sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział 26

- Ciii, spokojnie. Jesteś bezpieczna, to tylko ja. - ohh.....
Nie wiem jak mam się zachować. Czy być spokojna czy dalej panikować, chociaż z jednej strony nie mam ku temu powodu, natomiast z drugiej.. Kto chciałby być dotykany przez swojego porywacza w lesie, gdzie nie ma żadnej żywej duszy prócz nas?
- Nie bój się. Przed nami jeszcze pięć godzin jazdy, a ja tak dawno nie byłem w bliższej relacji z kobietą.. - szepcze mi prosto do ucha błądząc swoimi łapskami po moim brzuchu, lekko nami kołysząc i kontynuuje - Jakoś tak teraz wzięła mnie ochota na seks, wiesz? Sama myśl, że jesteśmy tutaj kompletnie sami, w gęstym i ciemnym lesie, gdzie nikt nas nie usłyszy i nie zobaczy, wręcz mnie podnieca. - cała się spinam, gdy jego ręka schodzi coraz niżej. Nie ma wystarczająco dużo sił, aby mu się wyrwać, ale zawsze mogę go ugryźć. Jego druga dłoń znajduje się tuz przy mojej szyi, która lekko mnie dusi. Jednak to nie zatrzymuje mnie, żeby tego nie wykorzystać. Tak jak wspominałam wcześniej, otwieram usta i bez namysłu mocno wgryzam się w jego dłoń. Gdy w końcu mogę normalnie oddychać, podejmuję kolejna próbuję wyszarpnięcia się z jego objęć i uciekam w głąb lasu. Wiem, to głupie uciekać w las przed zboczeńcem i psychopatą, ale nie zdążyłabym go wyminąć znając swoje zdolności do biegania.
Co chwilą muszę robić duże podskoki podczas biegu, żebym nie wywróciła się na gałęzie bądź do głębokiej dziury, gdzie spędziłabym resztę swojego nędznego życia. Na ułamek sekundy odwracam się, by sprawdzić, czy brunet biegnie za mną. Jak się okazuje, po nim nie ma nawet śladu. Od razu staję w miejscu i rozglądam się we wszystkie strony. Czuję się jakbym grała teraz w horrorze - wszędzie za cicho, za spokojnie, zero odgłosów ptaków bądź świerszczy, ale jest cienka nić uczucia, które mówi mi, że jestem przez kogoś obserwowana.
- Dobrze, tylko spokojnie. - zaczynam szeptać do siebie pod nosem jednocześnie robiąc małe, powolne kroki do przodu - To tylko twoja wyobraźnia. Przecież od zawsze miałaś z nią problemy. Uspokój się. Tak naprawdę nikogo tu nie ma poza tobą i szelestem liści drzew i czyimiś krokami za mną! - drugą część zdania wręcz krzyczę i nie sprawdzając czy to prawda, znowu zaczynam biec przed siebie jak najszybciej potrafię. Naoglądałam się zbyt dużo filmów akcji, gdzie przeważnie wszystko działo się w lesie. Pamiętam też jak starsi uczniowie ze szkoły dokuczali mi, że pewnego dnia także znajdę się w lesie, a wtedy...
- Hej, Pain! - słyszę za sobą głos Emanuela - lidera drużyny piłkarskiej i reprezentanta naszej szkoły.
- Odczep się ode mnie! - krzyczę przyspieszając kroku, lecz nie dane jest mi wyjść ze szkoły, gdyż blondyn mocno łapie mnie za nadgarstek pełen świeżych blizn.
- Milej, co? - syczy mi w twarz. Wolną ręką wyjmuje swój telefon z kieszeni spodni, coś w nim grzebie i po chwili odwraca ekranem w moja stronę - Przepowiem ci teraz przyszłość. Na tym wideo jest pokazane, w jakiej sytuacji się kiedyś znajdziesz. - dopiero po paru sekundach dociera do mnie treść tego filmiku. Dziewczyna ucieka w głąb lasu przed zamaskowanym mężczyzną, ale na jej pecha, potyka się o coś i upada. Niestety nie zdąża się podnieść i biec dalej, ponieważ facet ją dopada i bez żadnych ceregieli usiłuje zgwałcić. Biedna dziewczyna..
