami, dzięki czemu uścisk na karku nieco się rozluźnił. Łokciami staram się trafiać w jego żebra. Za chwilę zaś podkładam mu nogę i wywracam na podłogę. Kopię go parę razy w brzuch zanim nie zostaje od niego odciągnięty. Chwytam którąś rękę Ivana i wykręcam do tyłu. Oprócz jego jęków bólu mogę usłyszeć także chrup w jego ręce. Usatysfakcjonowany rzucam nim na ziemię. Niestety nie dane mi jest podziwiać ten widok. Coś bardzo mocno uderza w tył mojej głowy przez chwilę mnie otumaniając. Po chwili czuję jak upadam na podłogę, a Olivier siada na mnie okrakiem i okłada pięściami moją twarz. Z każdym kolejnym ciosem słabnę, ale się nie poddaję. Jakoś udaje mi się złapać go za nadgarstki i przewrócić nas tak, że teraz to ja teraz siedzę na nim.
- Nadal jesteś taki chojrak jak przed chwilą? - mówię obijając jego twarz. Co kolejne uderzenie, wpadam w jakiś trans. Każde następne spotkania moich pięści z jego twarzą sprawiają, że zaczyna lecieć krew nie tylko moja, ale i Oliviera.
Na chwilę przestaję i ciężko oddychając wstaję. Patrzę na jego zmasakrowane ciało. Leży w wielkiej kałuży krwi i jestem pewny, że większość kości jest połamana. Co do jego twarzy, no cóż, za wiele nie muszę mówić. Nie widzę jego oczu, ponieważ są całe przepełnione czerwoną cieczą, widać jak na dłoni, że jego nos jest porządnie wykrzywiony w prawo, a usta... Jest w nich dużo krwi, więc zakładam, że za niedługo się udusi.
Kątem oka dostrzegam jak Ivan usiłuje wstać. To on jeszcze żyje? Niby nie dostał tak jak Olivier, ani nie został spalony w ogniu jak Peter, chociaż żałuję, że nie dane było mi patrzeć jak cierpi. Zanim zdążam zrobić krok w jego stronę, słyszę pisk opon, a już po sekundzie przed moimi oczami ukazuje się mój samochód, a za kierownicą siedzi wręcz zdesperowana Diana. Biedactwo nie ma pojęcia, że właśnie przejechała człowieka robiąc z siebie mordercę. Ale nie powiem, jestem w szoku i to ogromnym. Jest w tobie nadzieja, skarbie...
Z uśmiechem na twarzy pospiesznie wsiadam do pojazdu. Nawet nie zamknąłem prawidłowo drzwi od strony pasażera, a już przejeżdżamy w ogniu, by w końcu wyjechać z tunelu. W tym samym momencie, w którym opuszczamy podziemia, za nami wybucha reszta tunelu. Nie powiem, serce szybciej bije.
- Jestem z cie... - nie dokańczam, ponieważ auto gwałtownie skręca w lewo za duże skały i z taką samą siłą hamuje przez co mogę poczuć jak tył pojazdu unosi się lekko do góry i opada. W normalnych okolicznościach wściekłbym się do granic niemożliwości widząc jak traktuje MÓJ samochód, ale z drugiej strony Diana nawet nie jest teraz niczego świadoma. Wystarczy, że kiwnę palcem, a zrobi to, o co ją poproszę.
Myśli przerywa mi głośny huk zamykanych drzwi. Wkurzona dziewczyna obchodzi samochód, otwiera drzwi z mojej strony i usiłuje mnie wyciągnąć. Gdybym sam się nie podniósł, w ogóle bym się nie ruszył z miejsca. Zanim dociera do mnie co się dzieje, czuję jak policzek zaczyna mnie piec. Po chwili i drugi.
- Czy ty mnie uderzyłaś?! Jak ja ci zaraz oddam to..
- Zamknij się wreszcie! - krzyczy na tyle głośno, że aż usta formuję w wąską linię i czekam na ciąg dalszy - Dosyć! Przez ciebie o mało co nie zginęłam! Rozumiesz to? Raczej nie, bo ty byś jakoś wybrnął, ale ja nie, bo moje życie to jeden wielki pech! Ja wiem, że jestem psychiczna i mam za sobą kilka, a raczej kilkadziesiąt nieudanych prób samobójczych, ale to tylko dlatego, że sram w gacie jak tylko pomyślę o śmierci! A dzisiaj ewidentnie byłam o ty... - wywracam oczami dalej już jej nie słuchając. Chwytam ją za ramiona, przybliżam nasze twarze tak, że dzielą nas milimetry i wręcz wpycham swój język do jej ust. Muszą być jakieś sposoby, żeby była cicho, nie?