- Zatkało cię, co? - czuję jak wzbierają się łzy w moich oczach, ale nie chcę pokazywać mu, że mnie tym złamał. Wyswobodziłam swoja rękę z jego uścisku i wybiegam ze szkoły. On mnie nie złamał. On mnie po raz kolejny zniszczył od środka.
Kiedy wspomnienie dobiega końca, potykam się o coś i upadam. Nawet nie czuję bólu. Odwracam się na plecy i tępo patrzę na drzewa. To już koniec. Nie obchodzi mnie już, kto mnie ściga, czy w ogóle ktoś mnie ściga. Oddaje się dobrowolnie nawet mojemu porywaczowi! Moja przyszłość została wypowiedziana na głos, niech się dzieje co chce!
- No, tutaj jesteś. Nie ładnie to tak uciekać przed samą grą wstępną, aczkolwiek jeżeli chcesz się pobawić w kotka i myszkę, toooo... Co ci jest? - nie reaguję na niego i jego słowa ani na dotyk ani na nic. Jeszcze w życiu nie byłam tak obojętna i bezwładna jak teraz. Może to jest ten czas, w którym wszystko do mnie dociera i uznaje, że opieranie się i próby walki są marne? Wolę się poddać i być słabeuszem, niżeli zaś walczyć i przechodzić jeszcze gorsze rzeczy.
- Może lepiej jakbym nie istniała? - zaczynam mówić sama do siebie - Może wtedy nikt nie marnowałby na mnie pieniędzy, czasu i toksycznej miłości?
- Najadłaś się grzybków halucynków, że tak gadasz czy co? - śmieje się ze mnie. Chwyta mnie lekko, ale stanowczo za nadgarstki i dźwiga do góry. Moje ciało to jeden wielki wrak, nie potrafię sama ustać w miejscu. Może faktycznie coś przez przypadek powąchałam nie będąc zupełnie świadoma?
- Zakop mnie gdzieś, o tutaj. Żywcem. Tak, żeby nikt nigdy nie znalazł moich zwłok.
- Co ty pieprzysz kobieto? Chodź do samochodu. Jak nic musisz odpocząć, zbyt dużo wrażeń masz odkąd mnie poznałaś.
- Ja cię nawet nie chciałam poznawać... - mamroczę na wpół przytomnym wzrokiem.
- Oj, gdybyś znała prawdę.. - mówi bardziej do siebie niż do mnie, ale go słyszę i rozumiem.
- Jaką prawdę-ę?
- Poznasz ją pewnego dnia, skarbie. - co się ze mną dzieje? Co on mi dał, że tak okropnie się czuję?
Usadawia mnie w aucie na miejscu pasażera, tuż obok kierowcy, zapina pas, zamyka głośno drzwi, a po chwili zajmuje miejsce przed kierownicą i ruszamy.. Gdzieś tam. Powieki same mi się zamykają, więc nie czuję potrzeby walczenia z nimi. I tak bym przegrała. Jak zwykle.
- Ciekawe czy kiedyś się jeszcze spotkamy, co? - pyta mała brunetka patrząc na zachodzące słońce za morzem.
- Na pewno! - odpowiada entuzjastycznie jej towarzysz i z wielkim uśmiechem szczęścia mówi dalej - Skoro trzy lata temu się poznaliśmy, po dwóch latach się znowu spotkaliśmy, a teraz po raz trzeci się widzimy, to to musi coś znaczyć! Nawet masz mój naszyjnik, który ci dałem ostatnio! Ładnie na tobie leży, wiesz? - policzki dziewczynki stają się czerwone z każdą kolejną sekundą na ten komplement.
- Dziękuję, przypomina mi o tobie. A wiesz, że ja tym razem mam coś dla ciebie, co będziesz mógł mieć cały czas? - chwali się dumnie dziewczynka.
- Serio? Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?
- Nie wiedziałam! - chichocze - Teraz wpadłam na pomysł, że mogę ci dać moją bransoletkę, którą dostałam od taty.
- Ale.. To twój prezent, skoro masz to po swoim tatusiu.-..
- Chcę, żebyś coś po mnie miał. - ze swojej drobnej rączki zsuwa brązową bransoletkę i zakłada na nadgarstek chłopczyka, który okręca swój prezent i patrzy jak zahipnotyzowany.
- Dziękuję. Nigdy jej nie zdejmę. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy....
Już nie śpię, ale nie chcę też otwierać oczu. Czuję się już lepiej, chociaż nadal czuję to coś. Nigdy nie umiałam tego uczucia określić. Zazwyczaj tak mam, jak dostaję szoku, a taki szok mam z wyniku zbyt szybkiego myślenia, jeżeli to myśleniem mogę nazwać. Inaczej mówiąc - za dużo sobie wmawiam i uważam, że to prawda, a w rzeczywistości tak nie jest. Cóż, jak się jest psychiczną osobą to tak już się ma. Byłoby łatwiej, gdybym wiedziała jak się wyleczyć, o ile się da.
Po paru minutach moje ciało drętwieje ze względu, że przez cały czas siedzę w jednej pozycji. Staram się zmienić pozycję tak aby wyglądało, że poprawiam się przez sen i chyba mi to wychodzi.
- Wiem, że nie śpisz od ponad piętnastu minut. - albo i nie? - Twój oddech stał się szybszy, po tym wnioskuję. Za niecałą godzinę będziemy w najbliższym motelu. Tam pozbędziemy się połowy swoich rzeczy, które mamy ze sobą.
- Za dziewięć dni są święta. - nie wiem czemu to wypowiadam. Nie sadzę, aby był z tego powodu jakoś zadowolony, ale chcę widzieć jego reakcję na ten fakt i od razu tego żałuję. Auto gwałtownie hamuje. Można nawet poczuć jak tył pojazdu lekko unosi się do góry i opada na asfalt.
- Czy ty siebie słyszysz?! - wydziera się i w tym momencie otwieram szeroko oczy ze strachu - Przejmujesz się durnymi świętami zamiast tym, że ktoś chce cię za wszelką cenę zdobyć tylko po to, aby cię za dnia traktować jak służącą z wyzywającym strojem, a w nocy, żebyś była na jego polecenia?! Co z tobą... - milknie. Widzę, jak się uspokaja, a jego oddech staje się równomierny - Albo wiesz co? Nie, zrobimy inaczej. Skoro tak bardzo zależy ci na świętach niż na własnym życiu i przy okazji moim, bo specjalnie dla ciebie narażam się na niebezpieczeństwo, wyjdź.
- C-co? - czy jednak moje wcześniejsze teorie pozostawienia mnie samej na pastwie losu się spełnią?
- To co słyszysz. - nachyla się nade mną, otwiera drzwi z mojej strony i siłą mnie wypycha. Cisze przerywa trzask zamykanych drzwi. Nawet słyszę jak zamyka się od środka, abym nie weszła. Zanim odjeżdża, opuszcza jeszcze szybę i dodaje - Pamiętaj. Idź cały czas prosto. Autem jest pięćdziesiąt minut drogi, ale tobie nie wiem ile zajmie. Do zobaczenia, skarbie. - puszcza mi oczko i z piskiem opon odjeżdża zostawiając mnie samą w lesie.
- Frajer! - krzyczę za oddalającym się samochodem, który po chwili znika mi z widoku. I co teraz? Jestem bezradna, bezsilna, nie wiem co mam robić. Zostawił mnie! Tak perfidnie mnie wyrzucił i się jeszcze nie zawahał! A mówił, że bezpiecznie wrócę do Holmes Chapel! Taa, nadzieja matką głupich..
Na chwilę obecną stoję jak ten słup na poboczu pośród głuchej ciszy, która mnie przeraża coraz bardziej. Nie wiem czy mam iść, czy zostać i czekać na jakieś zbawienie, albo że jednak zmieni zdanie i po mnie wróci? Przecież obiecywał, tak? Obiecanki cacanki. Ugh! Zanim mnie opuścił, mówił, że żeby trafić do motelu, trzeba iść cały czas prosto. Chyba innego wyboru nie mam niż spiąć tyłek i iść.
***
Już nie wiem co mam robić. Nie wiem czy idę w dobrym kierunku. Tak jak zawsze lubiłam chodzić na długie, samotne spacery, tak teraz nie mam sił i czołgam się na asfalcie. Wokoło mnie jest piasek, piasek i jeszcze raz piasek! Przebyłam z piętnaście minut w lesie, bo liczyłam czas, ale odkąd jestem na tych piaszczystych terenach, tak straciłam poczucie czasu, że nie wiem ile mam lat. Może już mi stuknęła trzydziestka? Do tego zamazuje mi się obraz, mam suchość w gardle, jestem cała spocona.