Podczas tej 'namiętnej' wymiany śliny, odwracam nas tak, aby Diana była tyłem do drzwi. Gdy mam pewność, że znowu będzie tą cichą i zawstydzoną dziewczyną jaką znam, wpycham ją na miejsce pasażera obok kierowcy. Nie zwracam najmniejszej uwagi na to, czy gdzieś się uderzy czy nie. Wsiadam na miejsce kierowcy, odpalam silnik i ruszam jak najdalej stąd. Teraz trzeba skupić się na tym pościgu, który się zaczął...
*** Diana ***
- J-jaa... J...
- Nic nie mów. Siedź cicho. Możesz jedynie oddychać i mrugać oczami, nic więcej. - jego surowy głos przyprawia mnie o dreszcze. Nawet zielonego pojęcia nie mam, czemu chcę się tłumaczyć i to jeszcze przed nim. Nawet przed sobą nie potrafię się wytłumaczyć z mojego zachowania. Kompletnie nie wiem, co mną jeszcze chwilę temu kierowało. Byłam - i nadal jestem - zła za to, że tak perfidnie wepchnął mnie w ogień! Poza tym, nie rozumiem po co było to wszystko! Żebym spaliła się żywcem, a on miałby z tego wielką satysfakcję? Mógł jechać dalej, a nie wymyślać pod pretekstem, że 'nie wolno zostawiać po sobie śladów'. Jakich śladów? I tak wyszłoby na to samo z czy bez próby zniszczenia tunelu. Będę miała koszmary i to wielkie. Jaki człowiek chciałby na własne oczy zobaczyć śmierć trzech osób z czego jeden pali się żywcem? Za dużo emocji i wrażeń jak na tak krótki czas..
Przez ten cały natłok myśli i wydarzeń, które mają co chwila miejsce, nawet nie wiem która dzisiaj godzina, który dzień, miesiąc. Nie wiem, gdzie jedziemy. Niby mówił wcześniej, że do motelu czy hotelu czy czegoś tam innego, ale teraz, gdy ktoś usiłuje nas schwytać, wszystkie dotychczasowe plany ulegają zmianie, ale czy na lepsze? Tak wiele pytań, zero odpowiedzi i pewności, że są poprawne. To się dzieje za szybko, zdecydowanie za szybko.
Biję się z samą sobą, żeby coś powiedzieć. Żeby przynajmniej znać dzisiejszą datę, ale jak zacząć? Kazał mi tylko oddychać i mrugać. Gdyby tylko mnie nie pocałował to... Aż wciągam gwałtownie powietrze do płuc na myśl, że on to zrobił po raz kolejny. Ale, za bardzo tego momentu nie mogę sobie przypomnieć. Chyba byłam zbyt przejęta tą sytuacją, że nie docierało do mnie nic innego. Gdyby mnie gwa... Nie! Nawet tak nie myśl! Przecież tego chcesz... Nie, ja tego nie chcę. To tylko moja wyobraźnia chce mnie sprowokować. Tym razem postaram się nie poddać. Jednak z drugiej strony, mogę sobie wyobrazić ten pocałunek. Odkąd mnie pierwszy raz pocałował u niego w piwnicy w celu zaspokojenia mnie, że nie przechowuje żadnych martwych ciał, jakoś nie mogę przestać myśleć o jego ustach. Jakaś część mnie chce być wiecznie całowana przez niego, natomiast druga ja broni się jak może, żeby do kolejnego razu nie doszło. Doprawdy, nie wiem czemu tak się ze mną dzieje. Akurat bycie w związku z mordercą i gwałcicielem to chyba ostatnia rzecz na mojej czarnej liście, której tak naprawdę nie ma i nie będzie.
Boże, o czym ja myślę?! O związku z tym psychopatą? Raczej podziękuję, wolę być starą panną z kotami, chociaż zakładam, że i koty ode mnie uciekną. Zostanę tylko ja wraz z moją wyobraźnią. Albo lepiej będzie, gdy w końcu się przełamię i odbiorę sobie moje nic nieznaczące życie.
- H-H-Ha...Har...
- Dla ciebie pan Harold, smarkulo. - aż spoglądam na jego twarz. Wcześniej jakoś mu to nie przeszkadzało, o ile zwracałam się do niego po imieniu.
- Co ddzisiajj jest za dzi...
- Piętnasty grudzień. - ledwo co kończę pytanie, a on wie, co odpowiedzieć. Może nie jest człowiekiem, a robotem? Półczłowiekiem , a pół maszyną? Zaraz moje teorie będą nie z tego świata, jeżeli nie przestanę.