Zaprzestaję swoich ruchów i opadam plecami centralnie na środek drogi. Zamykam oczy i czekam, ale na co? Na zbawienie, którego nie dostanę? W sumie, będąc szczerą przed samą sobą, jestem obojętna na wszystko. Nie mogę pozbyć się tej obojętności odkąd Harry gonił mnie w lesie. Jeżeli coś mnie zabije - trafię do świata podziemnego i umarłych, gdzie Hades nie da mi spokoju. Albo stanie się jakiś cud i pozwoli mi chodzić nieznanymi ścieżkami? Może zobaczę mamę? I tatę? Matka nie była taka święta, chociaż na anioła wyglądała. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego nie mogę być tak samo piękna jak ona przynajmniej w jednym małym procencie. Pomimo że dla mnie liczy się bardziej wnętrze, to trochę urody by mi nie zaszkodziło, nie?
Ojciec.. Ojciec miał swoje lewe interesy, co Boga podziemi pewnie by kusiło, aby mieć go w swojej kolekcji umarłych. Dzięki zatrudnianiu ludzi na czarno, stawał się bogatszy, gdyż nie musiał płacić bankowi a kolejnego pracownika.
*** Harry ***
Czy mi jej szkoda? Niezbyt. Czy żałuję swojego zachowania? Nie za bardzo. Czy da sobie sama radę? Musiałby stać się cud! Wymięknie po godzinie, jeżeli w ogóle ruszy się z miejsca. Znając ją, nie wiem co ze sobą zrobić w danej chwili i tylko czeka na jakieś zbawienie, które nie dostanie ani ode mnie ani od nikogo innego.
Kiedy na horyzoncie ukazuje mi się mały motel złączony ze stacją paliw, uśmiecham się kpiąco na samą myśl, że ja jestem już na miejscu, a biedna Dianka musi iść piechotą samotnie przez las. Taaak mi przykro...
Samochód parkuję na tyłach budynku tak, aby w razie jakby ktoś przyjechał tutaj nieodpowiedni, móc szybko i sprawnie stąd odjechać. Wysiadam z auta przy okazji biorąc walizki. Zamykam pojazd i ruszam w stronę drzwi. Przekraczając próg motelu, do moich nozdrzy uderza nieprzyjemny zapach narkotyków. Czuję jak wszystkie moje wnętrzności skręcają się w środku. Nie minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz brałem, ale co mam na to poradzić? Potrzebuję celu w życiu, aby powstrzymać się od tego nałogu. Gdybym chciał, również mogę nie brać, ale ten moment, kiedy jesteś na haju jest nie do opisania. Fakt, ostatnio było inaczej, ale to tylko dlatego, że nie brałem narkotyku z kilka miesięcy? Nie wiem jakim cudem tyle wytrzymałem. A, no i jeszcze mogę dołożyć do tego impuls, który mnie kusił.
Z drugiej strony wystrój też nie jest za ciekawy. Na cały, mały hol jest niewielka lada po lewej stronie z napisem 'Recepcja', a po prawej stronie tuz przy oknie znajdują się dwa brązowe, skórzane fotele, które nie są zadbane i mały, porysowany, szklany stolik. Ciekawie się zapowiada..
Powstrzymując się od sięgnięcia do mojej torby w poszukaniu dawki, poschodzę do lady. Odczekuję kilka minut, a gdy nikt nie raczy przyjść, naciskam na dzwonek, który leży na ladzie. Wydaje z siebie wysoki dźwięk jak na takie przedmioty i dalej czekam. Ponawiam czynność, ale bez skutku. Tym razem co kilka sekund naciskam na dzwonek z głupawym uśmiechem. Taa, to mi się nigdy nie znudzi.
- Ekhm. - moją zabawę przerywa męski głos. Zaprzestaję i spoglądam na danego osobnika. Facet o ciemnej skórze, niby napakowany, a tak naprawdę to kupa tłuszczu. Związał sobie ten tłuszcz tu i ówdzie, żeby nie wyszedł na kozła ofiarnego - W czym mogę pomóc?
- Chciałbym zameldować siebie i partnerkę. Niestety ukochanej nie ma, ponieważ chciała rozprostować nogi po długiej jeździe, więc nie wiem kiedy się zjawi. Do wieczora powinna być. - jeżeli ktoś jej nie porwie, nie zgwałci bądź nie zabije, dopowiadam z myślach.
- Dooobrze.. Na ile dnia zamierzają państwo zostać? - przyglądam mu się z uwagą. Coś mi w nim nie pasuje, ale jeszcze nie wiem co. Niedługo się dowiem.
- Na chwilę obecną to jest nieokreślone. Przyszłość zadecyduje, ile tu będziemy. - odpowiadam tajemniczo. Niech się nagłówkuje trochę, myślenie nie boli.
- Pokój numer szesnaście. - wyrywam klucze z jego dużej dłoni, biorę walizki i idę schodami w górę. Skręcam w prawo i korytarzem zmierzam do właściwego pokoju. Gdy go odnajduję, przekręcam klucz w zamku i szybko wchodzę do środka zamykając się z wielkim hukiem. Walizki rzucam na bok i bezwładnie opadam na dwuosobowe łóżko.
Z kieszeni spodni wyciągam telefon, wybieram numer do Willa i przykładam urządzenie do ucha. Po pięciu sygnałach odbiera.
- Har...
- Nie ma czasu na pogaduchy. Musisz mi pomóc i to bardzo. Nie ma za wiele czasu, rozumiesz? - jako odpowiedź uzyskuję jego cichy śmiech. No masz się z czego śmiać, rzeczywiście.
- Stary, przecież ja zawsze ci pomagam! Kogo mam tym razem namierzyć?
- Nie tym razem, Will. Znajdź mi jakieś miejsce do ukrycia się. Najlepiej gdzieś, gdzie nie ma dużo ludzi.
- To nie wybierasz się do Holmes Chapel? - z jego głosie wyraźnie słychać zdziwienie i radość. No tak, rzadko się widujemy. Dla niego to mógłbym wcale nigdzie nie wyjeżdżać, byleby miał towarzystwo do picia i zaliczania panienek.
- Powiedzmy, że to skomplikowane, okej?
- Po prostu przyznaj się, że chodzi o Dianę.
- Nie, to n..
- Co mi ostatnio mówiłeś jak zamierzałeś ją ocalić?
- Za dużo o mnie wiesz. - stwierdzam nie dodając do tego odpowiedzi, ponieważ obydwoje wiemy jaka ona jest, więc nie widzę sensu, aby mówić to na głos po raz drugi. Tym bardziej, że ledwo co te słowa przeszłyby przez moje gardło. Wolę uniknąć upokorzenia przed samym sobą.
- I vice versa. - panuje chwila ciszy. Zapewne czeka aż ja coś powiem, ale gdy dochodzi do wniosku, że nie zamierzam nic mówić, kontynuuje - Właśnie szukam, szukam i.. O, mam! Mała posiadłość na wzgórzu góry w okolicach Hamburga w Niemczech?
- Tam jestem poszukiwany.
- Wszędzie jesteś poszukiwany. - mamrocze pewnie sam do siebie, ale doskonale go słyszę. Nie komentuję tego, żeby nie czuł się dziwnie, że myślał na głos - Podziemna komnata w stolicy Chorwacji?
- Zbyt duże ryzyko. Tam są jego ludzie. Szybko mnie namierzą. - wypuszcza głośno powietrze z płuc i stuka dalej w klawiaturę sadząc po odgłosach.
- Dobra, to chyba będzie, szlag by to trafił..
- Co jest?
- Lubisz się opalać, nie?
- Do rzeczy.
- Jestem w siedemdziesięciu procentach pewny, że na Baham...
- Zabiłem trzy rodziny, które były na wakacjach, więc mogę powiedzieć, że tam nie będę za mile widziany.
- Czy nie mógłbyś raz odpuścić? - jęczy do słuchawki - Od kiedy tak bardzo przejmujesz się tym, czy ktoś cię złapie czy nie, hm?
- Sprawdź Malediwy.
- Może od razu Atlantyda? - prycha pod nosem, ale po chwili oznajmia - Nikt cię tam nie zna? - nie czekając na moja odpowiedź, mówi dalej - Na kiedy ma być ten lot i skąd?