Stop! Czy on powiedział grudzień? I do tego piętnasty? Czyli że półtora miesiąca trwa ta cała szopka? Od półtora miesiąca nie mam już nikogo? Ani mamy, ani taty, nawet o Niallu nie zapomniałam, chociaż nie mam z nim kontaktu. Wiecznie się zastanawiam co u niego słychać, czy mnie jeszcze pamięta, czy się martwi o mnie, że nie daję żadnych oznak życia. Tak bardzo chciałabym tylko usłyszeć przez moment jego cudowny, melodyjny głos. Ugh, nie wiem czemu robię sobie nadzieję, że go kiedykolwiek jeszcze zobaczę. Kto wie, co przyniosą kolejne dni?
W ostatnim momencie się powstrzymuję od podskoczenia na siedzeniu, gdy uświadamiam sobie, że za dziewięć dni są święta! Pamiętam jak pierwsze płatki śniegu zaczęły sypać w Holmes Chapel, ale to było tam, w Wielkiej Brytanii. Teraz jestem w Stanach Zjednoczonych, w Los Angeles, gdzie śnieg to rzadkość. I jak ja je spędzę? W hotelu? Albo jeszcze lepiej - w samochodzie i to z nim? Święta powinno spędzać się w ciepłym domku z rodziną przy choince, a nie w samochodzie z gwałcicielem-mordercą na którego jestem zdana. Może się okazać, że akurat w wigilię  stanie się jakiś cud i będę wolna, bądź stanie się coś złego, ale co, wolę nie myśleć. Lepiej żyć w nieświadomości.
- Słuchaj uważnie, plan jest teraz taki. - przerywa ciszę w aucie przez sekundę spoglądając na mnie i kontynuuje - Chyba zdążyłaś już zauważyć, że szef nie daje za wygraną, prawda? Musimy być teraz ostrożni, nie wiadomo gdzie obecnie się znajduje. Za wszelką cenę będzie próbował cię zdobyć, więc będzie zdolny zrobić wszystko. Niestety jest taki jeden, malutki problem, ale trzeba działać najszybciej, bo inaczej przegramy, rozumiesz? Przegramy tą wojnę, a wiem, że ani ja nie chcę tego i ani ty. - na słowa, że jest jakiś problem, sztywnieję. O co chodzi? Odda mnie jego szefowi, żeby przeżył i miał spokój już na zawsze, podczas gdy ja będę torturowana? Chyba nie chcę wiedzieć, co ma mi do powiedzenia.
- Co, co to z..
- Otóż, nie wiadomo jak szef wygląda. - mrugam kilkakrotnie oczami. Czy ja dobrze usłyszałam, czy też ze słuchem coś mi się dzieje? jak to nie wiadomo jak wygląda? Przecież go widziałam! Nie potrafię wymazać z pamięci jego okrutnej twarzy, więc jestem pewna, że go rozpoznam w tłumie.
- Al.-le prze..
- Źle mnie zrozumiałaś. - przerywa mi po raz drugi - On wcale taki głupi nie jest. Może wydawać się to niedorzeczne, ale nie wiadomo też jak się nazywa. Może i spędziłem z nim kilka lat, ale nie wiele mówił o sobie. Zazwyczaj każdy mówił do niego po prostu 'szefie' i na tym się kończyło. Co jeszcze, co je.. A, tak.. Ma dwa charaktery - czasami jest dobry dla mnie, ale dla swojej rodziny potrafi zabić nawet i mnie. Zły staje się, gdy nie ma jego żony i dzieci przy nim, wtedy wyżywa się na innych. Żeby policja go nie rozpoznała, zawsze, gdy przychodzi co do czego, zakłada jakąś specjalną maskę dzięki której nie widać jego prawdziwej twarzy. Potrafi się nieźle kamuflować.
- Jjak to? Czyli, że...?
- Czyli, że to. Nie mamy na to wpływu. Jedyne co możemy robić to uważać i nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Dlatego też pierwsze co zrobimy to zmienimy swój wygląd przynajmniej w minimalny sposób.
- Więc, jedziemy ddo sklepu?
- Jeżeli jakiś się trafi po drodze, w co wątpię. Musimy także wyrzucić swoje telefony, żeby jego ludzie nas nie wychwycili. - na tym kończy się nasza rozmowa. Odwracam głowę w stronę okna i obserwuję mijające drzewa i krzaki. Gdzieniegdzie można zauważyć duże skały.
Nie wiem ile mija czasu odkąd jedziemy tym lasem. Niby widzę różne gatunki drzew i krzaków, a wyglądają prawie identycznie. Jedne są iglaste, drugie liściaste, niektóre są szerokie i wysokie, inne chude i niskie. Jedyne czego mogę być pewna to to, że mam potrzebę pójścia w krzaki. Boje się spytać, czy mógłby zatrzymać auto na chwilę. Jest tutaj haczyk. Może odjechać, gdy ja będę załatwiała swoją potrzebę i zostawi mnie tutaj samą. Dziwię się, że jeszcze mnie nie wyrzucił na zbity pysk.
- Jeżeli chcesz się załatwić, to się zatrzymam. Ja za ten czas wyszukam na GPS jakiś najbliższy sklep i hotel. Korzystaj z mojej ulgi póki możesz. Gdy wszystko się unormuje, wszystko wróci do normy. Jak na razie ma zbyt dużo do obmyślania, więc nie mam czasu się z tobą droczyć i cię męczyć. - mówiąc to skręca w prawo w jakąś małą dróżkę, a po chwili się zatrzymuje. No nic, jak odjedzie to zjedzą mnie dziki. Będę miała pewność, że komuś się przydałam, chociażby do jedzenia.
Wychodzimy z auta równocześnie i zamykamy za sobą drzwi w tym samym czasie.
- Raczej nikogo tu nie ma. Możesz iść. - dla pewności i ja rozglądam się po okolicy. To, że jest dla mnie miły 'jak na razie' nie zmienia faktu, że mu ufam. Dla mnie i tak to wszystko było ustalone wcześniej. Oni chcą się mną zabawić, a później pójdę w szpony tego bydlaka. Przecież nikomu na mnie nie zależy, więc czemu mam się łudzić, że od tak nagle Harry stanie się moim najlepszym kumplem, a w przyszłości pomimo wzlotów i upadków będziemy szczęśliwym małżeństwem, a naszym dzieciom i wnukom będziemy opowiadać co przeszliśmy za młodu. Piękne marzenia, Diana!
Przez moją chwilową zadumę zdążam się załatwić. Gdy kończę zapinać rozporek, czuję jak czyjeś ręce szybko oplatają mnie wokół talii i ciągną do tyłu. Przerażona zaczynam się szarpać, usiłuję też kopnąć napastnika w cokolwiek, ale nie umiem wycelować. Po chwili, gdy orientuję się, że to nic nie daje, najgłośniej jak potrafię, krzyczę. Wołam o pomoc Harry'ego. Już nawet sam fakt, że wypowiedzenie jego imienia mnie przeraża, tak teraz 'Harry' ulatuje z moich ust bardzo gładko. Niestety moja druga próba także okazuje się być nieskuteczna. Nieznajomy zatyka mi usta swoją dużą dłonią. Mogę wyczuć, że na jednym z palców ma pierścień. Czemu ja zwracam uwagę na takie coś, podczas gdy ktoś usiłuje mnie porwać? Zgwałcić? Zabić? Zgwałcić i zabić?
- Ciii, spokojnie. Jesteś bezpieczna, to tylko ja. - ohh.....


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaką miałam radość, gdy czytałam wasze komentarze nie tylko pod poprzednim rozdziałem, ale i na całym blogu! Normalnie aż chciało mi się pisać i pisać i pisać i tak bez końca! Ale niestety uznałam, że na czymś trzeba skończyć no i tak jakoś wypadło na tym momencie. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie za tą końcówkę. :D
Zanim przejdę do omawiania postu, chciałam wam powiedzieć, że przeglądałam i czytałam niektóre fragmenty tego bloga od początku i aż się załamywałam, gdy widziałam jak pisałam wcześniej, a jak piszę teraz. Oczywiście wiem, że moje pisanie nie należy do perfekcji, bo są lepsi niż ja, ale tak czy owak ja jestem z siebie dumna, bo widzę, że się poprawiłam i nadal poprawiam. Płakać mi się chciało jak widziałam długość tych rozdziałów. Na Harry'ego! Dlaczego ja was tak wtedy karałam?! Muszę to nadrobić kolejnymi rozdziałami i starać się pisać je dłuższe. Zastanawiałam się też, czy nie zrobić jakiegoś 'remontu' na tym blogu. Głównie chodzi mi o poprawianie tych pierwszych rozdziałów, ale nie jestem co do tego pewna, bo gdybym je zmieniła, to - według mnie - to opowiadanie nie byłoby już takie inne. No bo chyba się ze mną zgodzicie, że widać moje postępy w pisaniu? :D
Co sądzicie o całej tej akcji, która teraz się dzieje? Jak na Harry'ego, dużo powiedział Dianie, nie uważacie? Co sądzicie o jego szefie? Próbowałam jakoś go sprostować, bo w rozdziale 19, albo 17 wspominałam o nim i chciałam jakoś wam nie mieszać pisząc coś zupełnie innego niż było wcześniej i mam nadzieję, że mi jakoś wyszło.. A jak myślicie, kto tam napada biedną Dianę?
Dziękuję wszystkim tym, którzy mnie cały czas wpierają! ❤
Oraz dziękuję i podziwiam tych, co przebrnęli przez notatkę ode mnie :D
Theme by violette