- Północna Kalifornia, pojutrze. - jeszcze przez chwilę ustalamy godzinę lotu i miejsca w samolocie. Już zamierzam się rozłączyć, ale zatyka mnie, gdy słyszę co mój przyjaciel mówi na sam koniec.
- Jeżeli przedłużasz wyjazd do Holmes Chapel z powodu Diany to przynajmniej spraw, abyście obydwoje byli w końcu szczęśliwi. Za niedługo gwiazdka, przekonaj ja do siebie tak, aby ci zaufała. Powiedz jej prawdę. - i bez żadnego pożegnania się rozłącza. Jeżeli on myśli, że takim gadaniem coś wskóra to się myli i to bardzo. Jednak ani na moment z mojej głowy nie opuszcza mnie to jedno zdanie Powiedz jej prawdę. Jaką prawdę? Nie mam nic do ukrycia! Skoro nie pamięta to trudno, jej problem, nie mój.
Nie wiem w którym momencie moje oczy się zamykają i zapadam w upragniony sen. Powiedz jej prawdę.

- Pomocy! Ratunku! Zostaw mnie! - coraz bardziej staje się zdesperowany, kiedy nie mogę jej znaleźć, a przecież ją słyszę, więc nie muszę być daleko!
- Will, pospiesz się! Ona tu jest! - krzyczę na chłopaka, który próbuje dorównać mi biegu.
- Uspokój się, bo w takim stanie, w którym ty jesteś to jej wcale nie znajdziemy! - szarpie mną dość mocno za rękaw tak, że upadam na trawę - Biegnij za mną, okej? W końcu to moje tereny, więc się nie zgubię i szybko ją namierzymy. - tak jak mówi mój przyjaciel, tak tez robimy. Biegnę za nim trochę nie niecierpliwiąc myśląc, że za wolno się poruszamy. Teraz każda sekunda jest dla mnie ważna. Nie wiem co zrobię, gdy okaże się, że jest za późno.
Po lesie roznosi się pisk Diany i JEGO szyderczy śmiech. Krew w moich żyłach szaleje. Jeżeli on coś jej zrobił...
- Tutaj są! - te dwa słowa sprawiają, że jakaś część mnie się uspokaja. Przeciskam się przez duże krzewy i włosy stają mi dęba. Diana, moja Diana jest przywiązana wokół bioder do pnia drzewa. Ręce jak i nogi ma także związane. Nawet ja nigdy nie miałem takich myśli co do tej dziewczyny. Ten widok jest okropny. Dostrzegam jeszcze, że jest naga, a spomiędzy jej ud spływa krew. Gdy w końcu dochodzi do mnie fakt, co on jej zrobił, rośnie we mnie nieopisany gniew. Dłonie formuję w pięści i już zamierzam ruszyć w jego stronę, aby obić mu mordę, lecz oni znikają. Tak po prostu, bez żadnego śladu. Mrugam kilka razy dla pewności, ale... Nie ma ich. Jest tylko drzewo do którego chwilę temu była przywiązana brunetka.
- Widzisz co straciłeś przez swoją głupotę? Nie chciałeś powiedzieć jej prawdy, nie próbowałeś żyć z nią w zgodzie, co chwila ją poniżałeś, więc masz teraz to, co chciałeś. - mówi Will i po chwili także znika pozostawiając mnie samego w lesie.
Upadam na kolana, a twarz chowam w dłoniach. Wszystko straciłem..

Gwałtownie podnoszę się do siadu. Oczy mam jak pięciozłotówki, ciężko i nieregularnie oddycham, a ręce i nogi się trzęsą. To był tylko sen. Nic nie znaczący zły sen, więc nie mam się niczego obawiać, prawda?


Jeżeli długość rozdziału was nie zadowala, to przepraszam, ponieważ według mnie wydaje się być jeszcze krótki, lecz z drugiej strony nie chciałam przyspieszać akcji. Wolę, abyście pomyśleli co mogłoby być dalej. Z miłą chęcią dowiedziałabym się czego się obawiacie, a co możecie przypuszczać. Kto wie, może w kolejnych postach zaczerpnęłabym waszych pomysłów? ;)
P.S. Tak się zastanawiam czy jest sens dodawać pod każdym rozdziałem zdjęcie bądź gif.. Może wam to się przejadło i uważacie, że przeszkadza?
Theme by violette